Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 września 2013

Nothing happens without a reason
Nic nie dzieje się bez przyczyny

Translation in progress
„Sybin to taka miniaturowa wersja Krakowa”, powiedziała dziewczyna, która podrzucała nas pierwszego dnia do hostelu w mieście
Miała rację. Starówka okazała się nieduża. Dzięki temu jednak była znacznie bardziej przytulna niż nasza krakowska. Wędrowałyśmy jej uliczkami blisko dwie godziny, odwiedzając kolejne punkty na mapie.
Słońce tego dnia grzało z niewyobrażalną mocą. Trochę żałowałyśmy, że to właśnie nie dziś, tylko poprzedniego dnie zdecydowałyśmy się jechać trasą transfogaraską. Ale już ustaliłyśmy wcześniej, że nie będziemy płakać „nad rozlanym mlekiem”.
Sybin
Poranek spędziłyśmy na rozmowach z naszym hostem Iriną. Dziewczyna na śniadanie poczęstowała nas specjalnym rumuńskim przysmakiem, nazywanym tutaj „zakuska”. W smaku przypominało mi to mocno zblendowane leczo. Z nazwy – nasze słowo „zakąska”. I w sumie nawet podobieństwo znaczeniowe, by pasowało, bo zaoferowała nam również do spróbowania „Tuica”, czy tsujka – bardzo mocny alkohol, który przepalił mi przełyk, mimo niewielkiej kropli, którą wzięłam do ust. No cóż smakoszem takich trunków nie jestem i jak dla mnie było to obrzydliwe, ale przynajmniej wypróbowałyśmy.


Rodzice Iriny okazali się niezwykle sympatyczni. Tata nawet zaoferował nam wywiezienie z miasta i podwiezienie do najlepszego punktu do łapania stopa tak, byśmy jak najszybciej mogły się znaleźć w Sighisoara. I na drogę dostałyśmy jeszcze słoiczek „zakuski” domowej roboty, byśmy z głodu gdzieś po drodze nie padły i jak najdłużej mogły się delektować rumuńskimi smakami.

Kościół Ortodoksów

Muszę przyznać, że trochę się rozbrykałyśmy w tej Rumunii. Przyzwyczajone, że nie łapiemy „stopa” dłużej niż pięć minut, po pięciu minutach stania przy drodze do Sighisoara, zaczęłyśmy się niepokoić. Zwłaszcza, że niewiele po niej jeździło. Niby główna droga, ale była sobota. Ludzie siedzieli pewnie nad jeziorami albo grillowali w ogródkach. Po piętnastu minutach zaczęłam odczuwać niepokój. Ściągnęłam w końcu plecak. Nie chciało mi się tego robić wcześniej, bo przecież byłam przekonana, że nawet pięciu minut nie będziemy musiały z nim stać. Ledwo jednak to zrobiłam, zatrzymał się samochód na francuskich blachach. No to jak na francuskich, to nawet o kasę nie zapytałyśmy. Starałyśmy się zawsze na początku zaznaczać, że nie chcemy płacić za podwózkę, bo słyszałyśmy i czytałyśmy, że w Rumunii takie panują zwyczaje. Jak dotąd nikt jednak tego od nas nie oczekiwał.

Sighisoara

Okazało się, że nasz kierowca pochodzi z Rumunii, ale od dwudziestu pięciu lat mieszka we Francji.
- Jesteście we dwie, to mogłem wam zabrać – stwierdził, gdy usadziłyśmy się już wygodnie na siedzeniach. – Samotnych kobiet nie zabieram, bo nie pozwala mi na to religia.
Nie spytałam jednak, jakiego jest wyznania, bo czułam, że nie wypada, ale ciekawiło mnie niezmiernie. Może wyznanie ortodoksyjne, zastanawiałam się. W końcu w Rumunii widziałyśmy już bardzo wiele kościołów Ortodoksów.
- Jadę do Medias i tam poszukamy wam nowego transportu – oznajmił. – Trzeba sobie pomagać.


Mężczyzna okazał się bardzo sympatycznym, ciepłym i życzliwym człowiekiem. Buzia się mu nie zamykała, choć jego angielski pozostawiał wiele do życzenia. W sumie tak samo jak mój więc dawaliśmy sobie radę.


Opowiadał nam i o Cyganach, którzy jak się okazało przywędrowali do Europy z Indii. Była to dla mnie ciekawostka, bo jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad ich historią. Opowiadał o planach gospodarstwa ekologicznego w Rumunii, o życiu we Francji, o tym, że powinniśmy być dobrzy dla innych, pomagać innym i zmienić nasze myślenie. Dzielić się z bardziej potrzebującymi, ale też, że największym problemem naszym i całego świata są Arabowie. Wolałam na pewne tematy nie dyskutować, zwłaszcza religijne, choć okazało się, że religią, która mu nie pozwala zabierać na stopa samotnych kobiet jest katolicyzm.


Godzina jazdy minęła bardzo szybko. Nasz kierowca postanowił nas wywieźć za miasto, by łatwiej łapało się nam kolejną okazję. Zatrzymał się przy stacji benzynowej i zaczął rozpytywać, stojących tam kierowców, czy ktoś nie zabrałby nas do Sighisoara. I ktoś postanowił nas zabrać. Dostałyśmy jeszcze kolejny słoiczek „zakuski” na pożegnanie i wyściskane oraz obdarzone błogosławieństwem na dalszą drogę przesiadłyśmy się do naszego nowego kierowcy. I tu się zaczęła przygoda.


