poniedziałek, 31 grudnia 2012

Volcano Pacaya and Happy New Year
Wyprawa na wulkan Pacaya i Szczęśliwego Nowego Roku



Sunday. At last, after six days spent at school, I could do nothing. I had the time for myself. So I decided to explore the city and went to the market to admire the stalls the number of which was enormous. Every Sunday a lot of merchants form local villages come to sell their goods. There are also many indigenios (the descendants of Maya people) who offer their handicrafts. I didn’t take a camera with me because everybody had warned me against taking any valuables there. Not to tempt fate. There weren’t many tourists. I was the only white woman. Before coming to Guatemala, when I had informed my friends that I wouldn’t have my cornrows anymore,  somebody had said to me ‘You are white and it’s enough to draw people’s attention’. And it is really true. 
View by day

I decided to go on a longer trip today. My destination was the Pacaya volcano (2552m) – one of 38 volcanoes located in Guatemala (so there are plenty of them to see), but one of the three ones that are active. It’s situated 25 km from Antigua. My schoolmates showed my some photos taken from the top of Pacaya. Clear blue sky over the black surface of the ground covered with solidified lava.  The views of surrounding towns in the valleys. Stunning! Unfortunately, I couldn’t admire the beauty of the nature. In the morning, it was raining which was a bad sign. I have two options: either to go there early in the morning to admire the sunrise or late afternoon to see the sunset. I chose the second option to make my trip more thrilling. I was told to take a torch with me so that not to get lost on my way back. It also proved useful because of horse droppings attacking us on the trail. 
Visibility on a volcano

The route leading to the volcano wasn’t very long. It was about 4 km so it took us about 1,5 h with breaks to get there. You are not allowed to walk there on your own. You have to have a guide as a lonely trekking is claimed to be dangerous for tourists who have been attacked there many times (even Lonely Planet says so). You have to go there with an organized group with a guide who will escort poor intimidated tourists to the top.  
Our guide
Personally, I think it is a kind of marketing hook or just a cheating to let people, who work as guides there, earn some money. So many tourists and guides on horses are on the trail that it is impossible to attack anybody. But, what can I say….  I know nothing about it. All in all,  it is good because local people may work and earn money. But they shouldn’t make tourists scared by telling spooky stories about assaults.

So we were heading towards the peak. Actually, we weren’t. Surprise, surprise! I hoped to see lava but it turned out to be impossible because the volcano is too active and going to the edge of the crater isn’t permitted. We were supposed to look at it from the distance. Unfortunately, the weather played a trick on us. The higher we went, the thicker the fog became and the stronger the wind was. When we got out of the bushes, plants and trees and stood in the open space, the wind was so strong that it was hard to take a step. The visibility was very low. 

We followed our guide. It was quite an interesting figure. Why? According to me, he looked like Johnny Depp playing a role of Jack Sparrow. Well, he didn’t have long hair, dreadlocks and his temperament but when it comes to his face… they were like two peas in a pod. Identical! He was wearing a denim jacket and carrying a shabby backpack with a MTV logo. He had two teeth framed in gold ( I don’t know how they call it but it is very trendy here to have  gold teeth or to frame  them in gold.
Marshall foam

So, again we followed our Jack Sparrow. He took us to a place where we could fry marshmallows on the sticks (he had plenty of them in his backpack). It was quite close to the top of the volcano. There was nice heat coming from the rift so we made a fire and the marshmallows’ frying. We could also warm up because it was terribly cold due to heavy wind and fog. 
I'm in a sauna

While we were going down the slope, we had a stop in a so called sauna where you could go inside and lie down and warm up in the heat being produced by active Pacaya volcano. Coming down took us less time. We were almost running to get back to the bus which would take us to our warm hotel rooms. Having torches in hands, we were almost sliding on the sand and rocks. We could see small glowing eyes which, contrary to my apprehensions, didn’t belong to tarantulas but to smaller spiders and insects living on the area of the volcano. Tarantulas became extinct here after the last volcanic eruption. Luckily!

