niedziela, 23 grudnia 2012

The end of the world according to Maya
Koniec świata według Majów



MAYAN END OF THE WORLD

Our guide
It’s  4 am. Barely can I see but today it doesn’t matter. Only once you can experience the end of the world. Actually, it’s not true. Not only once. During my 30 years long existence I have experienced a few ends of the world. So, I got up and clumsily tried to get ready. Next to me, Francesca is trying to do the same. She couldn’t fall asleep  and was tossing and turning all night. There is a tropical climate in our room. It’s unbearably hot and suffocating what makes our movements slower.  Time is running. We have only a half an hour to get ready. However I’m sure our guide will be a half an hour late. This time I was wrong. This time it was Francesca who we were waiting for.

I spent an hour trip to Tikal drowsing or at least trying to snooze because Guatemalan roads make the process of sleeping difficult. Drivers drive recklessly and roads are bumpy and full of holes which should force you to slow down. But Guatemalan drivers don’t do so and every time they run over obstacles, the passengers jump and roll as animals being transported in the truck. 

In the end, we managed to reach our destination – the national park. After 20 minutes’ trekking we were in the temple where we were supposed to admire the sunrise. Not only did we want to do so but also plenty of other people were interested in it that is why we had to stand in a line. It was like queuing in the shop but I didn’t complain. We were standing there to see the sun rising over the ruins on the day so important for Maya people – their New Year.

Unfortunately, due to the thick fog we couldn’t feast our eyes. Besides, we were a little bit too late. 
While I was enjoying my morning, I realized the battery in my camera had gone flat ( it had been full yesterday and in the morning!). Later, we headed for the main square where the Mayan ceremony had been taking place since yesterday. You could hear the sounds of marimba (the musical instrument in the idiophone family (Sikor’s remark: don’t mistake with “idiotophone family”) and admire Mayan dances. The ceremonies were stunning. The master was making a speech in the ke’chi language (he used some English especially for tourists)  and people were kneeing and worshipping loudly and putting candles into the holly fire. Some of people were crying. The master of ceremony poured some mixtures into the fire. It was water, rum, copal that is a kind of resin used by the cultures of pre-Columbian Mesoamerica and incense used in religious ceremonies and ritual purification by Mayan people.

My blessing
 The master was besprinkling people gathered around the holly fire with this mixture. For me it was similar to Christian consecration in the church or the practice of placing ashes on the foreheads of adherents.
Young Mayan girl
Some people seemed to be in a mystical trans. I wasn’t overcome by this atmosphere and I was observing everything breathtakingly. I was also focused on taking photos and asking people about the ceremony. I found out that putting candles into the fire symbolizes the requests to gods. One candle is one intention. I found the green plant interesting. Some people were holding it in hands and symbolically raising it to heaven and praying. The plant is called “jackass bitter” and is used to cure many diseases such diabetics, hypertension, anemia or used as insect repellents. At the end of one of many ceremonies, there was a Mayan blessing. The master of ceremony submerged a piece of fabric in the smoke coming from the holly fire and placed it first on the forehead of a person being blessed, then on the chest and finally the person was incensed.   
Of course, not only ceremonies were in the centre of my attention. We also went sightseeing. Tikal is an amazing and stunning place. The photo can’t describe the magnitude and vastness of this place. While visiting temples, we came across people from every corner of the world dressed in white vestures praying, performing various rituals, singing or in silence observing candles burning in the caves.  I must admit that some people looked insane and deranged. Or maybe I just don’t understand them and I should envy them their faith? 

In the temple where we had been admiring he sunrise in the morning, there was a ceremony too. I inquired some people about the details of the ceremony, people and songs being sung. It was Aquarian Universal Mission. It was explained to me that they aren’t a religious sect but a kind of religious assembly focused on philosophy, metaphysics and spiritualism. There were two thousands of members here also from Poland so it was nice to  exchange a few words in Polish with them.

Ceiba - sacred tree of Maya
Contrary to my expectations and apprehensions, there weren’t many people sightseeing the ruins. Most of them were gathered on the square or were participating in the rituals. Fortunately, because I didn’t need to elbow through the crowds. We were loitering around the jungle where we saw monkeys, opossums and turkeys even. Unfortunately, I didn’t see a quetzal, the bird that is important for Mayan people and whose name is the name of the currency of Guatemala. But  I saw it yesterday in Yaxha and I took a photo of it. 