Na couchsurfingu moją prośbę o nocleg zaakceptował niejaki Dany. Okazało się, że mieszka około 10km od Sighisoara. Z braku innych ofert zdecydowałyśmy się jednak zostać u niego na jedną noc. Nasz kierowca wysadził nas w miasteczku naszego hosta i ruszył w dalszą drogę. Dany już na nas czekał i zaprowadził nas do swojego domu, w którym mieszka razem z ojcem. Chłopak był bardzo sympatyczny, ale poczułam się tam trochę nieswojo i przez chwilę pożałowałam, że nie zdecydowałyśmy się pojechać z naszym nowym kierowcą do miasta. Ale rzekło się…


Na podwórku domu stał ojciec hosta i jeszcze dwóch innych mężczyzn. Miałam wrażenie, że nie byli pierwszej trzeźwości, ale może się myliłam. Nie miałam jednak przekonania do zostawania tam. W pokoju, do którego zostałyśmy zaprowadzone stało kilka łóżek z zapadającymi się materacami i brudną pościelą. Panowała ciemność. Stare meble, zakurzona komoda sprawiały przygnębiające wrażenie. Stojąca w kącie bożonarodzeniowa choinka dodawała pewnej makabryczności pomieszczeniu. Według mnie brakowało jeszcze tylko kilku plastikowych lalek z wydłubanymi oczami, bez rąk i nóg, i miejsce akcji filmu grozy – gotowe!
Zostawiłyśmy jednak plecaki i ruszyłyśmy łapać stopa do Sighisoara. Chciałyśmy zwiedzić to ponoć piękne miasteczko, którego Starówka w całości została wpisana na listę światowego Dziedzictwa UNESCO.
Samochód za samochodem i nikt nie chciał się zatrzymać. Od miasteczka dzieliło nas zaledwie 10 km, więc w najgorszym wypadku mogłyśmy po prostu się przejść. Po przespacerowaniu kilkuset metrów po przeciwnej stronie zatrzymał się samochód. W środku siedział nie, kto inny tylko nasz ostatni kierowca Portugalczyk Jorge.
– Co robicie?
– Łapiemy stopa do Sighisoara – ja na to.
- ?
- Chcemy zwiedzić miasteczko, więc zostawiłyśmy tylko plecaki i lecimy. Ale w sumie dziwnie jest trochę u tego naszego hosta – mówię.
W drodze opowiadałam Jorge, co to jest couchsurfing i z czym się to je.
- Wsiadajcie. Zawiozę was – stwierdził. – Nie spieszy mi się.
Nie wierzyłyśmy w nasze szczęście.
– A gdzie wybieracie się potem? Znaczy jutro?
– Do Brasov. 
– Jeśli chcecie to możecie zostać u mnie w domu na noc. Mam dużo pokoi.  A w niedzielę podrzucę was do Brasov. Mam tam też znajomego, który będzie was mógł chyba przenocować.
Nie wierzyłyśmy swoim uszom. Zatkało nas obie. Niby już raz coś takiego mnie spotkało, gdy przejeżdżałam przez Bośnię i Hercegowinę, ale i tak byłam zaskoczona. Byłam też rzekonana, że chcę zmienić mieszkanie Danego na mieszkanie Jorge. Wystarczył rzut oka na Agę i szybko zdecydowałyśmy: przeprowadzamy się. Tak po prostu miało być. Trzeba było tylko to jakoś powiedzieć chłopakowi. Było nam głupio. Zwłaszcza mi, bo to ja załatwiałam na couchsurfingu noclegi, wysyłałam zapytania do ludzi itd. Ale instynkt podpowiadał mi, że nie mamy, co się zastanawiać,.
Mam nadzieję, że chłopakowi nie sprawiłyśmy przykrości. Sobie za to sprawiłyśmy przyjemność. Z podupadającego domu i ciemnej sypialni pełnej starych łóżek i pościeli nie pierwszej świeżości trafiłyśmy do ślicznego domu, w którym każda dostała swój pokój. Delektowałyśmy się interesującą rozmową, półwytrawnym portugalskim winem i wyśmienitą kolacją przygotowaną przez naszego gospodarza, który okazał się nie tylko człowiekiem o wielkim sercu, ale i genialnym kucharzem.
W Sighisoara Jorge dał nam tyle czasu na zwiedzanie miasta, ile tylko potrzebowałyśmy. Stwierdził, że na nas poczeka. Oboje, i on i miasteczko podbiły nasze serca. Kolorowe domki, wąskie brukowane uliczki, liczne wieże i dom, w którym urodził się Dracula zrobiły na nas duże wrażenie. Oczywiście nie brakowało tłumów turystów, w tym wielu Polaków, licznych sklepików z pamiątkami, krwawych koszulek z Draculą, głośnej muzyki ze sceny i lejącego się piwa, ale wystarczyło oddalić się troszeczkę od głównego placu, by trafić na spokój i ciszę. Tego nam właśnie było trzeba.
U Jorge postanowiłyśmy przedłużyć swój pobyt i wybrać się z nim następnego dnia na zwiedzanie miejsc, do których same byśmy nie dotarły. Alba Julia i najwyżej położona droga w Rumunii Transalpina pozostałyby dla nas nieodkryte, podobnie jak niezapomniane smaki kuchni wegetariańskiej i portugalskiego wina. Dobrze, że zaufałyśmy naszemu instynktowi. To najlepszy doradca.

niedziela, 1 września 2013

H like hitchhiking
A jak autostop

Translation in progress



Najtrudniejszym momentem w podróży autostopem, zwłaszcza gdy jedzie się do dużych miast, jest wydostanie się z nich. To nas czekało podczas próby wydostania się z Budapesztu. Korzystając z podpowiedzi hitchwiki (Wikipedia dla autostopowiczów) ruszyłyśmy o ósmej rano metrem linii 3 do stacji Eceri. Stamtąd miałyśmy się kierować 800 metrów w dół, potem minąć jakąś stację schowaną za wielkim murem, by trafić na parking, gdzieś koło KFC. Niby mur był, nawet dwa, ale ukrytej za nimi małej stacji benzynowej już nie. A zamiast KFC widziałyśmy tylko McDonalda. Udało nam się jednak zlokalizować drogę, prowadzącą w interesującym nas kierunku, czyli do przejścia granicznego w Nadlac w Rumunii. Na stacji benzynowej koło „Maca” chyba nas wyśmiali jak usłyszeli, że chcemy się dostać na autostradę i że podróżujemy stopem. Nie wyśmiał nas jednak sympatyczny Węgier, który postanowił nas podrzucić do dużego parkingu dla tirów. Nawet nie czekałyśmy pięciu minut, gdy się zatrzymał. Kilkanaście kilometrów i już machałyśmy na tirowców na parkingu. Niecałe dziesięć minut i już rumuński kierowca wpadł w nasze sieci.

