Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

From the land of Romania to Serbia
Z ziemi rumuńskiej do serbskiej

Translation in progress
Ja dziś jeżdżę tylko wypasionymi furami, powiedziałam do Agi, gdy stanęłyśmy przed wjazdem na autostradę, wiodącą z Bukaresztu do Drobety – miasta w pobliżu granicy serbskiej. Już raz, gdy tak oznajmiłam, jeszcze podczas zeszłorocznego wyjazdu stopem do Dubrownika, tak też było. Miałam nadzieję, że moje życzenie i tym razem zostanie spełnione.
Oj, żeby tak wszystkie moje życzenia się spełniały. Zatrzymał się czarny lśniący sportowy Mercedes. Za kierownicą siedział młody bardzo sympatycznie wyglądający mężczyzna. Wsiadłyśmy. W środku było jeszcze ładniej, czyściutko, miękko i pachnącą.

– To gdzie jedziesz? – zapytałam.
– Do Brukseli. Przez Szeged – odpowiedział płynną angielszczyzną.

Spojrzałyśmy z Agą na siebie. Początkowo taki był nasz plan, by wrócić do Szeged na Węgrzech i tam łapać tira do Belgradu. Byłyśmy zgodne, co do tego, że jeśli los podsuwa nam pod sam nos sympatycznego Fredericka, to znaczy, że mamy z nim jechać do końca i realizować pierwotny plan.

– A możemy z Tobą do Szeged w takim razie?

Kierowca nie widział problemu.
Rozłożyłyśmy się wygodnie. Czułam się bardzo bezpiecznie. Frederick tak, jak wyglądał na sympatycznego, taki też był. Zaczęły się standardowe pytania i odpowiedzi. My z Agą to już swoje wzajemnie znałyśmy na pamięć tyle razy przychodziło nam na nie odpowiadać. Z przyjemnością zawsze jednak słuchałam odpowiedzi nowo poznanych osób. Okazało się, że Frederick pochodzi z Rumunii, ale w jego żyłach płynie również kenijska krew. Od lat mieszka zaś w Belgii. I od razu już ustaliłyśmy, że go kiedyś odwiedzamy. Bardzo mu się spodobało to jak żyjemy i podróżujemy, i zapewnił nas o samych luksusach, które nas u niego będą czekały. Już zacieramy ręce.
Po drodze nasz kierowca musiał jeszcze zajechać po nianię swojej córeczki. I ona wracała razem z nim, wykorzystawszy jego przyjazd na odwiedziny własnej rodziny. Jako że Mercedes był bardziej sportowy, Fred musiał upewnić się, co do ilości bagażu niani. Z naszymi bowiem dwoma wielkimi plecakami i nami dwiema oraz nią i jej ekwipunkiem mogło się zrobić ciasno. Bagażnik też był już w dużej mierze wypełniony walizami. Pech chciał, że niania oznajmiła, iż ilość walizek i toreb, które zabiera, za nic nie zmieszczą się w samochodzie, jeśli i my w nim również będziemy. No trudno. Nie miałyśmy wyjścia jak wrócić do planu „B”, czyli jazdy do Drobety.
Już po chwili niemal z piskiem zatrzymał się busik. Kierowca był jakoś dziwnie podekscytowany, że wiezie dwie turystki. Trudno się z nim było dogadać. Całe szczęście nie siedziałam obok niego, ale i tak źle się czułam w jego samochodzie. Najchętniej zmieniłabym kierowcę. Chłopak zaczął nam tłumaczyć, że ma kolegę, który z miejscowości, do której nas dowozi, będzie jechał właśnie do Drobety i że może nas zabrać. Dzwoni do niego i coś opowiada, zaśmiewając się. Niby się umawiamy, że ok, ale nie mamy jakoś przekonania. Wysiadamy czy zostajemy, pytam Agę. Może powiemy, że nasz przyjaciel, który mieszka w Medias, jedzie teraz do Drobety i nas po drodze może zabrać, wymyślam na poczekaniu, myśląc o Jorge. I w tym momencie dostajemy sms od Jorge z pytaniem „czy wszystko w porządku”. Jako wielbicielki znaków, uznajemy, że to właśnie jeden z nich. Oznajmiamy chłopakowi, że musimy wysiąść.
Widać, że chłopak jest rozczarowany, ale w końcu zatrzymuje nas przy pensjonacie. Oddychamy z ulgą, choć jest późno i wizja noclegu na łące średnio nam przypada do gustu.
Widzimy jednak, że w razie, czego jest szansa rozbicia się na podwórku pensjonatu. Sympatyczny właściciel każe nam usiąść i odpocząć. Pozwala korzystać z toalety, a gdy przez jakiś czas nie możemy nic złapać, sam wychodzi na ulicę, zabiera nam blok i zaczyna łapać stopa. Najpierw stoję zaszokowana, patrząc jak właściciele wymachuje naszą kartką przed przejeżdżającymi samochodami, a potem wybucham śmiechem, gdy klnie na każdego, kto przejeżdża obok nas obojętnie. W śmiechu wtóruje nam kilka osób, siedzących przy stoliku restauracyjnym, w tym zdaje się, że zona właściciela. W końcu zabieramy mu kartkę, dziękując za pomoc. Niby chce dobrze, ale kto nam się zatrzyma, gdy zobaczy skaczącego przy drodze starszego mężczyznę z dwoma dziewczynami? Nikt trójki nie weźmie.
Wreszcie udaje mu się zatrzymać starszego mężczyznę. Nakazuje mu zawieźć nas do miasta na stację kolejową. Na nic się zdają tłumaczenia, że my pociągiem nie jeździmy, tylko stopem. Zresztą nowy kierowca i tak ani słowa nie zna po angielsku. My próbujemy z naszym „no train”, ale nic z tego nie wychodzi, oprócz potakiwania kierowcy, że „tak, train”. Całe szczęście stacja jest w centrum miasta i nigdzie nie musimy się cofać. Musimy jedynie przejść przez miasto, by wyjść na wylotówkę. Miasto okazuje się niestety dość długie. Zaczepiają nas po drodze różni ludzie, namawiając, byśmy wzięły taksówkę. Zatrzymuję się taksówkarze, oferując swoje usługi. I wtem zatrzymuje się życzliwy tatuś z małą córeczką na tylnym siedzeniu. Postanawia nam pomóc i wywieźć chociaż w „dobre miejsce na łapanie stopa” jak powiedział.
Zaczęło się ściemniać, a my znalazłyśmy się na totalnym wygwizdowie. Ciekawe czy tu w ogóle jakiś hostel istnieje, zastanawiałyśmy się. Nie lubię łapać stopa w nocy. Przezorny zawsze ubezpieczony. Całe szczęście już po chwili zatrzymuje się bardzo sympatyczna para. Jadą dokładnie do Drobety. Niewiele rozmawialiśmy w trakcie, bo oni nie byli specjalnie rozmowni, a i my byłyśmy już nieco zmęczone. Chłopak czasami podpytywał nas o coś. W końcu zapytał czy mamy jakąś polska muzykę. Dałam mu pendrive i przynajmniej mogłam posłuchać czegoś, co lubię. Polecieli Pipes and Pints, Luxtorpeda, Lao Che i Kasia Nosowska. Od razu zrobiło się milej.

