Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salwador. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salwador. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2013

Be safe
Bezpieczeństwo w podróży



It has been written a lot about the safety during journey and the things which is worth having while travelling. However, everybody has his/her own experience  so I think it will be useful if I write about mine.
A few days ago my friends told me about their friends who had just came back from the journey to the same part of the world. And they told me they experienced all bad things which were possible to meet. Well, probably the balance must be kept in the nature. However, the friends of mine had travelled a few months longer than me and they hitchhiked – so unpleasant incidents might have happened (but not necessarily). Although I love hitchhiking, I wouldn’t decide to travel in that way in those countries, at least not being alone. But how knows? 
Those people were robbed, attacked and mugged, I was surprised that people were so hostile to them. I can’t imagine it as I had never had such situations.
I tried to find out why Latinos treated them differently. Maybe it was the result of the fact that I was a lonely travelling white woman. They were a couple and they got dressed in old shabby clothes to look like poor people. Maybe it was a mistake.  I always looked neat and like a tourist. I was aware that I was a stranger to them no matter what I would wear, I was a ‘gringo’ who is always rich for them. Looking neat and clean is important in every country as the first impression is the most important.
A few conclusions:
1.      There are good and bad sides of travelling alone – on one hand it is more difficult but on the other it is easier as everybody wants to help you.
2.      You will always be a gringo for Latinos, no matter what clothes you put on, a gringo who always has more money according to local people. Wear neat and clean clothes not to deter people.
3.      Hitchhiking in some of the countries might be quite dangerous and you had better use local public transport which, when it comes to America, isn’t very expensive.
There are various opinions concerning hitchhiking in America. I heard that Middle and South America are very dangerous in this matter. However, everybody says to me that hitchhiking in Europe is also dangerous so maybe it is the same with America? When it comes to me „el leon no es como lo pintan” that is ‘the devil is not so black as he is painted’.
The key to the success is to be sensible and listen to your intuition. It isn’t easy but it works
(maybe if I had been less sensible and provident, instead of having troubles,  I would have seen moreJ)
How to behave?
1.    Don’t ignore what the local people say. However, sometimes, they tend to overreact when it comes to cautions. For instance, I was advised against travelling by chickenbuses as they are dangerous and the people warned me against going by that vehicle to the capital city. But I went there and nothing bad happened. I was warned against red buses in the capital of Guatemala but I didn’t listen to it and again I survived.  In Honduras, I was told not to travel to Garifuna villages under any circumstances. I did it and it was fantastic. It is worth listening to local people but sometimes you have to make allowances for what they say. They do it as they are also afraid. Sometimes it is because of their racist attitude (eg. towards Garifuna) and sometimes because their belief that a tourist expects comfort and luxury and sometimes it is simply because local travel agencies must earn money
2. Don’t wander around empty and suspicious part of the cities.
Not always did I take that advice into consideration as I wasn’t aware of the fact that the places were dangerous. Or maybe they weren’t?
3.        Don’t go out at night.
I went out at night when I was in the places which were tourists resorts eg. Antigua and in small towns in Honduras, too. But there were many places where I stayed at the hostel after the sunset.
4. Keep your camera out of sight.
There were cities where I didn’t follow that rule eg. Quetzaltenango as I knew nothing bad would happen. What I did was to paint the logos on the camera. Nobody tried to steal my camera or a bag from me.
5.    It is worth having some change in the wallet just in case the attack. The rest of money you should keep in the inside pockets in your trousers or in a special belt with a zip where you can hide your money.
I always had 10 $ with me. Just in case. Fortunately, I had never used it.
6.    Don’t have valuable belongings with you.
Hardly ever did I take that advice as I didn’t want to leave my laptop computer, cameras and lenses in the hostel. So I usually took them with me. And in two cases when I didn’t take my camera because I was told the place would be extremely dangerous, I lost the change to take really nice photos :)
In my next post I’m going to write about the gadgets which proved useful when it comes to safety.