- Angielski? – pytamy
 - Nu. – zaprzecza nasz kierowca, ale kiwa ręką żebyśmy wsiadały.
 
Wygląda poczciwie. W kabinie dostrzegam zdjęcie jego z żoną i dziećmi. I od razu czuję się bezpiecznie. Pokazujemy mu mapę i okazuje się, że jedzie aż do Bukaresztu. Będzie też przejeżdżał koło naszego celu, czyli miasta Sybin. Nasza radość nie ma końca. Mamy jednego „stopa” do końca podróży. 

- Ile godzin? – pytam, mieszając wszystkie możliwe języki z migowym i obrazkowym na czele. 

Pokazuje, że osiem z dwiema pauzami. Potem się okazuje, że pauz nie ma w ogóle, a jedziemy dziewięć godzin. Trochę wolny ten nasz kierowca, ale za to cały czas posuwamy się do przodu. Nie marudzimy więc specjalnie.
Głowa mi jednak paruje, a mózg się lasuje, gdy próbuję z nim rozmawiać. Okazuje się, że „un poco” (po hiszpańsku „troszeczkę) mówi po hiszpańsku, i trochę po włosku, bo twierdzi, że te języki są najbardziej zbliżone do rumuńskiego. Język polski, zwłaszcza naszą gramatykę określa słowem „katastrofa”, które te słowo powtarza jeszcze kilkakrotnie, również w odniesieniu do polskiej policji i dziesięciokilometrowego korka, który cale szczęście stoi w przeciwnym kierunku.

W Hiszpanii jak się okazuje mieszka dwudziestoczteroletni syn Wasilija. Pracuje w turystyce. Żona Wasilija przebywa za to we Włoszech. W Rumunii trudno o pracę i dobry zarobek. Nasz kierowca nie narzeka, bo trasa jego ciężarówki zwykle biegnie przez Polskę, Niemcy, Włochy i Hiszpanię i często widuje rodzinę.

Wasilij faktycznie jednak tylko „un poco” mówi i rozumie po hiszpańsku, a ja produkuję się, żeby jak najprościej wyrażać myśli i zapytania. On jednak zwraca się do nas w głównej mierze w mieszance hiszpańsko–rumuńskiej. Jakoś udaje mi się wysupłać sens jego słów, choć nie zawsze. Jemu z moich wypowiedzi chyba ten sens już trudniej wyłuskać. Mózg mi paruje. Czuję się jak podczas pierwszych dni pobytu w Gwatemali – po kilku godzinach jestem wycieńczona rozmową. Przysypiam trochę na łóżku, choć plecaki marnie sprawdzają się w roli poduszek. 

Dziewięć godzin w jednym samochodzie to sporo czasu. Zamiast o 18 naszego czasu (okazuje się, że w Rumunii czas jest przesunięty o godzinę do przodu), jesteśmy w pobliżu Sybina o 19.30 (naszego czasu). Całe szczęście przed nami tylko 3 km na piechotę do centrum miasta. Nie musimy walczyć z autostradą i próbami wydostania się z niej. Ulga. Próbujemy jednak w drodze zatrzymać jakiś samochód. Udaje się. Całe szczęście, bo już zmierzcha, a my nie mamy ani hosta, ani zarezerwowanego hostelu. Mamy tylko spisany adres. 

– Gdzie chcecie jechać? - pyta sympatyczna babeczka.
– Hostel Sibiu Travelers na Tailor Strada – mówię, ładując się na przednie siedzenie. Aga siedzi z tyłu przywalona dwoma wielkimi plecakami.

Kobieta wyciąga telefon i dzwoni do kogoś z pytaniem o ulicę, postanawia nas podrzucić pod sam hostel. Znów nasza radość nie ma granic, bo odpada nam włóczenie się w nocy po mieście. Okazuje się, że nasza zbawczyni niedawno wróciła z urlopu z Polski, gdzie bardzo jej się podobało. Poleca nam jeszcze na koniec typowe dania kuchni rumuńskiej, których powinnyśmy spróbować.
Hostel zaskakuje mnie zorganizowaniem i porządkiem. Sympatyczny Holender, który jest właścicielem od razu daje nam mapy i wszystko wyjaśnia. Agnieszka już nawet go ze zmęczenia nie słucha, tylko w amoku szuka kubka i kawy, o której marzyłyśmy całą drogę.
Biegnę jeszcze do sklepiku na rogu i produkuję się znów w mieszance dziwnych języków.  

– Niemka? – pyta sprzedawca.
– Polka – odpowiadam.
– No przecież ja rozumiem po polsku. – Na to sprzedawca mówi niemal płynną polszczyzną.

Wybucham śmiechem. Mężczyzna twierdzi, że sporo ludzi w Rumunii rozumie polski i że łatwiej nam się będzie tu dogadać w naszym języku niż jakimkolwiek innym. Chociaż znów pada słowo „katastrofa” w odniesieniu do naszej gramatyki. 

– Kończę o 21. Zapraszam was tu do baru na rumuńskie piwo? Wódeczkę?

