Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honduras. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honduras. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2013

Be safe
Bezpieczeństwo w podróży



It has been written a lot about the safety during journey and the things which is worth having while travelling. However, everybody has his/her own experience  so I think it will be useful if I write about mine.
A few days ago my friends told me about their friends who had just came back from the journey to the same part of the world. And they told me they experienced all bad things which were possible to meet. Well, probably the balance must be kept in the nature. However, the friends of mine had travelled a few months longer than me and they hitchhiked – so unpleasant incidents might have happened (but not necessarily). Although I love hitchhiking, I wouldn’t decide to travel in that way in those countries, at least not being alone. But how knows? 
Those people were robbed, attacked and mugged, I was surprised that people were so hostile to them. I can’t imagine it as I had never had such situations.
I tried to find out why Latinos treated them differently. Maybe it was the result of the fact that I was a lonely travelling white woman. They were a couple and they got dressed in old shabby clothes to look like poor people. Maybe it was a mistake.  I always looked neat and like a tourist. I was aware that I was a stranger to them no matter what I would wear, I was a ‘gringo’ who is always rich for them. Looking neat and clean is important in every country as the first impression is the most important.
A few conclusions:
1.      There are good and bad sides of travelling alone – on one hand it is more difficult but on the other it is easier as everybody wants to help you.
2.      You will always be a gringo for Latinos, no matter what clothes you put on, a gringo who always has more money according to local people. Wear neat and clean clothes not to deter people.
3.      Hitchhiking in some of the countries might be quite dangerous and you had better use local public transport which, when it comes to America, isn’t very expensive.
There are various opinions concerning hitchhiking in America. I heard that Middle and South America are very dangerous in this matter. However, everybody says to me that hitchhiking in Europe is also dangerous so maybe it is the same with America? When it comes to me „el leon no es como lo pintan” that is ‘the devil is not so black as he is painted’.
The key to the success is to be sensible and listen to your intuition. It isn’t easy but it works
(maybe if I had been less sensible and provident, instead of having troubles,  I would have seen moreJ)
How to behave?
1.    Don’t ignore what the local people say. However, sometimes, they tend to overreact when it comes to cautions. For instance, I was advised against travelling by chickenbuses as they are dangerous and the people warned me against going by that vehicle to the capital city. But I went there and nothing bad happened. I was warned against red buses in the capital of Guatemala but I didn’t listen to it and again I survived.  In Honduras, I was told not to travel to Garifuna villages under any circumstances. I did it and it was fantastic. It is worth listening to local people but sometimes you have to make allowances for what they say. They do it as they are also afraid. Sometimes it is because of their racist attitude (eg. towards Garifuna) and sometimes because their belief that a tourist expects comfort and luxury and sometimes it is simply because local travel agencies must earn money
2. Don’t wander around empty and suspicious part of the cities.
Not always did I take that advice into consideration as I wasn’t aware of the fact that the places were dangerous. Or maybe they weren’t?
3.        Don’t go out at night.
I went out at night when I was in the places which were tourists resorts eg. Antigua and in small towns in Honduras, too. But there were many places where I stayed at the hostel after the sunset.
4. Keep your camera out of sight.
There were cities where I didn’t follow that rule eg. Quetzaltenango as I knew nothing bad would happen. What I did was to paint the logos on the camera. Nobody tried to steal my camera or a bag from me.
5.    It is worth having some change in the wallet just in case the attack. The rest of money you should keep in the inside pockets in your trousers or in a special belt with a zip where you can hide your money.
I always had 10 $ with me. Just in case. Fortunately, I had never used it.
6.    Don’t have valuable belongings with you.
Hardly ever did I take that advice as I didn’t want to leave my laptop computer, cameras and lenses in the hostel. So I usually took them with me. And in two cases when I didn’t take my camera because I was told the place would be extremely dangerous, I lost the change to take really nice photos :)
In my next post I’m going to write about the gadgets which proved useful when it comes to safety.

O bezpieczeństwie w podróży oraz o tym co warto ze sobą mieć, wybierając się w drogę napisano już wiele. Każdy ma jednak swoje doświadczenia i myślę, że każde warto opisać. 
Kilka dni temu znajomi opowiadali mi historię swoich znajomych, którzy niedawno powrócili z tych samych rejonów świata, w których i ja się błąkałam. I oświadczyli mi, że chyba wszystkie nieszczęścia spadły właśnie na nich. Najwidoczniej w przyrodzie równowaga musi być zachowana. Znajomi znajomych podróżowali jednak kilka miesięcy dłużej i to w dodatku autostopem, więc w sumie nic dziwnego – mało przyjemne wydarzenia miały prawo wystąpić (choć też wcale nie musiały). Ja kocham autostop, ale chyba nie zdecydowałabym się na ten rodzaj transportu w tych krajach, a przynajmniej na pewno nie sama, bo z osobą towarzyszącą? Kto wie?
Ich i okradli kilkakrotnie, i napadli, i nawet pobili. Dziwi mnie, że nawet napotykani po drodze ludzie byli do nich źle nastawieni i nieżyczliwi, przeganiali i rzadko wyciągali pomocną dłoń. Jakoś mi się to w głowie mojej nie chce pomieścić, bo z taką życzliwością, jak tam naprawdę nigdy chyba się nie spotkałam.
Zaczęłam zastanawiać się skąd taka różnica w doświadczeniach, a przede wszystkim w podejściu Latynosów. Może wynikała ona z tego, że ja byłam samotnie podróżującą białą kobietą. Oni byli parą mieszaną męsko-damską, w dodatku starali się ubierać w najgorsze ciuchy ze lumpeksu, by wyglądać na takich, którzy nic nie posiadają, chcąc w ten sposób zniechęcać złodziei. Może w tym tkwił błąd? Ja ubrana byłam zawsze schludnie i… jak turystka. W końcu i tak byłam „obca” i niezależnie od tego, co bym na siebie włożyła, to i tak jako „gringo” było dla wszystkich oczywiste, że kasy mam jak lodu :). A czyste ubranie i schludny wygląd, niezależnie od kraju, zawsze jest istotne, bo wiadomo, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