O bezpieczeństwie w podróży oraz o tym co warto ze sobą mieć, wybierając się w drogę napisano już wiele. Każdy ma jednak swoje doświadczenia i myślę, że każde warto opisać. 
Kilka dni temu znajomi opowiadali mi historię swoich znajomych, którzy niedawno powrócili z tych samych rejonów świata, w których i ja się błąkałam. I oświadczyli mi, że chyba wszystkie nieszczęścia spadły właśnie na nich. Najwidoczniej w przyrodzie równowaga musi być zachowana. Znajomi znajomych podróżowali jednak kilka miesięcy dłużej i to w dodatku autostopem, więc w sumie nic dziwnego – mało przyjemne wydarzenia miały prawo wystąpić (choć też wcale nie musiały). Ja kocham autostop, ale chyba nie zdecydowałabym się na ten rodzaj transportu w tych krajach, a przynajmniej na pewno nie sama, bo z osobą towarzyszącą? Kto wie?
Ich i okradli kilkakrotnie, i napadli, i nawet pobili. Dziwi mnie, że nawet napotykani po drodze ludzie byli do nich źle nastawieni i nieżyczliwi, przeganiali i rzadko wyciągali pomocną dłoń. Jakoś mi się to w głowie mojej nie chce pomieścić, bo z taką życzliwością, jak tam naprawdę nigdy chyba się nie spotkałam.
Zaczęłam zastanawiać się skąd taka różnica w doświadczeniach, a przede wszystkim w podejściu Latynosów. Może wynikała ona z tego, że ja byłam samotnie podróżującą białą kobietą. Oni byli parą mieszaną męsko-damską, w dodatku starali się ubierać w najgorsze ciuchy ze lumpeksu, by wyglądać na takich, którzy nic nie posiadają, chcąc w ten sposób zniechęcać złodziei. Może w tym tkwił błąd? Ja ubrana byłam zawsze schludnie i… jak turystka. W końcu i tak byłam „obca” i niezależnie od tego, co bym na siebie włożyła, to i tak jako „gringo” było dla wszystkich oczywiste, że kasy mam jak lodu :). A czyste ubranie i schludny wygląd, niezależnie od kraju, zawsze jest istotne, bo wiadomo, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

Z powyższych przygód wykluwa się kilka wniosków.

1.      Kobietom podróżującym samotnie, choć z jednej strony jest trudniej, to w rzeczywistości jest łatwiej, bo prawie każdy chce otoczyć je opieką i pomóc.
2.      Schludny wygląd, czyste ubranie to podstawa, by nie odstraszać ludzi. Niezależnie od tego, co włożysz i tak zawsze jesteś „gringo”, a gringo nawet ten fatalnie ubrany, według miejscowych ma i tak więcej pieniędzy niż oni sami.
3.  Podróżowanie stopem w niektórych krajach nie jest najbezpieczniejsze i może lepiej przyjąć strategię podróżowania komunikacją lokalną, która jeśli chodzi o Amerykę Łacińską nie jest droga.

Z tym autostopowaniem po Ameryce może być różnie. Wprawdzie słyszałam wielokrotnie, że Ameryka Środkowa czy Południowa jest pod tym względem bardzo niebezpieczna, ale w Europie też od pomysłu „stopowania” wszyscy mnie odwodzą, więc może tak samo jest z Ameryką? Od pomysłu podróży w tamte rejony w ogóle mnie odciągano, mimo że chciałam tam lecieć samolotem.Bo niebezpiecznie, bo mnie okradną, pobiją, zgwałcą. Całe szczęście w moim przypadku okazało się, że „el leon no es como lo pintan”, czyli po naszemu „nie taki diabeł straszny jak go malują”.

Kluczem do sukcesu jest jednak rozsądek i słuchanie własnej intuicji. Trudne to zadanie, bo można się czasem pomylić, przesłyszeć, co intuicja chciała powiedzieć lub dopowiedzieć sobie za nią. Generalnie jednak ta zasad działa. (Chociaż może, gdybym mniej zdrowego rozsądku zachowywała i nie była tak przezorna, to więcej bym zobaczyła, a nie koniecznie źle skończyła J)

Jak postępować?