The end of the world didn’t happen in the end. But the weather was quite bizarre and suddenly, at 2 pm it started raining heavily. It hasn’t rained here in December for 25 years. Everybody was surprised and shocked. Later that day, when I was strolling along the shore in Flores, the beautiful rainbow appeared in the sky. I think it is the sign of the beginning of a new better world which, according to Maya, has just begun. Interestingly, Maya people didn’t predict the end of the world and honestly, nobody believed in any end here. The end of the calendar is the end of the old world and the ascending on the higher level of spiritualism.

I let myself be blessed and incensed with the holly fire. I participated in Mayan ceremonies and rituals. I was a witness of heavy rain, the first one for 25 years in that part of the year.  I feel I experienced the end of the world in its spiritual and mental dimension. Will my life and my world change? We will see soon!  



Nasz przewodnik
Czwarta rano. Ledwo widzę na oczy, ale tego dnia to zupełnie nie ma znaczenia. W końcu koniec świata przeżywa się tylko raz w życiu. A właściwie to nie raz, bo za mojego trzydziestoletniego życia już kilka tych „końców” było. Wstaję więc i nieskoordynowanymi ruchami próbuję ogarnąć swoje rzeczy. Obok szamocze się Francesca, która długo nie mogła zasnąć i chyba jeszcze kilka razy w nocy wstawała. W naszym pokoiku panuje tropikalny klimat. Jest niemożliwie gorąco i duszno, i to chyba jeszcze spowalnia nasze ruchy, a mamy tylko pół godziny na zebranie się. Choć, znając życie nasz przewodnik Hector i tak pojawi się z opóźnieniem. 
Tym razem zastąpiła go jednak Francesca i to na nią czekaliśmy. Godzinną ponad jazdę do Tikal spędziłam, przysypiając, a przynajmniej próbując przysnąć, bo na gwatemalskich drogach spać się nie da. Kierowcy jeżdżą szybko i pewnie dlatego, co kilkaset metrów natrafia się na grzbiet, przed którym trzeba zwolnić. Jednak nie zawsze to robią, przejeżdżając po nich szybko, a wtedy człowiek przewala się w samochodzie niczym zwierzę na pace ciężarówki. 
Mgła nad dżunglą
W końcu jednak dotarliśmy do parku i po szybkim dwudziestominutowym marszu znaleźliśmy się przy świątyni, z której mieliśmy podziwiać wschód słońca. Chętnych takich, jak my było jednak od groma, dlatego trzeba było grzecznie ustawić się w kolejce. Czułam się jak w sklepie, stojąc po bułki. Tu jednak stało się, by dostać trochę pięknego widoku – słońca wschodzącego nad ruinami w tak ważnym dla Majów dniu, w ich Nowym Roku. Mgła jednak z rana była tak gęsta, że widokami nie dało się specjalnie nacieszyć, tym bardziej, że spóźniliśmy się trochę. 
Po kontemplacji poranka, w czasie którego jak na złość rozładowała mi się bateria w kompakcie, którym miałam kręcić filmiki (a wczoraj i nawet jeszcze dziś rano była pełna!) udaliśmy się na plac główny, gdzie już od dnia wczorajszego odbywały się ceremonie Majów. Na żywo można było posłuchać gry na marimbie (instrument z rodziny idiofonów i tu od razu uwaga do Sikora: nie mylić z rodziną „idiotofonów”) oraz popatrzeć na majańskie tańce. Ceremonie były niesamowite. Mistrz przemawiał, w odmianie języka majów zwanym ke’chi (po angielsku dla turystów też trochę), a ludzie klękali, wznosili modły na cały głos i sypali świece do świętego ognia. 
Ja podczas błogosławieństwa majańskiego
Niektórzy, modląc się płakali. Mistrz ceremonii dolewał do ognia mieszanki: wody, rumu, copalu, czyli aromatycznej żywicy używanej przez ludy Mezoameryki prekolumbijskiej, a także incense, czyli kadzidła, które zwykle jest używane przez Majów podczas ceremonii rytualnego oczyszczenia. Tą sama mieszanką mistrz pokrapiał również ludzi, zebranych wokół świętego ognia, co przypominało zupełnie chrześcijańskie święcenie w kościele lub posypywanie głowy popiołem. Momentami miałam wrażenie, że niektórzy wpadli w jakiś mistyczny trans. Ja mu jednak nie uległam, choć przyglądałam się temu, co się działo z zapartym tchem. Jednak zbyt bardzo skupiona też byłam na robieniu zdjęć i podpytywaniu, otaczających mnie ludzi, o co w tym wszystkim chodzi. Okazało się, że wrzucane do ognia świece symbolizują wznoszone do bogów prośby. 
Młoda Majanka podczas tańca