Z powyższych przygód wykluwa się kilka wniosków.

1.      Kobietom podróżującym samotnie, choć z jednej strony jest trudniej, to w rzeczywistości jest łatwiej, bo prawie każdy chce otoczyć je opieką i pomóc.
2.      Schludny wygląd, czyste ubranie to podstawa, by nie odstraszać ludzi. Niezależnie od tego, co włożysz i tak zawsze jesteś „gringo”, a gringo nawet ten fatalnie ubrany, według miejscowych ma i tak więcej pieniędzy niż oni sami.
3.  Podróżowanie stopem w niektórych krajach nie jest najbezpieczniejsze i może lepiej przyjąć strategię podróżowania komunikacją lokalną, która jeśli chodzi o Amerykę Łacińską nie jest droga.

Z tym autostopowaniem po Ameryce może być różnie. Wprawdzie słyszałam wielokrotnie, że Ameryka Środkowa czy Południowa jest pod tym względem bardzo niebezpieczna, ale w Europie też od pomysłu „stopowania” wszyscy mnie odwodzą, więc może tak samo jest z Ameryką? Od pomysłu podróży w tamte rejony w ogóle mnie odciągano, mimo że chciałam tam lecieć samolotem.Bo niebezpiecznie, bo mnie okradną, pobiją, zgwałcą. Całe szczęście w moim przypadku okazało się, że „el leon no es como lo pintan”, czyli po naszemu „nie taki diabeł straszny jak go malują”.

Kluczem do sukcesu jest jednak rozsądek i słuchanie własnej intuicji. Trudne to zadanie, bo można się czasem pomylić, przesłyszeć, co intuicja chciała powiedzieć lub dopowiedzieć sobie za nią. Generalnie jednak ta zasad działa. (Chociaż może, gdybym mniej zdrowego rozsądku zachowywała i nie była tak przezorna, to więcej bym zobaczyła, a nie koniecznie źle skończyła J)

Jak postępować?

1. Słuchać przed czym ostrzegają miejscowi, gdzie nie należy samemu chodzić, chociaż bez przesady oczywiście, bo oni potrafią też sporo przesadzać z tym zachowaniem ostrożności. 

Mnie np. ostrzegali w Gwatemali przed jazdą chickenbusami: że niebezpiecznie, a już na pewno, żeby w życiu nie jechać nimi do stolicy. Pojechałam i przeżyłam. Ostrzegano, by nie wsiadać do czerwonych autobusów w stolicy Gwatemali – też jakoś to przeżyłam. Nie mówiąc, by nie podróżować samej do wiosek garifuńskich w Hondurasie – mało, że przeżyłam, to jeszcze było fantastycznie. 
Warto słuchać miejscowych, ale też warto brać na to poprawkę. Czasami przemawia przez nich własny strach, czasem rasizm  (jak w przypadku Garifunów), a czasem przekonanie, że turysta to musi przebywać w komforcie, no i przede wszystkim dać zarobić agencjom turystycznym, specjalnie na potrzeby turystów stworzonym. W końcu gdzieś tę wielką forsę, którą posiada, musi wydać.

2. Nie kręcić się po pustych i podejrzanych dzielnicach.

Też się trochę kręciłam, ale często nie miałam pojęcia, że są to podejrzane dzielnice. A może wcale nie były?

3. Nie chodzić samemu w nocy.

W miejscach i miastach bardziej turystycznych, np. w Antigua chodziłam sama i wieczorem i nawet w nocy. W małych miasteczkach, np. w Hondurasie również. Były jednak miejsca, w których po zachodzie słońca starałam się nosa nie wyściubiać.

4. Nie nosić na wierzchu sprzętu fotograficznego, nie obnosić się z nim.

W wielu miastach, jak chociażby w Quetzaltenango, w którym trochę mieszkałam, bez żadnych problemów spacerowałam z aparatem na wierzchu. Nie chciało mi się z nim chować „za pazuchą” i przyczajać. Zamalowałam tylko jaskrawe napisy firmowe i tyle. Nikt nigdy nie próbował mi wyrwać ani torby ani aparatu. Gdy wędrowałam sama w bardziej pustynne miejsca, starałam się nie świecić nim po oczach i zmuszona byłam uprawiać gimnastykę na zasadzie wiecznego chowania i wyciągania aparatu z plecaka.