During our trekking to the top of volcano, when it wasn’t dark and foggy, we had seen a few interesting things. One of them was a tree called llora sangre used by Maya people to paint their faces (our guide showed it to us on our faces what you can see in one of the photos of me. I have some orange stains on my cheeks) and for medical purposes. 
View by night

I must admit I came back home really exhausted although the trip hadn’t been long and difficult. I guess my tiredness was caused by the weather – heavy wind didn’t let us talk and made breathing difficult. But it was really nice. This trip reminded me my trip to Cairo. People who have been there have photos with pyramids behind them, blue sky and the sun. When we went there with Bożydar, there was a sand storm and rain. No beautiful views. This time was the same. My schoolmates showed me photos of beautiful scenery and lovely weather. In my photos the only thing you can see is the fog. But it was worth it. I met some nice people. One of them was Sara who is going to spend New Year’s Eve with me, Francesca, Halil, Furkan and the others.

Have fun tonight!

And Feliz Año Nuevo!

Niedziela. Wreszcie po sześciu dniach szkoły, nie musiałam robić nic. Miałam czas, by przejść się straganach na rynku, który w niedzielę urasta do ogromnych rozmiarów. Zjeżdżają tego dnia handlarze z okolicznych miejscowości. Wielu jest też indigenios (potomków Majów), którzy na licznych stoiskach rozkładają własnoręcznie wykonane wyroby. Aparatu jednak nie brałam ze sobą, bo wielokrotnie mnie uprzedzano, bym nie świecić miejscowym dobrami materialnymi, wybierając się tam. Faktycznie turystów nie krążyło tu zbyt wiele. Byłam jedyną białą. I tak, jak ktoś mi powiedział przed wyjazdem, gdy stwierdziłam, że ściągam warkoczyki, by nie rzucać się w oczy podczas wyjazdu: ”Jesteś biała i to już wystarczająco będzie się rzucało w oczy.” I faktycznie to wystarcza. 
Widok w drodze na wulkan
Postanowiłam dziś wybrać się w końcu gdzieś dalej. Za mój cel tego dnia obrałam sobie Wulkan Pacaya (2552m) – jeden z 38, znajdujących się na terenie Gwatemali (więc jeszcze sporo przede mną), ale jeden z zaledwie trzech czynnych, leżący około 25 km od Antigua. Widziałam zdjęcia znajomych ze szkoły, z błękitem nieba, rozciągającym się nad czarną od skamieniałej lawy połaci ziemi. Widok na miasta, położone w dolinach. Przepięknie! No, cóż. Mnie jednak nie było dane zachwycać się pięknem przyrody. Już z rana złapał mnie deszcz, co nie wróżyło dobrze na popołudnie. Do wyboru było pójście porą ranną, by obejrzeć wschód słońca lub popołudniem, by ujrzeć jego zachód. Wybrałam drugą opcję, by wracać wieczorem i dodać tej wyprawie trochę dreszczyku. Koniecznie trzeba było zabrać ze sobą latarkę, by nie zgubić się w drodze powrotnej. No, i dobrze też ją było mieć, by nie wdepnąć w końskie łajno, którego na trasie nie brakowało. 

Droga na wulkan nie była specjalnie długa, około 4 km, czyli 1,5 godziny z przerwami. Nie można tam chodzić samemu, konieczne jest towarzystwo przewodnika, bowiem jak twierdzą wszyscy, łącznie z przewodnikiem Lonely Planet, napady na turystów są tam bardzo częste i konieczne jest formowanie grup z przewodnikiem na czele, który bezpiecznie zaprowadzi i sprowadzi biednego i zastraszonego turystę w dół. Uważam, że to jednak chwyt marketingowy czy może zwykły kant, by dać zarobić ludziom, którzy pracują tam, jako przewodnicy. Przy takiej ilości turystów, przewodnikach na koniach, nie sposób, żeby jakikolwiek napad się tam zdarzył. No, ale co ja tam wiem. W sumie dobrze, że miejscowi ludzie mogą tu zarobić i pracować. Tylko niepotrzebnie tworzy się jakieś legendy. 
Widok na wulkanie i z niego :)
Podążamy więc na szczyt, a właściwie nie na szczyt, bo tu znów spotkała mnie przykra niespodzianka. Miałam nadzieje na ujrzenie lawy, a tu nici z tego. Na sam szczyt wejść nie można, bo wulkan jest bardzo aktywny i włażenie tam jest po prostu niemożliwe. Mieliśmy na niego popatrzeć z oddali. Ale niestety i tego się nie dało, bowiem im wyżej wchodziliśmy, tym mgła robiła się coraz gęstsza i tym silniejszy zrywał się wiatr. Gdy wyszliśmy z gęstwiny roślin i drzew, i znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, wiatr tak przybrał na sile, że z trudem dało się iść. Widoczność była możliwa na zaledwie kilka metrów. Ruszyliśmy więc dalej za naszym przewodnikiem, o którym muszę tu wspomnieć. Według mnie wyglądał jak Johnny Depp w mojej ulubionej roli Jacka Sparrowa. 
Nasz przewodnik (tu nie widać podobieństwa)