O, rany i jak tu odmówić? Okazuje się, że łatwe to nie jest. Na cholerę był mi ten pomidor do kolacji!
Udaje się całe szczęście jakoś wykręcić zmęczeniem. Bo zmęczone faktycznie jesteśmy. Szczerze to padamy ze zmęczenia…znowu, ale zamiast położyć się spać, planujemy dalszą podróż. Wiemy, że Rumunia nas zachwyci, choć podczas kilkugodzinnej jazdy widziałyśmy tylko rozpadające się domki, syf na poboczu i ruiny. Jesteśmy jednak pewne, że to nie wszystko, co nas tu czeka.

piątek, 30 sierpnia 2013

B like a Budapest
B jak Budapeszt

Translation in progress

Ranek w Budapeszcie przywitał nas deszczem. Do autostopu mamy nawet szczęście, ale do pogody już nie, pomyślałam, wyglądając przez okno mieszkania Aleksandry. Wychodziło ono na wewnętrzne betonowe podwórko starej, odrapanej kamienicy. Bardzo klimatycznie. Czułam się jak na warszawskiej Pradze lat siedemdziesiątych. Chociaż co ja tam wiem, skoro na Pradze nigdy chyba nie byłam.
Praskie kamienice

Deszcz nam jednak nie straszny. Mamy w końcu zaplanowany w stolicy Węgier tylko jeden dzień. Wyposażone w kurtki przeciwdeszczowe i płaszcze ruszamy na zwiedzanie. W sumie to tylko lekki deszczyk, stwierdziłyśmy, wychodząc z domu. Nasza gospodyni chciała nam dać klucze do mieszkania, gdybyśmy chciały wrócić wcześniej, ale wiedziałyśmy, że przed nią na pewno nie będziemy. W końcu tyle mamy do zobaczenia.
Deszczyk, powoli zaczął zamieniać się jednak w deszcz, aby po dłuższej chwili, gdy odeszłyśmy już kilkaset metrów od mieszkania, zamienić się w ulewę. Blisko godzinę spędziłyśmy, chowając się pod drewnianą instalacją przy głównej ulicy. 
Wejście na Łańcuchowy Most

Przypatrywałyśmy się przebiegającym przechodniom, którzy spieszyli do domów, by w swoich bezpiecznych czterech ścianach ukryć się przed nieciekawą aurą i tym, którzy schronienie znaleźli w przytulnym wnętrzu kawiarni przy ciepłej herbacie. My skupiłyśmy się na przeglądaniu przewodnika i próbach zlokalizowania naszego położenie na miniaturowej mapie, którą miałam załadowaną na czytniku wraz z mało dokładnym przewodnikiem. Swoją drogą czytnik to fajna sprawa w podróży. Zamiast dziesiątek książek i kilkunastu lub kilku kilogramów, zaledwie kilkaset gram. Wszystkie kraje „upakowane” w cieniutkiej ramce. Dokładniejsze zbadanie mapy jednak na tym sprzęcie to trudne zadanie.
Łańcuchowy Most

Aleksandra zapewniała nas, że wzdłuż ulicy Andrassy, niemal na każdym kroku rozdają turystom mapki. Ze względu na deszcz nie było jednak nikogo. A bez planu miasta trudno nam było gdziekolwiek dotrzeć. Aby zacząć zwiedzać, musiałyśmy go zdobyć. Nie mając go, nie mogłyśmy jednak odszukać informacji turystycznej, w której byśmy nim zostały obdarowane – zamknięte koło. Przypadkiem jednak, błądząc po ulicach, trafiłyśmy na pierwszy punkt na trasie zwiedzania, czyli budynek Parlamentu. Niesamowity. Początkowo myślałam, że to katedra, choć krzyża żadnego dostrzec nie mogłam. Zaczepieni przez nas turyści wyprowadzili nas z błędu. Niestety budynek był w remoncie i cały teren wokół był rozkopany i otoczony siatką, uniemożliwiającą, bliższe podejście i przyjrzenie się mu. (Generalnie Budapeszt wygląda jak Polska przed Euro – wszystko w budowie. Zamek Budy i kilka miejsc na jego wzgórzu również.)
Baszta Rybaka

No, dobra. Widziałyśmy Parlament i co dalej? Potrzebujemy mapy, bo inaczej nigdzie nie dotrzemy. Kierowani przez wciąż to nowych przechodniów w końcu dotarłyśmy do Łańcuchowego Mostu (Chain Bridge), który miał nas doprowadzić wprost do Wzgórza Budy.
Nie chcę Was zanudzać opisami budynków, bo większość albo była w Budapeszcie albo będzie, ale muszę przyznać, że most zrobił na mnie wrażenie. Wejścia na niego strzegą dwa wielkie lwy. Most jest przepiękny i czułam się na nim podobnie jak na Moście Karola w Pradze. W ogóle Budapeszt przypomina mi Pragę. Jest tak samo niesamowity i klimatyczny. Takie same ulice, uliczki, strzeliste budynki, odrapane kamienice, rzeka oddzielająca jedną część miasta od drugiej i kilka mostów łączące je na powrót ze sobą. W Budapeszcie, tak jak w Pradze można zakochać się od pierwszego wejrzenia. I już w pierwszej godzinie (mimo deszczu) żałowałam, że spędzę tu tylko jeden dzień i wiedziałam, że na pewno tu wrócę. I to pewnie jeszcze nie raz.
Mathias Church