– Ale nie ma moich Pink Floyd – narzekała Aga. – Jak mogłam nie wziąć iPoda!
Ja też nie wiem, jakim cudem nie wzięłam nawet słuchawek, by podłączyć je do komputera.

– Jak ja tęsknie za Floydami. – Niczym katarynka powtarzała Aga. 
Ten tekst słyszałam przynajmniej raz dziennie od początku podróży.
Do Drobety dojechaliśmy już pod osłoną nocy. Całe szczęście miałyśmy pojęcie, gdzie planujemy spać. Trzeba było tylko znaleźć to schronisko młodzieżowe. Parka była kochana. Krążyli po mieści, wypytywali, by zawieźć nas pod sam hostel. Nie chcieli nas zostawić samym sobie. W końcu dotarłyśmy na właściwą ulicę.

– Gdzieś tu będzie miejsce, którego szukacie – oświadczyli.
Podziękowałyśmy i ruszyłyśmy na poszukiwania.
– Czy w czymś wam pomóc – usłyszałyśmy, gdy z dezorientacją wymalowaną na twarzy próbowałyśmy ustalić numery budynków.
– Szukamy hostelu – oznajmiłam, pokazując chłopakowi adres.

Wyraził szczere powątpiewanie w istnienie jakiegokolwiek hostelu na danej ulicy, wywołując w nas chwilowy popłoch. Zadzwonił jednak do żony, prosząc by znalazła w necie jakieś bardziej szczegółowe dane. Znalazła. Chłopak podzwonił i za chwilę już prowadził nas pod właściwy adres. Okazało się, że jest właścicielem hostelu w innej części Rumunii. I jak widać często trafiał na zagubionych turystów.

– Dobra, to teraz tylko prysznic i idę spać. Wystarczy mi wrażeń na jeden dzień – stwierdziłam. Aga była tego samego zdania.
Poszła jeszcze tylko zapalić przed budynek. Zeszłam do niej.
– Po pierwsze – powiedziała, gdy mnie zobaczyła – był tutaj jeszcze raz ten właściciel hostelu i powiedział, że jutro wraca do siebie i może nas przerzucić na serbską granicę. Tylko on dopiero będzie o 11 jechał, więc jeśli się zdecydujemy skorzystać z jego pomocy, mamy poprosić babkę w recepcji, by do niego zadzwoniła. Zostawił jej swoją wizytówkę.
No lepiej być nie mogło!
– A po drugie. Czy Ty słyszy, co leci? – Krzyknęła z radością do mnie.
Nic innego jak Pink Floyd.
– Tam jest knajpa, może siądziemy tam na chwilę?
Jedno piwo nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
– Ale tylko na chwilę – wymogłam obietnicę na mej towarzyszce. 

Obie w końcu cały dzień marzyłyśmy o porządnym wyspaniu się.
Z tymi chwilami jednak tak jest, że lubią się przedłużać. Tego dnia nie spodziewałyśmy się już niczego wyjątkowego. A życie lubi najbardziej zaskakiwać w takich właśnie nieoczekiwanych chwilach. Knajpka okazała się jedynie miejscem dla znajomych. Zostałyśmy jednak do ich grona zaproszone.
Poznałyśmy przesympatyczną i śliczną Larisę oraz jej przyjaciela Armanda, których zafascynowało nasze podróżowanie stopem. Zamiast więc pójść po jednym piwie do pokoju, rozgadaliśmy się do późnej nocy. Wciąż dołączali do nas nowi znajomi. A przed nami pojawiały się wciąż nowe kufle wypełnione bursztynowym napojem. Nikt nie chciał nawet słyszeć o jakimkolwiek płaceniu. W tle leciała ulubiona muzyka Agi, która była w siódmym niebie. Z trudem zmusiłyśmy się do zmiany pozycji z siedzącej na drewnianych stołach na leżące w łóżku, w schroniskowym pokoju. Musiałyśmy przecież wstać rano, choć nasi gospodarze namawiali nas do zostania w mieście jeszcze jeden dzień dłużej, zapewniając, że w poniedziałek pomogą nam się przedostać do Serbii. I towarzystwo, i obietnica pomocy były kuszące. Gdybyśmy nie miały oferty pomocy od właściciela hostelu, pewnie na tę składaną przez Larisę i Armanda byśmy przystały.

Zawzięłyśmy się jednak w postanowieniu, że czas Rumunię opuścić. Proponowana godzina wyjazdu, czyli jedenasta też nam idealnie po towarzysko spędzonej nocy pasowała. Ostatni rumuński dzień był bardzo udany. 
Kładłyśmy się spać z myślą, że życie jest pełne niespodzianek i że właśnie te niespodzianki w podróży są najbardziej pociągające. Każdy dzień to nowa przygoda. Czas więc na serbskie przygody.

sobota, 14 września 2013

Another second attempt
Do dwóch razy sztuka

Translation in progress
Kawa, prysznic, wygodne łóżko – potrzebowałyśmy trochę luksusu po cygańskich wojażach. W Braszowie nie mogłyśmy znaleźć nikogo, kto by nas przenocowała. Znalazłyśmy za to niedrogi, ale całkiem przyzwoity hostel. Niedrogi, bo znajdował się dość daleko od centrum. Dla nas to nie była jakaś zatrważająca odległość, zwłaszcza że obie dobrałyśmy się dobrze pod względem naszego zamiłowania do chodzenia.
Brasov

W Braszowie nie zwiedzałyśmy wiele. Pospacerowałyśmy uliczkami miasta, głównym deptakiem, obeszłyśmy wokół najbardziej popularną atrakcję w mieście, czyli Czarny Kościół. Braszów miał stanowić naszą bazę wypadową do zamku Draculi w Bran, do zamku w Rasznowie, gdzie również znajduje się ciekawy kompleks zamkowy oraz do Busteni. Z tego ostatniego miejsca chciałyśmy dostać się kolejką linową do Sfinksa i tzw. Babele, czyli „Starej Damy”. Po Braszowie miał przyjść czas na Bukareszt.
Czarny Kościół