1. Słuchać przed czym ostrzegają miejscowi, gdzie nie należy samemu chodzić, chociaż bez przesady oczywiście, bo oni potrafią też sporo przesadzać z tym zachowaniem ostrożności. 

Mnie np. ostrzegali w Gwatemali przed jazdą chickenbusami: że niebezpiecznie, a już na pewno, żeby w życiu nie jechać nimi do stolicy. Pojechałam i przeżyłam. Ostrzegano, by nie wsiadać do czerwonych autobusów w stolicy Gwatemali – też jakoś to przeżyłam. Nie mówiąc, by nie podróżować samej do wiosek garifuńskich w Hondurasie – mało, że przeżyłam, to jeszcze było fantastycznie. 
Warto słuchać miejscowych, ale też warto brać na to poprawkę. Czasami przemawia przez nich własny strach, czasem rasizm  (jak w przypadku Garifunów), a czasem przekonanie, że turysta to musi przebywać w komforcie, no i przede wszystkim dać zarobić agencjom turystycznym, specjalnie na potrzeby turystów stworzonym. W końcu gdzieś tę wielką forsę, którą posiada, musi wydać.

2. Nie kręcić się po pustych i podejrzanych dzielnicach.

Też się trochę kręciłam, ale często nie miałam pojęcia, że są to podejrzane dzielnice. A może wcale nie były?

3. Nie chodzić samemu w nocy.

W miejscach i miastach bardziej turystycznych, np. w Antigua chodziłam sama i wieczorem i nawet w nocy. W małych miasteczkach, np. w Hondurasie również. Były jednak miejsca, w których po zachodzie słońca starałam się nosa nie wyściubiać.

4. Nie nosić na wierzchu sprzętu fotograficznego, nie obnosić się z nim.

W wielu miastach, jak chociażby w Quetzaltenango, w którym trochę mieszkałam, bez żadnych problemów spacerowałam z aparatem na wierzchu. Nie chciało mi się z nim chować „za pazuchą” i przyczajać. Zamalowałam tylko jaskrawe napisy firmowe i tyle. Nikt nigdy nie próbował mi wyrwać ani torby ani aparatu. Gdy wędrowałam sama w bardziej pustynne miejsca, starałam się nie świecić nim po oczach i zmuszona byłam uprawiać gimnastykę na zasadzie wiecznego chowania i wyciągania aparatu z plecaka.

5.Warto mieć w podręcznym portfelu zawsze jakieś drobne, by 
oddać je w razie napadu, a resztę pieniędzy mieć pochowaną w wewnętrznej kieszenie, schowanej pod spodniami lub w specjalnym pasku z zamkiem, w którym można ukryć zrulowane pieniądze, ewentualnie we wszytych od wewnątrz w spodniach kieszeniach.
Ja miałam zawsze dziesięć dolarów w kieszeni. Tak na wszelki wypadek, który całe szczęście nie wystąpił.

6. Nie nosić ze sobą drogocennych rzeczy.

To często powtarzana rada, z której ja prawie nigdy nie korzystałam. Nie chciałam netbooka, aparatów, obiektywów zostawiać w hostelu. Uważałam, że jest większe prawdopodobieństwo, że tam mi coś zginie niż, że ktoś mnie napadnie. Zwykle więc wszystko targałam ze sobą. A dwa razy, gdy nie wzięłam, bo ostrzegano mnie, że jest mega niebezpiecznie, straciłam znacznie więcej, bo super okazje do zrobienia ciekawych zdjęć :)

A o tym, jakie gadżety okazały się przydatne w podróży, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, w następnym poście.