Czasu w mieście nie marnowałyśmy. Tak naprawdę to pierwszą dłuższą przerwę zarządziłyśmy dopiero po sześciu godzinach chodzenia. Obejrzałyśmy dokładnie Basztę Rybaka (Halászbástya), Wzgórze Budy, przepięknemu kościołowi św. Macieja rzuciłyśmy okiem na Zamek Królewski, piękne budynki muzeów na wzgórzu i powędrowałyśmy dalej ku Wzgórzu Gellert, Cytadeli i pomnikowi Wolności. Na szczyt wspinałyśmy się po kilkudziesięciu schodach wśród zielonych drzew, które chroniły nas przed parzącym słońcem (tak, tak słońce w końcu wyjrzało zza chmur). Nasze nogi odczuwały już te kilka godzin wędrówek, a organizm niedoładowywany na bieżąco węglowodanami tracił na sile. Widok na Budapeszt ze szczytu, na którym wznosiła się Cytadela wynagrodził nam jednak trudy. Przy siłach utrzymywała nas jeszcze myśl o Drum Internet Cafe (Dob utca 2), czyli knajpce, którą ktoś polecał na forum o Budapeszcie. Serwowano tam piwa smakowe: truskawkowe i o smaku czarnego bzu. 
Widok z Gellert Hill

Dość szybko udało nam się ją odnaleźć. Znajdowała się bowiem niedaleko jednej chyba z najsłynniejszych ulic w Budapeszcie, czyli Váci utc. Piwo o smaku czarnego bzu powaliło nas na kolana, w sensie oczywiście smakowym, a nie swoją mocą. Cena jak na centrum stolicy też rewelacyjna – 0,5 litra 5,5 zł. Początkowo miało być tylko piwo. Przypomniałyśmy sobie jednak, że w końcu wypadałoby coś zjeść i chciałyśmy spróbować czegoś miejscowego. Zainteresował nas langosz – typowy węgierski chleb z mąki, utłuczonych ziemniaków z różnymi dodatkami, smażony na głębokim tłuszczu. My wybrałyśmy z cebulą, czosnkiem i serem – taka trochę tłusta węgierska pizza :) Opinie co do jego smaku były podzielone. Jak dla mnie nic specjalnego, ale węgierska ciepła zupa gulaszowa (ciepła – słowo klucz) dobrze zrobiła mojemu żołądkowi, pozbawionemu od trzech dni ciepłych posiłków.
Pomnik Wolności

Blisko dwie godziny odpoczywałyśmy, delektując się piwem brzozowym, i przyglądając się zgiełkowi ulicy. Naszym nogom w tym czas wróciły siły i mogłyśmy wrócić do wędrowania tym razem po prostu, bez celu, uliczkami miast. Wróciłyśmy na Váci utc, by przejść się deptakiem, wypełnionym miejscowymi i turystami. Na tej ulicy mieści wiele knajpek, restauracji, eleganckich i sieciowych sklepów, księgarni, małych sklepików z pamiątkami, lodziarni i kawiarni. Panuje tu typowy turystyczny gwar, znany ze wszystkich popularnych deptaków miast.
Nie wiem skąd znalazłyśmy na to siły, ale do domu Aleksandry wróciłyśmy dopiero po dwunastu godzinach. Nie udało mi się dotrzeć tym razem do Zoo, które bardzo chciałam zobaczyć, ale będzie jeszcze okazja. Wieczór zakończyłyśmy na pogaduszkach z naszą gospodynią, która opowiadała o swoich pasjach i powodach, dla których postanowiła nas przyjąć do siebie. Okazało się, że byłyśmy jej pierwszymi couchsurferkami.


czwartek, 8 sierpnia 2013

Hitchhiking
Autostop, autostop, wsiadaj bracie...

Translation in progress

Plany miałam piękne. Przynajmniej trzy albo, chociaż dwutygodniowy autostop. Właściwie to najchętniej zrobiłabym taki miesięczny trip albo nawet i jeszcze dłuższy. Krążył mi po głowie stop do Włoch, do Wenecji, może Mediolanu? Nie cel jest zresztą najważniejszy podczas „stopowania”, a ludzie, których się spotyka. Autostopowanie to bowiem czasem kilka, czasem kilkanaście godzin spędzanych w jednym pojeździe z inną, zupełnie obcą osobą. Kilka czy kilkanaście godzin, które można topić się w niezręcznej ciszy albo wypełniać wnętrze samochodu ciekawymi rozmowami i śmiechem. Włochy męczą mnie już od dawna. Nie, dlatego że tam nie byłam (swego czasu spędziłam miesiąc na pięknej Sardynii), ale dlatego, żeby odwiedzić znajomych, poznanych w zeszłym roku podczas autostopowania wyścigów autostopowych do Dubrownika.
No i plany były, ale służba zdrowia postanowiła mi je pokrzyżować. A w sumie może nie służby zdrowia to wina, lecz moja własna. W końcu to ja sama, a nie oni uszkodzili mi kolano. Z tym kolanem to już od lat mam problem. Winę upatruję w bieganiu, siłowni i dźwiganiu na „siłce” ciężarów. Jakoś zmyliło mnie powiedzenie, że „sport to zdrowie”. Nikt nie dodawał, że sport musi być „umiarkowany”, by na to zdrowie wyszedł. Więc może winę w uszkodzeniu łękotki powinnam upatrywać w tych, którzy tworzą frazesy, powiedzenia i złote myśli? A może w tych, którzy później je powtarzają i wpajają nam je do głowy? Nie będę jednak winy zrzucać na innych i z pochylonym czołem, stwierdzę, że to moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Skutek jest taki, że nie mogę biegać (a obdarzam bieganie miłością bezgraniczną), średnio też u mnie z długodystansową (czytaj: kilkudniową) jazdą na rowerze. Góry również nie są łaskawe dla moich kolan. W takiej sytuacji ich operacja, a przynajmniej, póki co jednego z nich, wydaje się nieunikniona. Szczerze mówiąc, to była ona już nieunikniona przed wyjazdem do Ameryki, ale że kolano przestało na trochę boleć, operacja została odwołana, a raczej przełożona na inny termin, który nieubłaganie się teraz zbliża. Moje próby wyjechania gdzieś, chociaż na chwilę, chociaż na tydzień spełzły na niczym, bo pani z sekretariatu oddziału ortopedycznego wybrała się na urlop, a jako że nikt jej nie zastępuje, nie miał też, kto wypisać skierowania na badania, które przed operacją wykonane być powinny. A jak nie ma wyników badań, to nie ma mowy o wizycie u anestezjologa. I mogłam sobie psioczyć i się wściekać, ale to i tak nic by nie dało. Wszystko rozwlekło się w czasie, moje nawet najkrótsze plany obracając w pył.
Tęsknota za „autostopowaniem” i za chociaż chwilowym poczuciem wolności zaczęła mnie jednak dobijać. A jako że miałam jeden dzień wolny, postanowiłam w końcu skorzystać z zaproszenia do Koszalina, a konkretnie do Radia Koszalin, w którym pracuje Jagoda Koprowska, prowadząca program „Radiowy Klub Obieżyświata”. 