Pół wieczoru spędziłyśmy na planowaniu kolejnych dni, szukaniu hostów w stolicy. Pół żywe ze zmęczenia położyłyśmy się w końcu spać, by wstać znów o świecie. W planach miałyśmy jednak tak dużo do zobaczenia, że nie mogłyśmy marnować czasu na zbędny sen. Wyśpimy się po powrocie, stwierdziłyśmy zgodnie.
Wyszłam na taras hostelu. Szczyty gór ukrywały się za ciemniejącymi coraz bardziej chmurami. Nie wyglądało to zbyt optymistycznie. Obawiałam się, że nawet, jeśli dostaniemy się na szczyt, to i tak niczego nie zobaczymy. Starałyśmy się być jednak dobrej myśli. Ruszyłyśmy szukać „wylotówki” do Sinai i Busteni. Z informacji, które zdobyłyśmy, wynikało, że są dwie kolejki, po jednej z każdego miasta. 
Sinaia

Wybrałyśmy Busteni, bo było bliżej, zaledwie czterdzieści kilometrów od Braszowa. Okazało się, że na dotarcie do drogi wylotowej potrzebujemy trochę czasu, sił i jakiejkolwiek orientacji w terenie, a zwłaszcza z tym ostatnim, to różnie u nas bywa. Nie bardzo się orientowałyśmy, w którym w ogóle kierunku powinnyśmy podążać.
Na ulicy, przy automacie z kawą jakiś mężczyzna próbował zdobyć jeden kubeczek energetyzującego napoju. Widać było, że dopiero co wstał i ledwo widzi na oczy. Najpierw padło nieśmiertelne pytanie czy mówi po angielsku albo hiszpańsku.
Bucegi w oddali

– A little – usłyszałyśmy.
Pokazałyśmy na mapie miejsce do którego musimy się dostać z prośba o wskazanie właściwego kierunku, tłumacząc, że chcemy jechać autostopem.
- Chodźcie ze mną – powiedział. – Zawiozę was.
Nie zastanawiałyśmy się ani chwili.
– Dziesięć lat mieszkałem w Moskwę. Wiem jak to jest być obcokrajowcem.
Zawiózł nas w miejsce, w którym bez problemu mogłyśmy łapać dalej. Po pięciu minutach już jechałyśmy. Nasz kolejny kierowca oczywiście też nie mówił po angielsku, ale zrozumiał Busteni i „no money”, czyli najważniejsze rzeczy mieliśmy uzgodnione. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo w końcu wysadził nas w Sinai, z niewiadomych dla nas powodów, z czego zdałyśmy sobie sprawę po dobrych kilkunastu minutach marszu.

Co teraz, zastanawiałyśmy się.
– Najwidoczniej tak miało być – stwierdziłam. – Idziemy zatem na kolejkę tutaj.
Zaczęłyśmy podążać za różowymi znakami z napisem „telegondola”. Byłyśmy przekonane, że to właściwa droga. Wspinałyśmy się coraz wyżej i wyżej. Słońce znów przypiekało, mimo że było jeszcze przed południem. W górę podążałyśmy blisko półtorej godziny. W końcu szczęśliwe dotarłyśmy na miejsce, modląc się by kolejka działała. Działała, ale…
Szczyt Bucegów

No właśnie. Po rozmowach z jedyną osobą, która najlepiej z pracujących tam, znała angielski dowiedziałyśmy się, że tą kolejka nie dojedziemy tam, gdzie chcemy. Musimy zmienić kolejkę, a następnie w górę wędrować trzy godziny, by dotrzeć do Sfinksa, a następnie niecałe trzy godziny, by zejść, a potem jeszcze czekanie na kolejki, schodzenie do miasta i znów łapanie stopa. Obawiałyśmy się, że dnia nam nie starczy. I co teraz? Pani stwierdziła, że szybciej dostaniemy się z Busteni, bo tam po wjechaniu na górę, potrzebujemy zaledwie godziny, by dostać się do Bebele i Sfinksa. Po dokonaniu niezwykle skomplikowanych obliczeń matematycznych wyszło nam, że faktycznie szybciej będzie, jeśli zejdziemy i ruszymy do Busteni, i stamtąd wjedziemy kolejką na górę. Wiedziałyśmy jednak, że do zamków już raczej tego dnia dojechać nam się nie uda.
Babele czyli Old Lady

Najszybciej jak mogłyśmy pognałyśmy w dół, choć po półtoragodzinnej wspinaczce byłyśmy już trochę zmęczone. Trafiłyśmy na przystanek busików, z których wszystkie jechały do Busteni, zamiast łapać więc stopa, postanowiłyśmy te dziesięć kilometrów pokonać buikiem. Stwierdziłyśmy, że będzie szybciej niż gdybyśmy miały wyjść za miasto i próbować kogoś złapać.
I tu znów okazało się, że w jakichkolwiek działaniach matematycznych jesteśmy bardzo słabe. Pan pokiwał głową, że jedzie do Busteni, kazał wskakiwać do środka, po czym ruszył, ale zamiast w stronę naszego celu, w odwrotnym kierunku. Okazało się, że musi jeszcze znów przejechać całe miasteczko, bo może ktoś będzie chciał wsiąść. Jakby nie mógł nam tego powiedzieć. Nie wsiadłybyśmy wówczas, tylko ruszyłybyśmy przed siebie. Czas zaczął się kurczyć w ekspresowym tempie. 
"Sfinks"

Wiedziałam, że denerwowanie się na kierowcę, który zawrócił i robi przerwy na pogawędki przez telefon, nic nie da, ale nie mogłam się powstrzymać. Nie chciałyśmy zmarnować całego dnia i nie zobaczyć niczego, a to powoli zaczynało nam grozić.
W końcu dotarłyśmy do Busteni. Sympatyczny miejscowy wskazał drogę do „telekabiny”. Zbliżała się trzynasta. Po drodze mijałyśmy dziesiątki taksówkarzy, którzy zaczepiali, oferując swoje usługi, jako przewodnicy. Nie zwracałyśmy na nich uwagi, choć zaczęły mnie niepokoić ich słowa, że kolejka dziś jest nieczynna. Jasne, jasne, myślałam sobie, będąc przekonaną, że gadają tak tylko po to, by wyciągnąć z turystów kasę.
Okazało się jednak, że wcale nie mówili tego tylko dlatego, że chcieli zarobić. Niestety kolejka była nieczynna.