5.Warto mieć w podręcznym portfelu zawsze jakieś drobne, by 
oddać je w razie napadu, a resztę pieniędzy mieć pochowaną w wewnętrznej kieszenie, schowanej pod spodniami lub w specjalnym pasku z zamkiem, w którym można ukryć zrulowane pieniądze, ewentualnie we wszytych od wewnątrz w spodniach kieszeniach.
Ja miałam zawsze dziesięć dolarów w kieszeni. Tak na wszelki wypadek, który całe szczęście nie wystąpił.

6. Nie nosić ze sobą drogocennych rzeczy.

To często powtarzana rada, z której ja prawie nigdy nie korzystałam. Nie chciałam netbooka, aparatów, obiektywów zostawiać w hostelu. Uważałam, że jest większe prawdopodobieństwo, że tam mi coś zginie niż, że ktoś mnie napadnie. Zwykle więc wszystko targałam ze sobą. A dwa razy, gdy nie wzięłam, bo ostrzegano mnie, że jest mega niebezpiecznie, straciłam znacznie więcej, bo super okazje do zrobienia ciekawych zdjęć :)

A o tym, jakie gadżety okazały się przydatne w podróży, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, w następnym poście.

czwartek, 16 maja 2013

It’s time to sum up
Podsumowań nadszedł czas




Podróż się w końcu skończyła, a raczej niestety skończyła. Tęsknota za nią jednak pozostała. Bo tak naprawdę to choć odwiedza się fantastyczne miejsca i wdycha się cudowny ich klimat, spotyka się niesamowitych ludzi, to w podróży najfajniejsze jest nie docieranie do celu, ale bycie w trakcie. Przynajmniej dla mnie. Choć życzyłabym sobie, żeby to bycie w trakcie podróży, nie przypominało raczej tego z autobusu z San Cristobal do Oaxaca ;) Brakuje mi codziennego zwijania swoich rzeczy, pakowania i przemieszczania się do kolejnego miejsca. Brakuje napotkanych przypadkowo ludzi, przypadkowych rozmów. Tęsknie okrutnie za rozmowami w języku hiszpańskim. W ogóle za mówieniem po hiszpańsku, bo tu nie mam, z kim prowadzić rozmów w moim ulubionym języku. Już mam wrażenie, że nie pamiętam z tego, co się nauczyłam, kompletnie niczego. Może i słońce tutaj jest, ale i tak tęsknie za tym słońcem tam. Tęsknię za ludzką życzliwością, częstym bezinteresownym uśmiechem, chęcią pomocy, za troską, jaką mnie otaczali obcy.
Po powrocie do Polski zauważyłam z przykrością, jacy my Polacy jesteśmy zgryźliwi i jak swoje frustracje uwielbiamy wylewać na innych. Jak bardzo cieszy nas dokopanie komuś i jak często wyżywamy się najchętniej na obcych na ulicy. Za każdym razem, gdy wsiadam na rower i wyjeżdżam na ulicę, spotyka mnie nieprzyjemna sytuacja. A to jakiś dziadek wyzywa mnie. Bo w jednym miejscu, ze względu na remont, ścieżka rowerowa zamienia się w drogę dzieloną z pieszymi, a jemu nie podoba się, że tym zaledwie dwumetrowy odcinkiem, przejeżdżam na rowerze. Musi agresywnie zareagować, użyć wulgaryzmów. I po co to komu? Zwłaszcza, że mam pełne prawo tamtędy przejechać. Następnego dnia w drodze do Sopotu, ścieżka na długości czterech metrów urywa się, a potem płynnie przechodzi znów w ścieżkę rowerową, ale już na tych czterech metrach, jakiś życzliwy sfrustrowany musi na mnie wyżyć swoje złości, bo przecież w tym miejscu ścieżki nie ma. Ludzie kochani! Sytuacji takich i podobnych od mojego powrotu zliczyć byłoby trudno. Tak zwyczajnie, po ludzku jest to przykre. Więc nic dziwnego, że tęsknię za „moją” Ameryką, bo choć zaczepki na ulicy są tam na porządku dziennym, to nie są one podyktowane złością, a jedynie ludzką ciekawością. 
Chciałam dokonać pewnych podsumowań. Odpowiedzieć sobie na pytania, co udało mi się zrealizować z moich planów, co osiągnęłam, a z czym poległam, czego się dowiedziałam i czy sprawdziłam, że to jest właśnie ta droga, którą chcę podążać. Plan początkowo obejmował oprócz Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Meksyku, jeszcze Nikaraguę, do której już niestety nie dotarłam, zostawiając ją sobie na kolejną wizytę. Zresztą na Meksyk przeznaczałam w swoich pierwotnych planach około sześciu tygodni. Z tych planów też nic nie wyszło, bo spędziłam tam tylko dwa. Dłużej niż planowałam zostałam za to w Hondurasie i Salwadorze, ale było warto. W podróży nie należy się spieszyć. To nie są wyścigi. Wyszłam z założenia, że lepiej zobaczyć mniej krajów, ale za to poznać je dokładniej, zagłębić się bardziej w klimat, bardziej chłonąć atmosferę niż odhaczać kolejne punkty z listy. 