czwartek, 16 maja 2013

It’s time to sum up
Podsumowań nadszedł czas




Podróż się w końcu skończyła, a raczej niestety skończyła. Tęsknota za nią jednak pozostała. Bo tak naprawdę to choć odwiedza się fantastyczne miejsca i wdycha się cudowny ich klimat, spotyka się niesamowitych ludzi, to w podróży najfajniejsze jest nie docieranie do celu, ale bycie w trakcie. Przynajmniej dla mnie. Choć życzyłabym sobie, żeby to bycie w trakcie podróży, nie przypominało raczej tego z autobusu z San Cristobal do Oaxaca ;) Brakuje mi codziennego zwijania swoich rzeczy, pakowania i przemieszczania się do kolejnego miejsca. Brakuje napotkanych przypadkowo ludzi, przypadkowych rozmów. Tęsknie okrutnie za rozmowami w języku hiszpańskim. W ogóle za mówieniem po hiszpańsku, bo tu nie mam, z kim prowadzić rozmów w moim ulubionym języku. Już mam wrażenie, że nie pamiętam z tego, co się nauczyłam, kompletnie niczego. Może i słońce tutaj jest, ale i tak tęsknie za tym słońcem tam. Tęsknię za ludzką życzliwością, częstym bezinteresownym uśmiechem, chęcią pomocy, za troską, jaką mnie otaczali obcy.
Po powrocie do Polski zauważyłam z przykrością, jacy my Polacy jesteśmy zgryźliwi i jak swoje frustracje uwielbiamy wylewać na innych. Jak bardzo cieszy nas dokopanie komuś i jak często wyżywamy się najchętniej na obcych na ulicy. Za każdym razem, gdy wsiadam na rower i wyjeżdżam na ulicę, spotyka mnie nieprzyjemna sytuacja. A to jakiś dziadek wyzywa mnie. Bo w jednym miejscu, ze względu na remont, ścieżka rowerowa zamienia się w drogę dzieloną z pieszymi, a jemu nie podoba się, że tym zaledwie dwumetrowy odcinkiem, przejeżdżam na rowerze. Musi agresywnie zareagować, użyć wulgaryzmów. I po co to komu? Zwłaszcza, że mam pełne prawo tamtędy przejechać. Następnego dnia w drodze do Sopotu, ścieżka na długości czterech metrów urywa się, a potem płynnie przechodzi znów w ścieżkę rowerową, ale już na tych czterech metrach, jakiś życzliwy sfrustrowany musi na mnie wyżyć swoje złości, bo przecież w tym miejscu ścieżki nie ma. Ludzie kochani! Sytuacji takich i podobnych od mojego powrotu zliczyć byłoby trudno. Tak zwyczajnie, po ludzku jest to przykre. Więc nic dziwnego, że tęsknię za „moją” Ameryką, bo choć zaczepki na ulicy są tam na porządku dziennym, to nie są one podyktowane złością, a jedynie ludzką ciekawością. 
Chciałam dokonać pewnych podsumowań. Odpowiedzieć sobie na pytania, co udało mi się zrealizować z moich planów, co osiągnęłam, a z czym poległam, czego się dowiedziałam i czy sprawdziłam, że to jest właśnie ta droga, którą chcę podążać. Plan początkowo obejmował oprócz Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Meksyku, jeszcze Nikaraguę, do której już niestety nie dotarłam, zostawiając ją sobie na kolejną wizytę. Zresztą na Meksyk przeznaczałam w swoich pierwotnych planach około sześciu tygodni. Z tych planów też nic nie wyszło, bo spędziłam tam tylko dwa. Dłużej niż planowałam zostałam za to w Hondurasie i Salwadorze, ale było warto. W podróży nie należy się spieszyć. To nie są wyścigi. Wyszłam z założenia, że lepiej zobaczyć mniej krajów, ale za to poznać je dokładniej, zagłębić się bardziej w klimat, bardziej chłonąć atmosferę niż odhaczać kolejne punkty z listy. 

Co mnie tam pchało? 