Na usta cisnęły mi się wszystkie najgorsze słowa, jakie w życiu dane mi było usłyszeć. Byłam wściekła.
– Nieczynna przez wiatr – usłyszałam od mężczyzny, kręcącego się w budynku, w miejscu, z którego wyruszały wagoniki.
– Może jutro? – krzyknęłam z nadzieją.
– Może – odpowiedział.
Nie pozostawało nam nic innego jak złapać szybko stopa w innym kierunku i pojechać do zamków. Wiedziałyśmy jednak, że Starej Damy i Sfinksa odpuścić nie możemy. Ustaliłyśmy, że jeśli następnego dnia wciąż będzie nieczynne, to przyjedziemy tu raz jeszcze, już po wizycie w Bukareszcie. Widziałyśmy zdjęcia i wiedziałyśmy, że to miejsce musimy zobaczyć, choćby nie wiem co.
Ruszyłyśmy do Bran, do zamku Draculi. Szybki stop i zwiedzanie.
Stwierdzam, że preferuję jednak oglądanie zamków z zewnątrz niż zwiedzanie ich od środka. Zamek jak zamek. Po Neuschwanstein, czyli disnejowskim pierwowzorze niewiele zamków robi już na mnie wrażenie, choć zamek w Bran jest naprawdę ciekawy. Stwierdziłyśmy jednak, że ten w Rasznov wystarczy nam zobaczyć z daleka. 

Dlatego, gdy złapałyśmy sympatycznego gościa, który jechał do Braszowa i postanowił nam pójść na rękę, zatrzymując się w Rasznowie, nie narzekałyśmy. Potem chłopak zawiózł nas do miejscowej restauracji, w której serwują tradycyjne dania kuchni rumuńskiej, gdzie w końcu udało mi się skosztować, polecane przez miejscowych sarmale. Okazało się jednak, że danie nie jest specjalnie wyszukane, zwłaszcza dla nas Polaków, którzy świetnie znają smak gołąbków. Sarmale to właśnie takie nasze gołąbki, podane z ichnia mamaligą i ostrą papryczką. Dzień, mimo słabych przeżyć, nie okazał się zmarnowany. Zgodnie ustaliłyśmy, ze najwidoczniej po prostu tak miało być i już.
Bran od środka

Rankiem następnego dnia pani z hostelu zadzwoniła dowiedzieć się czy kolejka działa. Działała. Zamiast wiec wprost jechać do Bukaresztu, znów pognałyśmy na wylotówkę do Busteni. Tym razem wiedziałyśmy, gdzie mamy wysiąść. Zresztą pan, który nas podwoził postanowił nas zawieźć pod same drzwi budynku. Tam czekała na nas niespodzianka pod postacią niemal półtoragodzinnego oczekiwania. I znów nerwy, bo zaraz po Busteni musiałyśmy wrócić po plecaki do miasta i jak się okazało znów tą samą drogą ruszyć do stolicy. Znów zawiodły nas nasze umiejętności organizacyjne.
Z czekaniem nie było tak źle. Jakoś dotrwałyśmy i muszę przyznać, że było warto. Szczyt w postaci czegoś na kształt łąki wraz z kamiennymi posągami robił ogromne wrażenie. Wędrowałyśmy wydeptanymi ścieżynkami i nie mogłyśmy nacieszyć oczu widokami.

– Olewamy już miasta i miasteczka – powiedziałam do Agi. – Wszystkie mniej więcej wyglądają tak samo. To, co jednak oferuje natura zawsze potrafi zaskoczyć.

Agnieszka przytaknęła.
Babele i Sfinks oraz otaczające je tereny oczarowały nas. Jedno z piękniejszych miejsc, jakie widziałam. Najchętniej zostałybyśmy tam na dłużej. To jest jednak minus autostopowania, że nigdy nie masz pewności jak ci pójdzie. Niby w Rumunii zawsze jest super, ale zawsze mógł się nam zdarzyć ten pierwszy raz, gdy poszłoby nam gorzej, a już byłyśmy umówione na wieczór z naszym hostem – Elisabetą, która miała nas odebrać z jednej ze stacji metra w stolicy. Z żalem zjeżdżałyśmy w dół z kolejką. Jednocześnie miałam pewność (i mam ją nadal), że w przyszłym roku muszę tu wrócić – w góry, w Karpaty, w Bucegi. Tylko po to.
Zamek w Bran

Wymęczone zrobiłyśmy szybki obrót do hostelu i z powrotem na trasę do Bukaresztu. Cieszyłyśmy się, że wiemy chociaż, gdzie śpimy. A miałyśmy spać nie u hosta z couchsurfingu, bo niestety nikogo chętnego do przenocowania nas nie znalazłyśmy, ale u przyjaciółki naszego wybawiciela Jorge.
Pierwszy złapany przez nas samochód to mężczyzna w wieku po czterdziestce. Po dziesięciu minutach w wozie pada pytanie: „Masz chłopaka?”. Niby nic złego, ale zaczynam odczuwać pewien dyskomfort. Zwłaszcza, że mężczyzna zaczyna mówić, jakie to ładne jasne włosy mamy. Aga, która próbowała przysnąć, od razu się ocknęła.
– Wszystko w porządku – spytała.
– Nie jestem pewna. Może jednak wysiądziemy – powiedziałam pewnym głosem, nie chcąc wzbudzić podejrzeń szeptami.
– To, co robimy?
W kłamstwie trochę się ostatnio wyrobiłyśmy, więc w miarę łatwo nam przyszło wymyślenie historyjki, w której dzwoni znajomy z Polski z informacją, że dotarli właśnie do miejscowości w pobliżu, której akurat my byliśmy. Grzecznie wytłumaczyłyśmy, o co chodzi i że chciałybyśmy tu zostać, bo znajomi na nas czekają. Problemu nie było. Wysiadłyśmy w Sinai. Godzina nie była najlepsza na łapanie stopa, bo zbliżała się osiemnasta, ale wyjścia nie było.
Kompleks zamkowy w Rasnov