Co mnie tam pchało? 

 1. Chciałam nauczyć się hiszpańskiego. I nauczyłam się. Może nie jest on perfekcyjny, ale mogę bez problemu porozumieć się i porozmawiać na wiele ciekawych tematów. A więc cel numer jeden został osiągnięty. 
2. Chciałam poznać nową kulturę, zwyczaj, tradycję. I poznałam. Uczestniczyłam w ceremoniach majańskich, lepiłam tortille, przyglądałam się obrzędom bożonarodzeniowym i wielkanocnym, uczyłam się przygotowywać tradycyjne dania. Zobaczyłam jak żyją ludzie w innym świecie, czasami w tym gorszym świecie. Odwiedziłam dom dziecka w Hondurasie, w którym żyją dzieci z ulicy. Brałam udział w spotkaniach Garifunów, którym zdewastowano całe mienie. Miałam bliską styczność i z tematami i z ludźmi, z którymi zwykły turysta, na co dzień nie ma szans się zetknąć. 
3. Spędziłam w Tikal, jednym z najważniejszych miast Majów, „koniec świata”. Planowany reportaż napisałam, choć niestety nie udało mi się go sprzedać. Najważniejsze jednak, że mogłam tam być dnia 21 grudnia 2012 roku. Następna taka szansa za 5200 lat. 
4. Niezależnie od tego czy powyższe założenia udałoby mi się zrealizować czy nie, to tak czy inaczej udało mi się na pewno jedno. Spełniłam swoje marzenie o podróży i przekonałam się, że droga, którą zaczęłam podążać jest tą właściwą. Wreszcie po 30 latach weszłam na właściwe tory! Mam nadzieję, że nic nie stanie mi na przeszkodzie, by wciąż nią podążać. 

Czasem było ciężko, niekiedy bardzo ciężko. Gdy wylądowałam w Gwatemali, pierwszą myślą było: „Dziewczyno, to był najgłupszy pomysł, jaki ci przyszedł w życiu do głowy”. Początkowo chyba nie zdawałam sobie sprawy, na co się porywam. Sama, bez języka, na tak daleko i tak długo ruszyłam w nieznany dla mnie świat. Byłam przerażona. Teraz wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. 

Co mi to dał wyjazd? 

Oprócz znajomości językowej, kilka fajnych kontaktów. Dowiedziałam się też paru ważnych rzeczy. Że nie zawsze należy wierzyć słowom większości oraz przewodnikowi Lonely Planet ;) oraz raczej podążać mniej uczęszczanymi szlakami. I że „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Oprócz tego przytrafiły mi się też rzeczy zupełnie niespodziewane jak choćby wyróżnienie specjalne dla mojego bloga w konkursie Blog Roku 2012. Pisałam zaledwie dwa miesiące, a mimo wszystko zostałam wyróżniona, o czym powiadomiona mnie w urodziny. Nie mogłam otrzymać lepszego prezentu. Był to dla mnie taki sygnał, że to, co robię jest naprawdę ważne i jak się okazuje nie tylko dla mnie. 
W trakcie tej podróży bardzo wiele zyskałam. Przede wszystkim ogromną wiarę w siebie i w swoje możliwości. Podczas wcześniejszych krótszych wyjazdów, sprawy organizacyjne spoczywały zwykle na moim mężu, ja tylko musiałam rozwiązać problem, z których butów zrezygnować, by bagaż nie przekraczał wagi, wymaganej przez linie lotnicze. Zawsze tkwiło we mnie przekonanie, że sama to ja sobie nigdy nie poradzę. Teraz wszystkie sprawy organizacyjne spoczęły na mnie i po prostu MUSIAŁAM sobie poradzić, bo nikt tego nie zrobiłby za mnie. Nieraz byłam zmuszona wykłócać się i dochodzić swoich praw, ale dzięki temu teraz wiem, że niemożliwe dla mnie nie istnieje i że nic nie jest w stanie przed niczym mnie już powstrzymać. I choć często w podróży się gubiłam, to zawsze udało mi się odnaleźć. I wiem, że właśnie tam, w podróży jest moje miejsce. Taki samotny wyjazd, to najlepsza szkoła życia i najlepszy sposób na poznanie siebie. Choć może nie każdy do samotnego podróżowania nadaje się, to ja uważam, że każdy choć raz powinien tego spróbować. 

I w tym miejscu dziękuję mojemu mężowi za to, że mnie wspierał przez całą podróż, służył radą i pomocą. Dziękuję za to, że pomógł mi spełnić moje marzenie.
  

sobota, 2 marca 2013

If I think about a birthday….
Jeśli myślę o urodzinach, to...