Pojechanie tam pociągiem wydawało mi się nieprzyzwoicie nudne. Oświadczyłam więc, że jadę stopem. I może to wydać się zabawne, ale nie licząc takich króciutkich okazji w Ameryce (w tym jedna podwózka zapewniona przez policje hondureńską), to sama stopem nigdy nie jechałam. Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz, tym bardziej, że moje plany autostopowe i to te samotne są mocno rozbudowane. Ale do rzeczy. Wyjazd do koszalińskiego radia stał się pretekstem do złapania kilku stopów. Odległość między Gdańskiem a Koszalinem duża nie jest. Zaledwie dwieście kilometrów z hakiem w jedną stronę. Co to jest przy chociażby 2500 km, które pokonałam, jadąc do Barcelony, czy Dubrownika. Na początku zastanawiałam się czy nie lepiej wziąć większego plecaka, bo trafiłam kiedyś na statystyki, które wspominały o tym, że ludzie chętniej biorą autostopowiczów z dużym bagażem niż takich, którzy podróżują z małą torbą. Machnęłam jednak na to ręką i ruszyłam z niewielkim plecaczkiem, w który zapakowałam prowiant. Na pierwszego stopa czekałam niecałe dziesięć minut. I tak poznałam Janusza. Niezwykle sympatycznego chłopaka i kolegę po fachu, a raczej po moim ex-fachu, czyli przedstawiciela medycznego. Wspólnych tematów mieliśmy więc wiele. Mogliśmy ponarzekać na pracę (której ja całe szczęście nie muszę już wykonywać), na lekarzy, pacjentów, farmaceutów i na wiele innych rzeczy związanych z tym jakże przeze mnie znienawidzonym zawodem. Janusz opowiedział mi o nowościach w świecie korporacyjnym, a ja zaraziłam go (mam taką nadzieję) zamiłowaniem do „autostopu”. Stwierdził, że będzie musiał tego w końcu spróbować. I może spotkamy się gdzieś kiedyś na szlaku, a może i ruszymy kiedyś gdzieś wspólnie.

Wejście do Parku Miejskiego w Koszalinie
Po Januszu był Marcina, który wiózł mnie już ze Słupska do Koszalina i nawet zaproponował, że jak skończę wywiad, to może mnie zabrać z powrotem do Wejherowa, bo on również jeszcze tego samego dnia wracał. Nie udało nam się zakończyć naszych spraw w tym samym czasie i stopem wracałam już, z kim innym. Ale zanim zaczęłam wracać z kimś innym od Marcina dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, np. o Złombolu i o ich tegorocznym wyjeździe na Nordkapp. A już wieczorem dostałam od niego propozycję wyjazdu do Berlina. Marcin sporo jeździ, często służbowo, więc zabranie dodatkowego pasażera, to dla niego żaden problem. I pojechałabym, ale kolano na razie nie pozwala. W przyszłości jednak nigdy nic nie wiadomo.
A potem były dwa krótkie, ale bardzo sympatyczne stopy i trafiłam na Pawła.
Autostop ma wiele zalet. Oprócz tego, że przywraca wiarę w ludzi i w to, że z natury człowiek to niezwykle dobra istota,  tuczy również nieoceniania innych po pozorach czy na pierwszy rzut oka. Gdy wsiadłam do Pawła pomyślałam, że jest robotnikiem, wracającym właśnie z budowy. Okazało się, że nic bardziej mylnego. Fakt, wracał z prac wysokościowych. Aha, pomyślałam, skoro wykonuje taka pracę, to na pewno się wspina. Miałam rację. Paweł nie tylko się wspina, ale sporo jeździ na rowerze, biega. W końcu kończył AWF, więc zamiłowanie do sportu znikąd się nie wzięło. Kto wie czy kiedyś nie zorganizujemy jakiegoś większego wypadu rowerowego?

Ładny budynek Poczty Polskiej

I za to kocham stopowanie; za ludzi, których się poznaje. Niektórzy tylko prześlizgują się przez moje życie, odciskając maleńki ślad kilkunastu czy kilkudziesięciu zaledwie kilometrów. Inni postanawiają na dłużej w nim zagościć jak chociażby moi koledzy z Włoch, z którymi wciąż utrzymuję kontakt. Inni dopiero do mojego życia zawitają. I już dziś jestem ciekawa, kim będą.
A audycja w radiu? Niezwykle sympatyczna i interesująca. Z Jagodą dzieli nas duża różnica wieku, ale łączą marzenia, poglądy i miłość do podróży, więc różnica wieku stała się dla mnie zupełnie niezauważalna. Uwielbiam odważne, szalone kobiety, które realizują swoje marzenia niezależnie od wszystkiego. I z nich staram się czerpać przykład, na nich się wzorować.
Jeden dzień. Zaledwie czterysta kilometrów drogi. Jedynie dziesięć godzin spędzonych w podróży, a tyle wrażeń i poznanych fantastycznych ludzi. Nawet taka krótka podróż może ubarwić życie, nadać mu nowego sensu i pozwolić, choć na chwilę poczuć się wolnym.
Dziękuję moim towarzyszom wczorajszej podróży! A już w niedzielę audycja w Radiu Koszalin. Zapraszam TUTAJ