– Ja ci mówię, że musiałyśmy wysiąść. To był znak. Niekoniecznie coś złego by się stało, ale  może miałyśmy wysiąść, by trafić na kogoś innego? – Przekonywałam Agę, choć bardziej chyba się usprawiedliwiałam, obawiając się, by nie była na mnie zła, że wysiadłyśmy. Całe szczęście Aga też wierzy w „znaki” i przeznaczenie.
Po około dwudziestu minutach moje wyrzuty sumienia odpłynęły. Zatrzymał się „wypasiony” samochód. O markę nie pytajcie, pamiętam tylko, że był lśniąco czarny, a w środku wyłożony skórzaną tapicerką. Wyskoczył z niego młody, ale elegancki chłopka i zapakował nasze plecaki do bagażnika. Aga chciała pospać, więc tym razem ja zajęłam przednie siedzenie i poczułam się bezpiecznie jak w domu. Od razu wiedziałam, że to był dobry wybór, by jednak zmienić kierowcę. Na początku padały standardowe pytania i odpowiedzi o to, co robimy, dlaczego tak podróżujemy i czy się nie boimy. Od codziennych zapytań, przeszliśmy do bardziej życiowych rozważań na temat życia i bardziej filozoficznych, dotyczących jego sensu oraz kwestii szczęścia. John mógł się nam wygadać, poradzić i usłyszeć, że żyć można też inaczej, że pieniądze nie są najważniejsze i że nie zawsze trzeba podążać utartymi szlakami.
– Pierwszy raz zabrałem kogoś na stopa – wyznał. – I szczerze powiem, że sam siebie zaskoczyłem tym, że się zatrzymałem. Nie wiem, ale coś mnie tknęło i poczułem, że muszę was podwieźć.
– Przeznaczenie – powiedziałyśmy wspólnie.  Jeszcze nie wiedziałyśmy, o co w tym chodzi i do czego nasza zmiana samochodu ma się przydać nam albo Johnowi, ale wiedziałyśmy, że ta sytuacja nie była bez znaczenia.
Czasami mała rzecz, może totalnie zmienić całe życie. Taki „efekt motyla”.
– Dlaczego ludzie to robią? – zapytał chłopak, gdy opowiedziałyśmy mu o Jorge i jego pomocy, o tym jak inni kierowcy nam pomagają, nadrabiają czasami kilkadziesiąt kilometrów, by podwieźć, zapraszają na obiad itd. – I tak naprawdę robią to, nie oczekując niczego w zamian?! – Nie mógł wyjść ze zdziwienia. – I to tu? W Rumunii?
Przytaknęłyśmy.
– Nic z tego nie rozumiem. Pojąć tego nie mogę. – Przeżywał John.
– No, bo my fajne po prostu jesteśmy – stwierdziłam nieskromnie ze śmiechem. – A tak na poważnie, to ludzie po prostu z natury są dobrzy i już.
Dotarliśmy do stolicy.
– To gdzie jedziecie?
– Możesz nas wysadzić gdziekolwiek przy stacji metra, bo my musimy do jednej takiej dojechać.
– Ale to podajcie adres, zawiozę was tam – przekonywał.
Zaśmiałam się.
– Pytałeś, dlaczego ludzie to robią? Dlaczego nam pomagają. – zagadnęłam. – A czy ty właśnie w tym momencie nie robisz tego samego? Chyba teraz możesz odpowiedzieć sobie sam na zadane pytanie.
– Nie chcę przerwać łańcucha dobroci – odpowiedział po chwili zastanowienia i sam się zaśmiał. A już za chwilę proponował, że skoro następnego dnia jedziemy do miejscowości Buzaua, to on może zadzwonić do kolegi, który tam mieszka i zapytać czy nas przypadkiem nie przenocuje.
Wysiadałyśmy z samochodu z uśmiechami od ucha do ucha.
– Byłyście dla mnie naprawdę wielką niespodzianką. Dziękuję wam – powiedział uściskawszy nas na koniec. – Na pewno was nie zapomnę. Pokazałyście mi, że żyć można też inaczej.
– Może dzięki nam będzie częściej zabierał autostopowiczów i pomagał innym – powiedziała Aga. – A może dzięki nam zmieni trochę swoje życie i ustawi inaczej priorytety – zastanawiałam się ja. – Może rzuci wszystko w cholerę i ruszy w świat? Może wreszcie uda mu się znaleźć swoje szczęście?

Wiedziałam, że powinnyśmy zmienić ten samochód. Dobrze zrobiłyśmy.

poniedziałek, 9 września 2013

The Gypsys
Z wizytą u Cyganów

Translation in progress
Życie bywa dziwne. Czasem spotykamy na swojej drodze osoby i już od razu wiemy, że to jest ten właściwy człowiek. Któremu możesz zaufać, i którego wydaje się, że znasz od stu lat, a nie zaledwie od kilku dni czy godzin.
Poniedziałek drugiego dnia września skąpany był w smutku. Od rana byłyśmy przygnębione. Siedziałyśmy na balkonie w ogródku, popijając kawę i przyglądałyśmy się ze smutkiem jabłoniom i nabrzmiałym od soku winogronom. W ciszy żegnałyśmy się z domem, który choć był naszym tylko przez chwilę, stał się nam bardzo bliski.
Jorge-nasz gospodarz był w pracy. Obiecał jednak po nas przyjechać jak tylko będziemy gotowe i podrzucić nas kilkadziesiąt kilometrów na właściwą trasę, na której znacznie łatwiej miało nam się łapać stopa do Valeni – wioski cygańskiej, w której miałyśmy spędzić dzień i noc, zapoznając się z codziennym życiem Cyganów*
Trochę tej wizyty się obawiałyśmy, trochę byłyśmy podekscytowane tym, co nas tam spotka i trochę smutne, że opuszczamy naszego przyjaciela, zostawiając go na pastwę losu. Jedyne, co nas pocieszało to, że dzięki nam Jorge zarejestrował się na couchsurfingu i będzie częściej gościł u siebie innych. Liczyłyśmy na to, że dzięki temu odległość, jaka dzieli go od dzieci będzie łatwiejsza do zniesienia. Jorge zaproponował nam pomoc w znalezieniu noclegów w innych miastach, w których ma znajomych. A na przyszły rok już jesteśmy umówieni na spotkanie w Serbii na festiwalu Gucza, na który już od wielu lat pragnę się wybrać.
Po pożegnaniu (naszym trochę łzawym, choć Jorge tego nie widział, bo odjechał) w niecałe piętnaście minut miałyśmy już „stopa” bezpośrednio do wioski. Tego nie spodziewałyśmy się zupełnie. Mężczyzna jechał wprawdzie inną drogą do miasta Cluj Napoca, ale postanowił nam pomóc. Gdy w końcu przebiliśmy się przez miasto i dotarliśmy do wylotówki nasz kierowca zatrzymał się by włączyć nawigację i okazało się, że… Valeni zostawiliśmy kilkadziesiąt kilometrów za nami.
Dom Chuck'a i Carmen, czyli rzekomy hostel

– Przecież powiedziałyście, że chcecie jechać do Targu Mures, a potem w stronę Reghin. – Miałam wrażenie, że słyszę w jego głosie pretensję. W sumie to pewnie nie było tylko wrażenie, a fakt, bo przez nas miał kłopot. Chciał pomóc, a teraz było mu głupio nas po prostu tak gdziekolwiek wysadzić i zostawić.
Zapadłam się głębiej na tylnym siedzeniu. Było mi głupio i nie chciałam się z nim dodatkowo wykłócać, że przecież sam powiedział, iż wie gdzie jest miejscowość, do której zmierzamy. Później okazało się, że miejscowości o nazwie Valeni są aż trzy w Rumunii.
Kierowca zawrócił.

– Może nas pan tu wysadzić. My sobie poradzimy. Nie chciałyśmy być problemem.
– Wszystko w porządku. Nie jesteście. Mam czas.