What associations do you have with a ‘birthday’ word? What is the first thought that comes to your mind? A birthday cake with candles, gifts, a surprise party, a meeting with friends, a dinner with relatives? If you have thought about these things, it means we are living in two different realities. A birthday in my version is the visit to the immigration office, to the dentist and to the centre for homeless children unwanted by their parents.

Tegucigalpa? – a ticket collector is shouting at the terminal in La Esperaza. I am nodding. He has grabbed my backpack and is carrying it to the bus. ‘Wait!’ I am shouting. ‘I want to go there but in two hours’ I said. ‘Ok, you can leave your luggage in the office, it will be better for you to visit the town centre’  the man said. For such moments I love Central America. I have left my bag at the stranger’s hands and headed to the city centre to look for an ATM and a gift for the people I was going to visit. Well, I am going to the couple from Switzerland I had met a few days before while I was trekking In Celaque National Park. Although  our chat lasted 15 minutes, they promised me to help with extending my visa. I decided to accept their offer. And what’s more, I was to celebrate my 32nd birthday with them.
The street of Tegucigalpa
‘I have to get off in Colognia San Miguel’ I say to the ticket inspector while he is going through the aisle to get fares from passengers. “Where?” he asks. I repeated the name of my destination. ‘This bus doesn’t go there.’ he says. ‘How come?’ I am terrified. Tomas gave a clear instruction concerning my transfer to the capital. According to him, 13 kilometres from the capital, there is Colognia San Miguel that is a place where they live. Before my departure, the drive told me not to worry. So again, I say to the man that the driver  was informed about everything. The ticket collector seems to be surprised and starts laughing. He is trying to convince me that such a place doesn’t exist. I don’t understand why he is laughing. I stand up and run to the driver. I ask him If he knows where Colognia San Miguel is?’ He nods and tells me not to worry. So I am not worrying any more. Hardly can I deter myself from poking my tongue at the ticket collector. I have been relaxing for two hours. My holy peace has been disturbed by the driver asking a woman getting on the bus if she knows where Colognia San Miguel is. My eyes become larger. The woman has sat in the seat behind me. Shyly, I am trying to confirm my apprehension. It appears my hearing is perfect. I didn’t misunderstand. She has no idea where this place is. ‘Great ‘ I think „Now what?’ After a half an hour, the driver announces loudly that we have just reached my destination. ‘ Are you sure? ‘ I ask as the only thing I can is the2 two lane streets. He tells me that this is the right place and shows me a notice board. ‘But there is nothing here, I don’t know where to go’. The driver and his assistant are standing in front of the bus and trying to help me. It seems to me  they don’t want to abandon me here. I have a brainstorm! ‘I have my friend’s phone number…’ I shout ‘but I don’t have a mobile’ I add quietly. The assistant takes his phone and dials the number. He gives me the mobile. ‘Tomas! Tomas’ I am shouting because of the noise it is hard to understand the person on the other side of the phone. First, somebody tells me it is a wrong number. Then, there is a silence. The situation is getting more interesting minute by minute. The bus has pulled over and is parked at the hard shoulder. All passengers are waiting inside and staring at the crazy tourist who doesn’t know where to go. I check the number once again as I remember Suza telling me that the number on the business card is wrong. I’ve got it! the numbers are reordered. I make a call again. Yes! I can hear Tomas’s voice. I hand the phone to the assistant and Tomas explains them where to go. We get on the bus again. after 10 minutes, I am in the right place. The whole family is waiting for me. It turns out my new friends have two children. 
Colognia isn’t a district of the city as I thought. It is an area situated in the forest which belongs to Girasol association. They organise camps for orphans. Suza and Tomas live in the house belonging to the organisation. They came to Honduras 2,5 years ago to help children. Suza serves dinner for me. ‘If you are hungry or thirsty – the fridge is over there. Help yourself’ – Tomas informs me. ‘Here it is your room’. They tell me about our schedule for tomorrow. In the morning, the visit to the local school in Casa Alianza. It is the centre for children and it is a part of a bigger project in Central America aimed at helping them. They are going to take me there to show me the kids and to see how their life looks like. Then we will visit the immigration office. Although I am being bitten by bugs at night, this time I really don’t mind it.

*

‘I would like to extend my visa’ I inform a lady sitting at the desk. She gives me a form to fill in, tells me to pay  and collect the passport in 5 days’. ‘in 5 days’? I have to have it today as I’m leaving tomorrow’ I explain. ‘In 5 days’’ she doesn’t change her mind and ignoring me, she goes on to do her paper work. Suza tells Tomas to take my documents. 
Children in school
He comes back in a few minutes and tells me to pay for my visa and my passport will be ready today. I feel conflicted. What will I do if I pay and the nasty lady will change her mind and tell me to come back in 5 days? Tomas persuades me not to worry. The form is filled and the visa is paid. We  come back to the lady. ‘Please, be here on Monday (in 3 days’). Tomas goes there again and tells her off. Ok. We are to come back here at 2pm. I don’t know how he has done it but it seems to me that in this country female office workers prefer nice men for whom they can do everything. Unfortunately, I can have my visa extended only for 30 days (not for 90 days as I read at the official website). Willy-nilly I will have to leave Guatemala earlier.