Wprawdzie nie miał długich włosów, dredów i całego tego anturażu, który Sparrowowi towarzyszył, ale z twarzy wypisz wymaluj to był on, tyle że w drelichowej kurteczce i wytartym plecaku z logo MTV. Miał nawet dwa zęby w złotej ramce (nie wiem jak to się nazywa, ale jest to tutaj niezwykle popularna moda, by wstawiać sobie złote zęby lub otaczać je złota obwódką). No, więc ruszyliśmy dalej za naszym Jackiem Sparrow’em. 
Pieczenie pianek w wulkanie

Powiódł nas w miejsce, w którym na patykach mogliśmy upiec sobie pianki marschalla, a miał ich całkiem sporo w plecaku. W jednym z miejsc niedaleko szczytu, z głębi skał wydobywało się przyjemne ciepełko i to tam urządziliśmy sobie „ognisko” i pieczenie pianek. Miło było też się tam po prostu ogrzać, bowiem przez mgłę i wicher, zimno na górze zrobiło się okrutnie. 
Ja w saunie. Leżę w niej, choć może tego nie widać:)
A potem ruszyliśmy już w dół, zatrzymując się przy tzw. saunie, do której można było wejść, położyć się i również pogrzać w cieple, produkowanym przez czynny wulkan Pacaya. Droga w dół, trwała znacznie krócej. Wszyscy niemal biegli, by jak najszybciej znaleźć się w busie, który zawiezie do ciepłego pokoju hotelowego. Zaopatrzeni w latarki, niemal ślizgaliśmy się na piachu i skamielinach. Towarzyszyły nam jedynie świecące w ciemnościach lasu maleńkie oczy, które wbrew moim obawom, nie były oczami tarantul, lecz mniejszych pająków i drobnych insektów, mieszkających na terenie wulkanu. Tarantule, jak się okazało, poginęły po ostatniej aktywności wulkanu. I całe szczęście! 
Widok w drodze powrotnej
Podczas naszej wędrówki w górę, gdy jeszcze było jasno i mgła nie szalała, widzieliśmy kilka interesujących rzecz. Przede wszystkim drzewo, które nazywa się llora sangre, i którego Majowie używają do malowania twarzy (co przewodnik nam zaprezentował na naszych własnych buziach i co widać na jednym ze zdjęć w postaci pomarańczowych maz na mojej twarzy), i która ma również lecznicze działanie. Nie ukrywam, że choć wędrówka nie powinna być męcząca, bo to były zaledwie cztery kilometry pod górę, to jednak wróciłam do domu wypompowana z sił. Ale myślę, że w głównej mierze spowodowała to pogoda: okrutny wicher, który odbierał nie tylko możliwość rozmowy, ale również i oddychania. Było jednak naprawdę fajnie. Moja wycieczka przypomniał mi wyjazd do Kairu. Wszyscy zwykle mają w swoim posiadaniu zdjęcia na tle piramid z błękitnym niebem i piękną słoneczną pogodą. My z Bożydarem trafiliśmy wówczas niemal na burze piaskową i deszcz. Widoków żadnych. Tym razem miałam to samo. Znajomi pokazywali mi zdjęcia z pięknymi widokami ze szczytu wulkanu, a na moich mam jedynie mgłę. Tak czy inaczej było bwarto. Spotkałam ciekawych ludzi. Między innymi Sarę, która dziś będzie ze mną, Francescą, Halilem i Furkanem i pewnie jeszcze kilkoma osobami spędzać Sylwestra. 

A ja życzę wszystkim udanej zabawy dzisiaj i 

Feliz Año Nuevo