Skoro ma czas, to już więcej nie protestowałyśmy.
Musieliśmy się cofnąć o ponad dwadzieścia kilometrów, a on potem znów musiał przebijać się drugi raz przez miasto. Ale w końcu dotarłyśmy do wioski.
Valeni jak się okazało to nie cygańska wioska, a węgierska. Zamieszkuje ją jednak kilkadziesiąt osób z plemienia Gabor. Chętnie goszczą obcokrajowców, chcąc im pokazać jak żyją, jedzą i bawią się prawdziwi Cyganie. Chcą przełamywać stereotypy i udowodnić innym, że nie każdy Cygan kradnie i jest zły.
U Cyganó z trzeciej kasty

Szukając sklepu, który miałyśmy według wskazówek otrzymanych od Chuck’a, mieszkańca wioski i pomysłodawcy organizacji, natknęłyśmy się na młodą ładną cygankę, która okazała się żoną Chuck’a. Nie wiem czy czekała już na nas od dłuższego czasu, czy przypadkiem się na nią natknęłyśmy, ale od razu zabrała nas ze sobą. Znała zaledwie kilkanaście słów po angielsku, więc trudno było nam się trochę porozumieć. Jedyną osobą w wiosce, znającą angielski był Chuck.
Najpierw zajrzałyśmy do domu najbogatszych Cyganów z plemienia, z tzw. drugiej kasty. Zostałyśmy poczęstowane bardzo słodką kawą w maleńkich filiżaneczkach. Siedziałyśmy trochę zmieszane, próbując to trochę na migi, to trochę po angielsku, trochę po rumuńsku wydedukować, o co drugiej stronie chodzi. I wreszcie Carmen zaprowadziła nas do domu swojego i Chuck’a.
Kuchnia

Wciąż nie mogłyśmy pozbyć się jednak z głowy krążących stereotypów (choć równocześnie ganiłam się za tkwienie ich we mnie). Czy na pewno mam wszystkie rzeczy w plecaku, czy nie zniknął mi z palca pierścionek, czy mam pieniądze w portfelu. Nie raz oszukała mnie Cyganka, twierdząc, że wywróży mi przyszłość, a jedynie, co wywróżyła to pustkę w portfelu. Tu niczego mi nie brakowało, ale niepewność i doza nieufności pozostawała.
Szłyśmy za Carmen i zastanawiałyśmy się, gdzie nas prowadzi. W końcu naszym oczom ukazał się maleńki domek, którego w życiu nie określiłabym mianem hostelu, a według tego, co pisał Chuck, Cyganie dysponowali hostelem i restauracją dla przyjezdnych (potem okazało się, że to „pieśń przyszłości”). Póki co był domek. Nie otaczało go żadne ogrodzenie. Na zewnątrz zamontowana była umywalka ze zbiornikiem na wodę. Bieżącej wody brak. Brak też prysznica, a toaleta jedynie w postaci wychodka. Carmen wskazała nam wejście po lewej stronie domu: dwa pomieszczenia wyłożone różnej maści dywanami. W każdym z pomieszczeń dwa materace, a wokół kilkanaście martwych karaluchów. Kilka jeszcze się ruszało i żwawo przemieszczało się po pokoju, prawdopodobnie w obawie przed naszymi morderczymi zamiarami.
Nasz pokój

– Burżujki – powiedziała Agnieszka z przekąsem, patrząc z obrzydzeniem na robactwo, nie mając oczywiście na myśli karaluchów, mieszkających w luksusach, ale na, które się do luksusów w drodze przyzwyczaiły.
Zostawiłyśmy plecaki, które pozamykałyśmy szczelnie, by żaden karaluch nie postanowił przypadkiem się do nich wprowadzić. Wyjrzałyśmy na zewnątrz. Gospodyni zniknęła z tyłu domu. Ruszyłyśmy za nią. Jak się okazała znajdowała się tam kuchnia, a dokładniej palenisko. Carmen umieściła na nim wielki czarny gar, do którego zaczęła wrzucać różne artykuły spożywcze. Dwójka jej dzieci, umorusana od stóp do głów biegała po przydomowej łączce. Na podwórko zaczęli zaglądać sąsiedzi ciekawi nowo przybyłych turystek. Próbowali zagadywać. Trudno było jednak nam się porozumieć, choć im nie przeszkadzało to w zwracaniu się do nas w ich języku, mimo wyraźnych oznak, że kompletnie nic z tego nie rozumiemy. Do powrotu Chucka, który miał wrócić dopiero za dwie do trzech godzin, byłyśmy skazane na własną wyobraźnię i umiejętność domyślania się.
Kozmin - syn Chuck'a i Carmen

Na obiad Carmen podała dziwną zupę z fasolki szparagowej z chlebem, po której zostałyśmy ponownie poczęstowaną słodką kawą w filiżaneczkach wielkości niemal naparstka (dla mnie dziwne doświadczenie, bo ja zwykle kawę pijam w półlitrowym kubku).
Na deser przyglądałyśmy się zabawie dzieci i Carmen krzątającej się wokół domu, a także warunkom, w jakich mieszkają. W pokoju, który był przeznaczony dla rodziny, znajdowały się dwa łóżka, szafa i dwa stoły. Takiego bałaganu, jaki tam panował, dawno nie widziałam. Im to jednak jak widać zupełnie nie przeszkadzało. Nie żebym sama była perfekcyjną panią domu, ale jednak „jako taki” ład lubię utrzymywać. To jak wyglądało mieszkanie trudno opisać jakimikolwiek słowami.
Przygotowywanie papierosów

W końcu pojawił się Chuck. Od razu zabrał nas do Cyganów z trzeciej kasty, czyli tych najbiedniejszych, by pokazać nam jak żyją. Wziął pod pachę wielką butlę piwa, a my podążyłyśmy za nim. Na miejscu zastałyśmy kilkudziesięcioletniego mężczyznę i w podobnym wieku kobietę, której twarz wykazywała wyraźne ślady młodzieńczej urody. Skręcali papierosy z suszonych na piecu liści. Oprócz nich kilka innych osób i dzieci w kolorowych strojach. Wokół rozpadające się chałupy – ich domy. Zobaczywszy je stwierdziłam, że jednak te pokoje, który my dostałyśmy, nawet z karaluchami, to luksus, jaki im nigdy się nawet nie śnił.
Córka gospodarzy