We are going to the city centre. I’m sightseeing such a dangerous capital of Honduras. There aren’t many tourists here as I am being stopped by people at every stall or in every shop. Tegucigalpa is an attraction for me and I am an attraction for Tegucigalpa.

It’s not the end of my birthday entertainment. I’m going to the dentist. I am scared out of my wits as the dental office doesn’t look appealing. The equipment is old and the place is rather dirty than clean. And the service leaves much to be desired. It isn’t Europe. I am sitting in the dental chair. I have no choice. One of my tooth has been aching me for more than a month. I hoped it wasn’t so bad and I would visit a dentist in Poland. Unfortunately, my tooth didn’t want to wait. So I am at the Honduran dental office. Although this is my friends’ dentist. never before have I been so afraid. In Honduras, the hazard ratio for AIDS is quite high. Although the risk is higher at the coast but it doesn’t make me calmer. I am in panic when I see a big needle approaching my mouth. Those who know me know that I am not afraid of needles and painJ. This time it was different. I almost fainted when I imagined that needle being plunged into the unknown Honduran gums. I protested. The dentist tried to persuade me to have my tooth anaesthetised. I should have anaesthetised myself before I came to that place. I didn’t change my mind. She gave up. She said to me I had to have my tooth extracted. ‘What? What is she saying’ I thought. I was about to run away from the chair. I would rather kill my stomach with painkillers than let my tooth be pulled out. I compromised with her. A filling. She was drilling and texting at the same time. Tomas and Suza’s children were running around the office hitting me and the dentist. Her assistant was handing the tools with bare hands and eating lunch. And the only thing I wanted at that time was not to see any blood drop coming from my mouth. Fortunately, I didn’t and it wasn’t so painful. I was a tough girl and  survived.

When I was thinking of celebrating my birthday in Central America, I planned to do something extreme. The last thing I had expected was a visit to the dentist. It is impossible to plan and predict everything. If you ask me about the most extreme experience during my journey, my answer will be ‘a visit to the dentist in Honduras’. 
Parque Central in Tegucigalpa
The supermarket was the last part of my birthday celebration. I have always considered it my third least wanted place for celebrating birthday. (the first – immigration office, the second – dentist office)It was different this time. After spending a day in the dirty streets of the capital of Honduras and feeling unsafe and apprehensive, my visit to the shopping centre, where I drank coffee at Sturbuck’s and ate ice-creams,  was one of the nicest thing that happened to me that day.

Well, I wanted my birthday to be special and unique. And somehow it was like that. I spent it with the wonderful people and I am sure I will never forget that day.