środa, 31 lipca 2013

Be safe
Bezpieczeństwo w podróży



It has been written a lot about the safety during journey and the things which is worth having while travelling. However, everybody has his/her own experience  so I think it will be useful if I write about mine.
A few days ago my friends told me about their friends who had just came back from the journey to the same part of the world. And they told me they experienced all bad things which were possible to meet. Well, probably the balance must be kept in the nature. However, the friends of mine had travelled a few months longer than me and they hitchhiked – so unpleasant incidents might have happened (but not necessarily). Although I love hitchhiking, I wouldn’t decide to travel in that way in those countries, at least not being alone. But how knows? 
Those people were robbed, attacked and mugged, I was surprised that people were so hostile to them. I can’t imagine it as I had never had such situations.
I tried to find out why Latinos treated them differently. Maybe it was the result of the fact that I was a lonely travelling white woman. They were a couple and they got dressed in old shabby clothes to look like poor people. Maybe it was a mistake.  I always looked neat and like a tourist. I was aware that I was a stranger to them no matter what I would wear, I was a ‘gringo’ who is always rich for them. Looking neat and clean is important in every country as the first impression is the most important.
A few conclusions:
1.      There are good and bad sides of travelling alone – on one hand it is more difficult but on the other it is easier as everybody wants to help you.
2.      You will always be a gringo for Latinos, no matter what clothes you put on, a gringo who always has more money according to local people. Wear neat and clean clothes not to deter people.
3.      Hitchhiking in some of the countries might be quite dangerous and you had better use local public transport which, when it comes to America, isn’t very expensive.
There are various opinions concerning hitchhiking in America. I heard that Middle and South America are very dangerous in this matter. However, everybody says to me that hitchhiking in Europe is also dangerous so maybe it is the same with America? When it comes to me „el leon no es como lo pintan” that is ‘the devil is not so black as he is painted’.
The key to the success is to be sensible and listen to your intuition. It isn’t easy but it works
(maybe if I had been less sensible and provident, instead of having troubles,  I would have seen moreJ)
How to behave?
1.    Don’t ignore what the local people say. However, sometimes, they tend to overreact when it comes to cautions. For instance, I was advised against travelling by chickenbuses as they are dangerous and the people warned me against going by that vehicle to the capital city. But I went there and nothing bad happened. I was warned against red buses in the capital of Guatemala but I didn’t listen to it and again I survived.  In Honduras, I was told not to travel to Garifuna villages under any circumstances. I did it and it was fantastic. It is worth listening to local people but sometimes you have to make allowances for what they say. They do it as they are also afraid. Sometimes it is because of their racist attitude (eg. towards Garifuna) and sometimes because their belief that a tourist expects comfort and luxury and sometimes it is simply because local travel agencies must earn money
2. Don’t wander around empty and suspicious part of the cities.
Not always did I take that advice into consideration as I wasn’t aware of the fact that the places were dangerous. Or maybe they weren’t?
3.        Don’t go out at night.
I went out at night when I was in the places which were tourists resorts eg. Antigua and in small towns in Honduras, too. But there were many places where I stayed at the hostel after the sunset.
4. Keep your camera out of sight.
There were cities where I didn’t follow that rule eg. Quetzaltenango as I knew nothing bad would happen. What I did was to paint the logos on the camera. Nobody tried to steal my camera or a bag from me.
5.    It is worth having some change in the wallet just in case the attack. The rest of money you should keep in the inside pockets in your trousers or in a special belt with a zip where you can hide your money.
I always had 10 $ with me. Just in case. Fortunately, I had never used it.
6.    Don’t have valuable belongings with you.
Hardly ever did I take that advice as I didn’t want to leave my laptop computer, cameras and lenses in the hostel. So I usually took them with me. And in two cases when I didn’t take my camera because I was told the place would be extremely dangerous, I lost the change to take really nice photos :)
In my next post I’m going to write about the gadgets which proved useful when it comes to safety.

O bezpieczeństwie w podróży oraz o tym co warto ze sobą mieć, wybierając się w drogę napisano już wiele. Każdy ma jednak swoje doświadczenia i myślę, że każde warto opisać. 
Kilka dni temu znajomi opowiadali mi historię swoich znajomych, którzy niedawno powrócili z tych samych rejonów świata, w których i ja się błąkałam. I oświadczyli mi, że chyba wszystkie nieszczęścia spadły właśnie na nich. Najwidoczniej w przyrodzie równowaga musi być zachowana. Znajomi znajomych podróżowali jednak kilka miesięcy dłużej i to w dodatku autostopem, więc w sumie nic dziwnego – mało przyjemne wydarzenia miały prawo wystąpić (choć też wcale nie musiały). Ja kocham autostop, ale chyba nie zdecydowałabym się na ten rodzaj transportu w tych krajach, a przynajmniej na pewno nie sama, bo z osobą towarzyszącą? Kto wie?
Ich i okradli kilkakrotnie, i napadli, i nawet pobili. Dziwi mnie, że nawet napotykani po drodze ludzie byli do nich źle nastawieni i nieżyczliwi, przeganiali i rzadko wyciągali pomocną dłoń. Jakoś mi się to w głowie mojej nie chce pomieścić, bo z taką życzliwością, jak tam naprawdę nigdy chyba się nie spotkałam.
Zaczęłam zastanawiać się skąd taka różnica w doświadczeniach, a przede wszystkim w podejściu Latynosów. Może wynikała ona z tego, że ja byłam samotnie podróżującą białą kobietą. Oni byli parą mieszaną męsko-damską, w dodatku starali się ubierać w najgorsze ciuchy ze lumpeksu, by wyglądać na takich, którzy nic nie posiadają, chcąc w ten sposób zniechęcać złodziei. Może w tym tkwił błąd? Ja ubrana byłam zawsze schludnie i… jak turystka. W końcu i tak byłam „obca” i niezależnie od tego, co bym na siebie włożyła, to i tak jako „gringo” było dla wszystkich oczywiste, że kasy mam jak lodu :). A czyste ubranie i schludny wygląd, niezależnie od kraju, zawsze jest istotne, bo wiadomo, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

Z powyższych przygód wykluwa się kilka wniosków.