Wszyscy nas wyściskali i zaczęli częstować, czym tylko mieli. Wciąż pytali czy nam wygodnie czy czegoś nie potrzebujemy i nie chcieli niczego w zamian, o nic nie prosili. Po chwili rozbrzmiała muzyka, na tacach wjechały kieliszki wypełnione przezroczystym płynem. Nie tknęłam ich jednak. Nie zostało to całe szczęście źle odebrane. Zaczęły się tańce, rozbrzmiewał śmiech. A ja dostawszy pozwolenie na fotografowanie, tym się też zajęłam.
Atmosfera była pełna życzliwości. I wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy nie przyuważyły grupy kilkunastu mężczyzn, stojących przy drodze, nieopodal cygańskich chałup, którzy z niezdrowym wręcz zaciekawieniem przyglądali się naszej zabawie. Gdy zaczęli wyraźnie wskazywać na nas, obie z Agnieszką poczułyśmy strach. Ci mężczyźni, to nie byli Cyganie, zwykli pracownicy leśni. Było ich jednak wielu, zbyt wielu jak na kilka kobiet, młodego chłopaka, starca i pijanego Chuck’a. No właśnie, pomysłodawca całej społeczności nie popisał się. Upił się i niewiele umiał nam w tym stanie przekazać odnośnie kultury Cyganów i ich życia. Nawet umiejętności translatorskie też mu wysiadły.
Piękna Rezeda, wychowująca się sama

Po raz pierwszy poczułam strach. Z jednej strony pijani cyganie, z drugiej grupa kilkunastu mężczyzn, nad wyraz zainteresowana jasnowłosymi turystkami (i po co nam było się farbować na blond?!). Próbujemy namówić Chuck’a na opuszczenie miejsca. W końcu to się udaje i wracamy do domu. Wieczorem czeka nas kolacja w przydomowej „kuchni”. Na palenisku w kotle szykuje się cygański gulasz. Siedzimy wokół w ciemnościach, które rozjaśnia jedynie ognisko. Pozostali Cyganie z plemienia też przybyli i zasiedli na pieńkach wokół. Wszyscy wpatrują się w tańczące pod garnkiem płomienie. Zaczynają nucić i podśpiewywać. Gdy kolacja jest już gotowa, Carmen nakrywa do stołu w pokojo-jadalni. Na jednym łóżku śpi już czteroletni Kozmin, który najpierw zasnął już na siedząco przy ognisku. Umorusany, w tym samym ubraniu, w którym biegał cały dzień leży pod czymś, co ma imitować kołdrę. Koło niego kładzie się starsza o trzy lata siostra. Tu nikt nie przejmuje się czystością i bakteriami. Dzieci tak jak cały dzień biegały, tak położyły się do łóżka, by następnego dnia zaraz po otwarciu oczu, być gotowymi do zabaw w nowym dniu.
Nasza gospodyni z trzeciej kasty

 Zjadamy kolację i od razu nasz żołądek dziwnie reaguje. Smak może i dobry, ale żołądek mocno zostaje obciążony. Reszta plemienia przychodzi się pożegnać. Ściskają nas na pożegnanie, życzą wszystkiego dobrego i spieszą do swoich chatek. My idziemy do pokoju i zastanawiamy się jak spędzić noc.

– Słyszałaś to? – pyta Aga.
Coś słyszałam. Jakby ktoś krążyła pod naszymi oknami. Boimy się wyjrzeć. Za chwilę słychać jakieś stukanie w okna. Aga biegnie do sąsiednich drzwi i woła Chuck’a. Ten gna za dom, sprawdzić, co się dzieje. Słyszymy tylko tupot nóg pod oknami i szeleszczenie trawy – oznaki ucieczki. Przez podwórko przebiega młody chłopak. Carmen krzyczy coś za nim.
– To tylko żarty – tłumaczy za chwilę. – Rzadko mają okazję widzieć tu obcokrajowców.

Dziwne, bo Chuck, zapytany przeze mnie, jak wielu turystów ich odwiedza, stwierdził, że trudno zliczyć tak wielu ich tu było.
Mamy już się podobno nie bać. Nikt już ma nas nie niepokoić. Nikt, oprócz karaluchów.

– A może tak będziemy spały w namiocie? – pyta Aga.

O tym nie pomyślałam, ale w sumie dobry pomysł. Miejsca na rozstawienie nie brakuje, a przynajmniej odgrodzimy się od robactwa i to naprawdę takiego przez duże „ER”..
Zasypiam dość szybko, choć gaz pieprzowy mam na wierzchu. Aga obok kładzie nóż. Tak na wszelki wypadek, choć ja nie przewiduję problemów.
C Margaret, córką najbogatszych Cyganów we wsi

Rano Chuck wstaje trzeźwiutki. Jest nam w stanie w końcu wyjaśnić kilka spraw związanych z Cyganami. Nie zostajemy tu jednak dłużej, tylko pakujemy się i pożegnawszy z Cyganami z drugiej kasty, jedziemy do naszego następnego celu, do Braszowa.
Muszę przyznać, że doświadczenie było ciekawe. Było trochę dziwnie i trochę strasznie, ale też sympatycznie i interesująco. Sporo dowiedziałyśmy się o Cyganach (nie Romach) i o tym, że nie każdy Cygan zawsze musi kraść i prosić o pieniądze, ale że mimo trudnego życia z dnia na dzień, umie się nim cieszyć i być przyjaznym i życzliwym do innych. Wielu z nich ma bardzo ciężkie życie i trudno im to zmienić. 
Typowy splot cygańskich warkoczy

Jeśli należysz do trzeciej kasty, to już nigdy się z niej nie wygrzebiesz. Spać z pierwszej kasty do drugiej jest bardzo łatwo, bo to spotkało Margaret z rodu Gabor, matkę Gizi i babkę młodej Margaret, które to panie odwiedziłyśmy na początku naszego pobytu. Margaret, gdy wyszła za mąż za mężczyznę z drugiej kasty, momentalnie również do niej spadła. Szans na powrót, mimo dużych pieniędzy już nie miała. Jeśli należysz do trzeciej kategorii, zostajesz w niej niemal na zawsze, chyba że postanowisz się odciąć od Cyganów, co niektórzy robią, idąc na studia i zmieniając swoje życie. 