Z czym kojarzą się wam urodziny? Jaka pierwsza myśl przychodzi Wam do głowy? Tort ze świeczkami, prezenty, przyjęcie niespodzianka, spotkanie z przyjaciółmi, uroczysta kolacja z bliskimi? Jeśli właśnie o tym pomyśleliście, to oznacza, że żyjemy w dwóch różnych światach. Urodziny to wizyta w urzędzie imigracyjnym, u dentysty, a także w ośrodku dla bezdomnych, porzuconych przez rodziców dzieci.
Tegucigalpa? – krzyczy mi do ucha, jak zwykle niezwykle pomocny bileter na terminalu w La Esperanzy. Potakuje głową. Chwyta mój plecak i już zaczyna taszczyć go do autobusu. Ale chwileczkę – krzyczę. – Chcę jechać, ale za jakieś dwie godziny – oznajmiam. No to, może pani zostawić plecak w biurze, będzie pani wygodniej zwiedzać, oznajmia mężczyzna. Jak ja kocham za to Amerykę Centralną. Oddaję plecak w ręce obcego mężczyzny i ruszam do centrum w poszukiwaniu bankomatu i jakiegoś drobiazgu dla ludzi, do których jadę w odwiedziny. A wybieram się do szwajcarskiej pary, którą spotkałam kilkanaście dni wcześniej, podczas mojego trekkingu w Parku Narodowym Celaque. Podczas naszej 15-minutowej rozmowy w lesie, obiecali mi pomóc z przedłużeniem wizy, z czego postanowiłam skorzystać. Miałam też wraz z nimi spędzić moje trzydzieste drugie urodziny. 
Ulice Tegucigalpy
Muszę wysiąść w Cologni San Miguel, informuję biletera, gdy przemieszcza się korytarzem w celu pobrania od wszystkich pasażerów należności za przejazd. Gdzie? – rozdziawia usta w zdziwieniu. Powtarzam. Ale ten autobus nie jedzie w tym kierunku, oznajmia. Jak to nie jedzie?! Jestem przerażona. Tomas, wyraźnie mi napisał, że 13 km przed stolicą znajduje się owo miejsce, w którym oni mieszkają. Kierowca też przed wyjazdem zapewniał mnie, że nie mam się czym martwić. Powtarzam mu, ze kierowca wie. Bileter jednak patrzy na mnie z coraz większym zdziwieniem i zaczyna się śmiać, przekonując że nie ma takiego miejsca. Nie rozumiem, dlaczego się śmieje. Wstaję gwałtowanie z fotela i biegnę do kierowcy. Czy jest pan pewien, że wie gdzie jest Colognia San Miguel?, pytam. Kierowca potakuje głową i znów każe mi się nie martwić. No więc się nie martwię, tylko zasiadam zrelaksowana w fotelu. I powstrzymuję się, by nie pokazać języka bileterowi, co miałoby oznaczać mniej więcej: „A nie mówiła”. Moja relaksacja trwa przez jakieś dwie godziny, do momentu, gdy słyszę pytanie kierowcy, zadane konfidencjonalnym tonem, wsiadającej właśnie do autobusy, kobiecie: „Czy wie pani gdzie niedaleko stąd mieści się Colognia San Miguel?” Robię wielkie, przerażone oczy. Kobieta zasiada w fotelu za mną. Nieśmiało więc upewniam się jej, o co pytał ją kierowca. Potwierdza mój dobry słuch. Niestety ona też nie wie, gdzie miejsce, do którego zmierzam, się znajduje. Pięknie, myślę, co teraz? Po pół godzinie kierowca krzyczy, że oto jesteśmy. Jest pan pewien, pytam, gdy wysiadając nie dostrzegam nic oprócz dwóch dwupasmowych ulic. To tutaj, przekonuje, tam jest tablica informacyjna, wskazuje miejsce, które minęliśmy. Ale tu nic nie ma, mówię. Ja nie wiem gdzie mam iść. Kierowca z pomocnikiem wysiedli z autobusu i drapią się w głowę. Widać, że nie chcą mnie tak zostawić. Dostaję nagle olśnienia. Mam numer telefonu do mojego znajomego, niemal krzyczę. Tylko że… nie mam telefonu, dodaję nieśmiało. Pomocnik wyciąga swój i wybiera numer. Podaje mi telefon. Tomas! Tomas!, drę się do słuchawki, bo dźwięki zagłuszają, mknące po drodze szybkiego ruchu samochody. Najpierw słyszę: To pomyłka, a potem cisza. Zaczyna się robić coraz ciekawiej. Autobus stoi na poboczu, wszyscy ludzie czekają, gapiąc się przez szybę na wariatkę-turystkę, która nie wie, dokąd ma jechać. Kierowca znów drapie się po głowie. Sprawdzam w innym miejscu nr telefonu, bo pamiętałam że Suza wspominała, iż z tym coś na wizytówce nie gra. Mam drugi, przestawione cyfry. Dzwonię jeszcze raz. Jest Tomas. Podaję słuchawkę pomocnikowi i Tomas tłumaczy, gdzie mają mnie wysadzić. Pakujemy się z powrotem wszyscy do autobusu. Po dziesięciu minutach jestem na miejscu. Odbiera mnie cała rodzinka, bo okazuje się, że moi gospodarze mają dwójkę dzieci. 
Uliczny sprzedawca
Colognia nie jest żadną dzielnicą jak myślałam wcześniej, ale terenem położonym w lesie, który należy do stowarzyszenia Girasol, organizującego obozy dla sierot. Suza i Tomas mieszkają w domu, należącym do organizacji. Przyjechali do Hondurasu ok 2,5 roku temu, by pomagać dzieciom. Suza częstuje mnie kolacją. Chcesz jeść, pić tu jest lodówka, bierz, co tylko potrzebujesz, instruuje mnie Tomas. Tu jest twój pokój. Prezentują mi plan dnia następnego. Z rana wizyta w miejscowej szkole, w Casa Alianza, która jest ośrodkiem, przeznaczonym dla dzieci i częścią większego projektu w całej Centralnej Ameryce, bym mogła poznać dzieciaki i to, czym się zajmują, a potem urząd imigracyjny. I choć w nocy znów gryzie mnie trochę jakieś robactwo, to zupełnie się tym nie przejmuję.

*

Chciałabym przedłużyć wizę, mówię do pani za biurkiem. Podaje mi papiery do wypełnienia, każe opłacić wizę i zgłosić się po odbiór paszportu za pięć dni. Jak to za pięć dni?! ale ja muszę już, bo jutro wyjeżdżam, tłumaczę. Za pięć dni powtarza i odwraca się do swoich papierków, nic nie robiąc sobie z mojej desperacji. Suza decyduje, żeby wysłać z moimi dokumentami Tomasa, który po chwili wraca i oznajmia, żebym poszła zapłacić i paszport będzie jeszcze dziś. Mam pewne obawy, bo co będzie, jeśli już zapłacę, a babeczka znów oświadczy, że mam wrócić za kilka dni. Tomas przekonuje, że jakoś to załatwimy. Zapłacone, papiery wypełnione, wracamy. Proszę wrócić w poniedziałek (za 3 dni). Tomas znów idzie i zaczyna nawijać makaron na uszy. Mamy się pojawić o 14 jeszcze tego samego dnia. Nie wiem jak on to zrobił, ale  najwyraźniej i tu panie w urzędach preferują miłych mężczyzn, dla których są w stanie zrobić wszystko. Niestety okazuje się, że wizę mogę otrzymać tylko na 30 dni, a nie jak czytałam wcześniej na stronie ambasady na kolejne 90 dni. Chcąc, nie chcąc będę musiała opuścić Gwatemalę wcześniej.
Dzieci w hondureńskiej szkole
Jedziemy do centrum. Zwiedzam tak groźną stolicę Hondurasu. Chyba faktycznie niewielu turystów tu się pojawia, bowiem w każdym sklepie, na każdym stosiku, na którym coś kupuję, choćby butelkę wody, ludzie zaczepiają mnie i pytają, z jakiego kraju jestem. Tegucigalpa jest dla mnie atrakcją, a ja jestem atrakcja dla Tegucigalpy.