Jedna świeczka, to jedna intencja. Najbardziej jednak zaciekawiła mnie roślina, którą niektórzy ściskali w dłoniach, i unosili ku niebu wraz z żarliwymi słowami modlitwy na ustach. Roślina ta, to z języka angielskiego „jackass bitter” stosowana w leczeniu wielu chorób, między innymi malarii, ale także cukrzycy, nadciśnienia tętniczego, niedokrwistości, a także stosowana, jako środek odstraszający owady. Na końcu jednej z wielu ceremonii, odbywało się majańskie błogosławieństwo. Mistrz ceremonii zanurzał w dymie ze świętego ognia kawałek materiału, który kładł na głowę błogosławionego, przykładał go do klatki piersiowej, a na końcu jeszcze okadzał z kilku stron. Nie mogłam się powstrzymać i sama poddałam się majańskiemu błogosławieństwu. 
Na pewno mi nie zaszkodzi, a kto wie. Może takie błogosławieństwo zdziała cuda?

Oczywiście nie samymi ceremoniami człowiek w Tikal żyje, więc nie obyło się bez zwiedzania. I co tu dużo mówić.
 Miejsce jest niesamowite i trudno oddać zdjęciami ogrom i jednocześnie majestat tego miejsca. 
Zwiedzając poszczególne świątynie, co krok natykaliśmy się na kolejne grupy i podgrupy odzianych w białe szaty ludzi z całego świata, modlących się, i odprawiających różnego rodzaju rytuały, śpiewających lub w milczeniu, wpatrujących się w płonące w jaskiniach świece. Nie ukrywam, że wielu z nich wyglądało dla mnie na zwykłych obłąkańców. A może po prostu tego nie rozumiem i powinnam zazdrościć im tak mocnej wiary? 
Ceiba - święte drzewo Majów
Podczas porannego wschodu słońca w świątyni, z której oglądaliśmy wschód, też odbywała się swego rodzaju ceremonia. Poszłam się dopytać, o co chodzi, kim są ci ludzie i co za pieśni wznoszą. To misja zwana Aquarian Universal Mission. Od razu wyjaśnili, że nie są żadną sektą religijną, lecz bardziej zgromadzeniem, skupiającym się na filozofii, metafizyce i duchowości. Jak się okazało w Tikal dzisiaj było niemal dwa tysiące członków tejże misji z całego świata. Nie zabrakło też oczywiście Polaków i nie ukrywam, że miło było kilka słów zamienić w ojczystym języku. 

Wbrew moim początkowym oczekiwaniom i jednocześnie obawom, zwiedzających ruiny nie było zbyt wielu. Większość osób skupiła się na placu głównym lub uczestniczyła w rytuałach. I całe szczęście, bo nie było konieczności przeciskania się przez tłumy. Łaziliśmy po dżungli, w której można było spotkać liczne małpy, oposy, a nawet indyki. 
Tu nie zobaczyłam jednak tak ważnego dla Majów ptaka, od którego nazwy wzięła się również nazwa waluty gwatemalskiej – Quetzala. Za to widziałam go wczoraj w Yaxha i nawet udało mi się zrobić zdjęcie, choć szczerze powiedziawszy mało udane. 
No i cóż. Po raz kolejny końca świata nie było. Choć pogoda zachowywała się dość dziwnie, by około czternastej zaskoczyć wszystkim ulewnym deszczem, który w grudniu nie pojawił się tu, od co najmniej 25 lat. Wszyscy spoglądali na siebie ze zdziwieniem i zaskoczeniem, szepcząc między sobą. A późnym popołudniem, gdy już spacerowałam deptakiem wzdłuż wybrzeża Flores objawiła się piękną tęczą. To chyba naprawdę zapowiedź nowego lepszego świata, który według Majów właśnie nastąpił. Majowie bowiem nigdy nie zapowiedzieli końca świata i nikt tu w żaden koniec nigdy nie wierzył. Koniec kalendarza to koniec starej ery i początek nowej, w której następuje wstąpienie na wyższy poziom duchowości.  
Kawałek tęczy
Dałam się dziś po majańsku pobłogosławić i okadzić świętym dymem. Wzięłam udział w majańskich ceremoniach i rytuałach. Byłam świadkiem ulewnego deszczu, pierwszego od 25 lat o tej porze roku – jednym słowem wzięłam udział w końcu świata – tego w sensie duchowym i mentalnym. Czy moje życie i mój świat też się zmieni? Dowiem się wkrótce. Jedno jest pewne. Warto było tu być tego dnia. Jeśli ktoś to stracił, kolejną szansę ma za jakieś 5200 lat :)