 1. Chciałam nauczyć się hiszpańskiego. I nauczyłam się. Może nie jest on perfekcyjny, ale mogę bez problemu porozumieć się i porozmawiać na wiele ciekawych tematów. A więc cel numer jeden został osiągnięty. 
2. Chciałam poznać nową kulturę, zwyczaj, tradycję. I poznałam. Uczestniczyłam w ceremoniach majańskich, lepiłam tortille, przyglądałam się obrzędom bożonarodzeniowym i wielkanocnym, uczyłam się przygotowywać tradycyjne dania. Zobaczyłam jak żyją ludzie w innym świecie, czasami w tym gorszym świecie. Odwiedziłam dom dziecka w Hondurasie, w którym żyją dzieci z ulicy. Brałam udział w spotkaniach Garifunów, którym zdewastowano całe mienie. Miałam bliską styczność i z tematami i z ludźmi, z którymi zwykły turysta, na co dzień nie ma szans się zetknąć. 
3. Spędziłam w Tikal, jednym z najważniejszych miast Majów, „koniec świata”. Planowany reportaż napisałam, choć niestety nie udało mi się go sprzedać. Najważniejsze jednak, że mogłam tam być dnia 21 grudnia 2012 roku. Następna taka szansa za 5200 lat. 
4. Niezależnie od tego czy powyższe założenia udałoby mi się zrealizować czy nie, to tak czy inaczej udało mi się na pewno jedno. Spełniłam swoje marzenie o podróży i przekonałam się, że droga, którą zaczęłam podążać jest tą właściwą. Wreszcie po 30 latach weszłam na właściwe tory! Mam nadzieję, że nic nie stanie mi na przeszkodzie, by wciąż nią podążać. 

Czasem było ciężko, niekiedy bardzo ciężko. Gdy wylądowałam w Gwatemali, pierwszą myślą było: „Dziewczyno, to był najgłupszy pomysł, jaki ci przyszedł w życiu do głowy”. Początkowo chyba nie zdawałam sobie sprawy, na co się porywam. Sama, bez języka, na tak daleko i tak długo ruszyłam w nieznany dla mnie świat. Byłam przerażona. Teraz wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. 

Co mi to dał wyjazd? 

Oprócz znajomości językowej, kilka fajnych kontaktów. Dowiedziałam się też paru ważnych rzeczy. Że nie zawsze należy wierzyć słowom większości oraz przewodnikowi Lonely Planet ;) oraz raczej podążać mniej uczęszczanymi szlakami. I że „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Oprócz tego przytrafiły mi się też rzeczy zupełnie niespodziewane jak choćby wyróżnienie specjalne dla mojego bloga w konkursie Blog Roku 2012. Pisałam zaledwie dwa miesiące, a mimo wszystko zostałam wyróżniona, o czym powiadomiona mnie w urodziny. Nie mogłam otrzymać lepszego prezentu. Był to dla mnie taki sygnał, że to, co robię jest naprawdę ważne i jak się okazuje nie tylko dla mnie. 
W trakcie tej podróży bardzo wiele zyskałam. Przede wszystkim ogromną wiarę w siebie i w swoje możliwości. Podczas wcześniejszych krótszych wyjazdów, sprawy organizacyjne spoczywały zwykle na moim mężu, ja tylko musiałam rozwiązać problem, z których butów zrezygnować, by bagaż nie przekraczał wagi, wymaganej przez linie lotnicze. Zawsze tkwiło we mnie przekonanie, że sama to ja sobie nigdy nie poradzę. Teraz wszystkie sprawy organizacyjne spoczęły na mnie i po prostu MUSIAŁAM sobie poradzić, bo nikt tego nie zrobiłby za mnie. Nieraz byłam zmuszona wykłócać się i dochodzić swoich praw, ale dzięki temu teraz wiem, że niemożliwe dla mnie nie istnieje i że nic nie jest w stanie przed niczym mnie już powstrzymać. I choć często w podróży się gubiłam, to zawsze udało mi się odnaleźć. I wiem, że właśnie tam, w podróży jest moje miejsce. Taki samotny wyjazd, to najlepsza szkoła życia i najlepszy sposób na poznanie siebie. Choć może nie każdy do samotnego podróżowania nadaje się, to ja uważam, że każdy choć raz powinien tego spróbować. 

I w tym miejscu dziękuję mojemu mężowi za to, że mnie wspierał przez całą podróż, służył radą i pomocą. Dziękuję za to, że pomógł mi spełnić moje marzenie.