Na tym jednak nie koniec urodzinowych atrakcji. Czeka mnie jeszcze wizyta u dentysty. Jestem przerażona, bo warunki w gabinecie różnią się drastycznie od tych, prezentowanych w gabinetach naszych stomatologów. Sprzęt pamięta raczej czasy Gierka (chociaż oni raczej nie maja pojęcia, co to oznacza), czystość tez raczej nie jest najmocniejszą strona tego miejsca, nie wspominając o profesjonalizmie obsługi. To jednak nie Europa i standardy tez raczej latynoamerykańskie. Siadam przerażona na fotelu. Nie mam wyboru. Jeden z moich zębów nie daje mi spokoju już od ponad miesiąca. Miałam nadzieję, że wytrzymam z nim do powrotu do Polski. Ja może i bym wytrzymała, ale mój ząb zaprotestował, a skoro tu mogłam udać się do dentysty, u którego leczą się moi wybawiciele, postanowiłam skorzystać z okazji. Chyba nigdy wizyta u stomatologa nie napawała mnie takich strachem. W Hondurasie AIDS jest bardzo dużym zagrożeniem. Wprawdzie w terenach nadmorskich, ale to wcale mnie nie uspokajało. Na wszelki wypadek postanowiłam później nie zaglądać w statystyki. Moje przerażenie przerodziło się niemal w panikę, gdy zobaczyłam w dłoniach pani stomatolog wielka igłę. Co, jak co, ale normalnie igły mnie nie przerażają (o czym niektórzy świetnie wiedząJ, na ból to ja jestem wytrzymała) z ta jednak było inaczej. Jak pomyślałam gdzie ta igła była, a raczej w czyje dziąsła mogła się wbijać, to prawie zemdlałam. Zaprotestowałam. Dentystka próbowała mnie przekonać, że ból będzie na tyle silny, że lepiej się znieczulić. Ja powinnam była porządnie się znieczulić zanim w ogóle zawitałam w tym gabinecie, przemknęło mi przez głowę. Prędzej jednak zrezygnowałabym z jakiegokolwiek zabiegu niż ze zrobienia zastrzyku. Poddała się. Zaczęła jednak przekonywać mnie, że musi mi wyrwać korzeń zęba. Co znowu?! Co ona wygaduje, myślałam i już przygotowywałam się do zniknięcia z fotela, stwierdzając, że jednak przeczekam na tabletkach przeciwbólowych te dwa miesiące. Może i żołądek mi wysiądzie, ale przynajmniej jakiegoś gorszego choróbska nie załapię.  Stanęło na plombie. Pani wierciła i borowała, w między czasie odpisywała na smsy. Dzieci Tomasa i Suzy biegały po gabinecie, trącając, co chwilę to mnie, to stomatolożkę. Pomocnica podawała wszystko bez rękawiczek, w między czasie spożywając lunch, a ja tylko wciąż modliłam się, by podczas przepłukiwania buzi wodą i wypluwania tego, co podczas borowania wewnątrz zostawało, nie zobaczyć nawet kropelki krwi. Nie zobaczyłam, ból nie był taki straszny, przeżyłam. 
Centrum stolicy
Myśląc o moich urodzinach w Ameryce Centralnej, planowałam, że muszę zafundować sobie ekstremalną przygodę. Nie tego się jednak spodziewałam. Życie nie zawsze toczy się tak, jakbyśmy tego chcieli. Jeśli zapytacie mnie o najbardziej ekstremalne przeżycie w podróży, odpowiem: wizyta u stomatologa w Hondurasie.

Na ostatek moich urodzin została wizyta w supermarkecie. Obok urzędu imigracyjnego i dentysty jest to trzecie z ostatnich miejsc, w których chciałabym spędzić urodziny. Tak generalnie. Tym razem jednak było inaczej. Po brudzie na ulicach i poczuciu zagrożenia, towarzyszącego podczas spacerów ulicami stolicy, pobyt w centrum handlowym, kawa w Sturbucksie i lody w jednej z sieci, była jedną z przyjemniejszych rzeczy tego dnia.

Chciałam by moje urodziny były wyjątkowe. Cóż, i na swój sposób były. Spędziłam je z wyjątkowymi ludźmi. I na pewno tych urodzin, nie zapomnę do końca życia.