1.      Kobietom podróżującym samotnie, choć z jednej strony jest trudniej, to w rzeczywistości jest łatwiej, bo prawie każdy chce otoczyć je opieką i pomóc.
2.      Schludny wygląd, czyste ubranie to podstawa, by nie odstraszać ludzi. Niezależnie od tego, co włożysz i tak zawsze jesteś „gringo”, a gringo nawet ten fatalnie ubrany, według miejscowych ma i tak więcej pieniędzy niż oni sami.
3.  Podróżowanie stopem w niektórych krajach nie jest najbezpieczniejsze i może lepiej przyjąć strategię podróżowania komunikacją lokalną, która jeśli chodzi o Amerykę Łacińską nie jest droga.

Z tym autostopowaniem po Ameryce może być różnie. Wprawdzie słyszałam wielokrotnie, że Ameryka Środkowa czy Południowa jest pod tym względem bardzo niebezpieczna, ale w Europie też od pomysłu „stopowania” wszyscy mnie odwodzą, więc może tak samo jest z Ameryką? Od pomysłu podróży w tamte rejony w ogóle mnie odciągano, mimo że chciałam tam lecieć samolotem.Bo niebezpiecznie, bo mnie okradną, pobiją, zgwałcą. Całe szczęście w moim przypadku okazało się, że „el leon no es como lo pintan”, czyli po naszemu „nie taki diabeł straszny jak go malują”.

Kluczem do sukcesu jest jednak rozsądek i słuchanie własnej intuicji. Trudne to zadanie, bo można się czasem pomylić, przesłyszeć, co intuicja chciała powiedzieć lub dopowiedzieć sobie za nią. Generalnie jednak ta zasad działa. (Chociaż może, gdybym mniej zdrowego rozsądku zachowywała i nie była tak przezorna, to więcej bym zobaczyła, a nie koniecznie źle skończyła J)

Jak postępować?

1. Słuchać przed czym ostrzegają miejscowi, gdzie nie należy samemu chodzić, chociaż bez przesady oczywiście, bo oni potrafią też sporo przesadzać z tym zachowaniem ostrożności. 

Mnie np. ostrzegali w Gwatemali przed jazdą chickenbusami: że niebezpiecznie, a już na pewno, żeby w życiu nie jechać nimi do stolicy. Pojechałam i przeżyłam. Ostrzegano, by nie wsiadać do czerwonych autobusów w stolicy Gwatemali – też jakoś to przeżyłam. Nie mówiąc, by nie podróżować samej do wiosek garifuńskich w Hondurasie – mało, że przeżyłam, to jeszcze było fantastycznie. 
Warto słuchać miejscowych, ale też warto brać na to poprawkę. Czasami przemawia przez nich własny strach, czasem rasizm  (jak w przypadku Garifunów), a czasem przekonanie, że turysta to musi przebywać w komforcie, no i przede wszystkim dać zarobić agencjom turystycznym, specjalnie na potrzeby turystów stworzonym. W końcu gdzieś tę wielką forsę, którą posiada, musi wydać.

2. Nie kręcić się po pustych i podejrzanych dzielnicach.

Też się trochę kręciłam, ale często nie miałam pojęcia, że są to podejrzane dzielnice. A może wcale nie były?

3. Nie chodzić samemu w nocy.

W miejscach i miastach bardziej turystycznych, np. w Antigua chodziłam sama i wieczorem i nawet w nocy. W małych miasteczkach, np. w Hondurasie również. Były jednak miejsca, w których po zachodzie słońca starałam się nosa nie wyściubiać.

4. Nie nosić na wierzchu sprzętu fotograficznego, nie obnosić się z nim.

W wielu miastach, jak chociażby w Quetzaltenango, w którym trochę mieszkałam, bez żadnych problemów spacerowałam z aparatem na wierzchu. Nie chciało mi się z nim chować „za pazuchą” i przyczajać. Zamalowałam tylko jaskrawe napisy firmowe i tyle. Nikt nigdy nie próbował mi wyrwać ani torby ani aparatu. Gdy wędrowałam sama w bardziej pustynne miejsca, starałam się nie świecić nim po oczach i zmuszona byłam uprawiać gimnastykę na zasadzie wiecznego chowania i wyciągania aparatu z plecaka.

5.Warto mieć w podręcznym portfelu zawsze jakieś drobne, by 
oddać je w razie napadu, a resztę pieniędzy mieć pochowaną w wewnętrznej kieszenie, schowanej pod spodniami lub w specjalnym pasku z zamkiem, w którym można ukryć zrulowane pieniądze, ewentualnie we wszytych od wewnątrz w spodniach kieszeniach.
Ja miałam zawsze dziesięć dolarów w kieszeni. Tak na wszelki wypadek, który całe szczęście nie wystąpił.

6. Nie nosić ze sobą drogocennych rzeczy.

To często powtarzana rada, z której ja prawie nigdy nie korzystałam. Nie chciałam netbooka, aparatów, obiektywów zostawiać w hostelu. Uważałam, że jest większe prawdopodobieństwo, że tam mi coś zginie niż, że ktoś mnie napadnie. Zwykle więc wszystko targałam ze sobą. A dwa razy, gdy nie wzięłam, bo ostrzegano mnie, że jest mega niebezpiecznie, straciłam znacznie więcej, bo super okazje do zrobienia ciekawych zdjęć :)

A o tym, jakie gadżety okazały się przydatne w podróży, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, w następnym poście.