Aby nie było niedomówień i kolejnych zarzutów pod moim adresem, że jako osoba podróżująca i pisząca o podróżach, nie powinnam używać tego słowa, od razu wyjaśniam na początku, że sami właściciele tej nazwy tak o sobie mówią, twierdząc, że nie są żadnymi Romami, a Cyganami właśnie i że nazwa Cygan wcale nie ma pejoratywnego znaczenia.

niedziela, 1 września 2013

H like hitchhiking
A jak autostop

Translation in progress



Najtrudniejszym momentem w podróży autostopem, zwłaszcza gdy jedzie się do dużych miast, jest wydostanie się z nich. To nas czekało podczas próby wydostania się z Budapesztu. Korzystając z podpowiedzi hitchwiki (Wikipedia dla autostopowiczów) ruszyłyśmy o ósmej rano metrem linii 3 do stacji Eceri. Stamtąd miałyśmy się kierować 800 metrów w dół, potem minąć jakąś stację schowaną za wielkim murem, by trafić na parking, gdzieś koło KFC. Niby mur był, nawet dwa, ale ukrytej za nimi małej stacji benzynowej już nie. A zamiast KFC widziałyśmy tylko McDonalda. Udało nam się jednak zlokalizować drogę, prowadzącą w interesującym nas kierunku, czyli do przejścia granicznego w Nadlac w Rumunii. Na stacji benzynowej koło „Maca” chyba nas wyśmiali jak usłyszeli, że chcemy się dostać na autostradę i że podróżujemy stopem. Nie wyśmiał nas jednak sympatyczny Węgier, który postanowił nas podrzucić do dużego parkingu dla tirów. Nawet nie czekałyśmy pięciu minut, gdy się zatrzymał. Kilkanaście kilometrów i już machałyśmy na tirowców na parkingu. Niecałe dziesięć minut i już rumuński kierowca wpadł w nasze sieci.

- Angielski? – pytamy
 - Nu. – zaprzecza nasz kierowca, ale kiwa ręką żebyśmy wsiadały.
 
Wygląda poczciwie. W kabinie dostrzegam zdjęcie jego z żoną i dziećmi. I od razu czuję się bezpiecznie. Pokazujemy mu mapę i okazuje się, że jedzie aż do Bukaresztu. Będzie też przejeżdżał koło naszego celu, czyli miasta Sybin. Nasza radość nie ma końca. Mamy jednego „stopa” do końca podróży. 

- Ile godzin? – pytam, mieszając wszystkie możliwe języki z migowym i obrazkowym na czele. 

Pokazuje, że osiem z dwiema pauzami. Potem się okazuje, że pauz nie ma w ogóle, a jedziemy dziewięć godzin. Trochę wolny ten nasz kierowca, ale za to cały czas posuwamy się do przodu. Nie marudzimy więc specjalnie.
Głowa mi jednak paruje, a mózg się lasuje, gdy próbuję z nim rozmawiać. Okazuje się, że „un poco” (po hiszpańsku „troszeczkę) mówi po hiszpańsku, i trochę po włosku, bo twierdzi, że te języki są najbardziej zbliżone do rumuńskiego. Język polski, zwłaszcza naszą gramatykę określa słowem „katastrofa”, które te słowo powtarza jeszcze kilkakrotnie, również w odniesieniu do polskiej policji i dziesięciokilometrowego korka, który cale szczęście stoi w przeciwnym kierunku.

W Hiszpanii jak się okazuje mieszka dwudziestoczteroletni syn Wasilija. Pracuje w turystyce. Żona Wasilija przebywa za to we Włoszech. W Rumunii trudno o pracę i dobry zarobek. Nasz kierowca nie narzeka, bo trasa jego ciężarówki zwykle biegnie przez Polskę, Niemcy, Włochy i Hiszpanię i często widuje rodzinę.

Wasilij faktycznie jednak tylko „un poco” mówi i rozumie po hiszpańsku, a ja produkuję się, żeby jak najprościej wyrażać myśli i zapytania. On jednak zwraca się do nas w głównej mierze w mieszance hiszpańsko–rumuńskiej. Jakoś udaje mi się wysupłać sens jego słów, choć nie zawsze. Jemu z moich wypowiedzi chyba ten sens już trudniej wyłuskać. Mózg mi paruje. Czuję się jak podczas pierwszych dni pobytu w Gwatemali – po kilku godzinach jestem wycieńczona rozmową. Przysypiam trochę na łóżku, choć plecaki marnie sprawdzają się w roli poduszek. 

Dziewięć godzin w jednym samochodzie to sporo czasu. Zamiast o 18 naszego czasu (okazuje się, że w Rumunii czas jest przesunięty o godzinę do przodu), jesteśmy w pobliżu Sybina o 19.30 (naszego czasu). Całe szczęście przed nami tylko 3 km na piechotę do centrum miasta. Nie musimy walczyć z autostradą i próbami wydostania się z niej. Ulga. Próbujemy jednak w drodze zatrzymać jakiś samochód. Udaje się. Całe szczęście, bo już zmierzcha, a my nie mamy ani hosta, ani zarezerwowanego hostelu. Mamy tylko spisany adres. 

– Gdzie chcecie jechać? - pyta sympatyczna babeczka.
– Hostel Sibiu Travelers na Tailor Strada – mówię, ładując się na przednie siedzenie. Aga siedzi z tyłu przywalona dwoma wielkimi plecakami.

Kobieta wyciąga telefon i dzwoni do kogoś z pytaniem o ulicę, postanawia nas podrzucić pod sam hostel. Znów nasza radość nie ma granic, bo odpada nam włóczenie się w nocy po mieście. Okazuje się, że nasza zbawczyni niedawno wróciła z urlopu z Polski, gdzie bardzo jej się podobało. Poleca nam jeszcze na koniec typowe dania kuchni rumuńskiej, których powinnyśmy spróbować.
Hostel zaskakuje mnie zorganizowaniem i porządkiem. Sympatyczny Holender, który jest właścicielem od razu daje nam mapy i wszystko wyjaśnia. Agnieszka już nawet go ze zmęczenia nie słucha, tylko w amoku szuka kubka i kawy, o której marzyłyśmy całą drogę.
Biegnę jeszcze do sklepiku na rogu i produkuję się znów w mieszance dziwnych języków.  

– Niemka? – pyta sprzedawca.
– Polka – odpowiadam.
– No przecież ja rozumiem po polsku. – Na to sprzedawca mówi niemal płynną polszczyzną.

Wybucham śmiechem. Mężczyzna twierdzi, że sporo ludzi w Rumunii rozumie polski i że łatwiej nam się będzie tu dogadać w naszym języku niż jakimkolwiek innym. Chociaż znów pada słowo „katastrofa” w odniesieniu do naszej gramatyki. 

– Kończę o 21. Zapraszam was tu do baru na rumuńskie piwo? Wódeczkę?

O, rany i jak tu odmówić? Okazuje się, że łatwe to nie jest. Na cholerę był mi ten pomidor do kolacji!
Udaje się całe szczęście jakoś wykręcić zmęczeniem. Bo zmęczone faktycznie jesteśmy. Szczerze to padamy ze zmęczenia…znowu, ale zamiast położyć się spać, planujemy dalszą podróż. Wiemy, że Rumunia nas zachwyci, choć podczas kilkugodzinnej jazdy widziałyśmy tylko rozpadające się domki, syf na poboczu i ruiny. Jesteśmy jednak pewne, że to nie wszystko, co nas tu czeka.