Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2013

It’s time to sum up
Podsumowań nadszedł czas




Podróż się w końcu skończyła, a raczej niestety skończyła. Tęsknota za nią jednak pozostała. Bo tak naprawdę to choć odwiedza się fantastyczne miejsca i wdycha się cudowny ich klimat, spotyka się niesamowitych ludzi, to w podróży najfajniejsze jest nie docieranie do celu, ale bycie w trakcie. Przynajmniej dla mnie. Choć życzyłabym sobie, żeby to bycie w trakcie podróży, nie przypominało raczej tego z autobusu z San Cristobal do Oaxaca ;) Brakuje mi codziennego zwijania swoich rzeczy, pakowania i przemieszczania się do kolejnego miejsca. Brakuje napotkanych przypadkowo ludzi, przypadkowych rozmów. Tęsknie okrutnie za rozmowami w języku hiszpańskim. W ogóle za mówieniem po hiszpańsku, bo tu nie mam, z kim prowadzić rozmów w moim ulubionym języku. Już mam wrażenie, że nie pamiętam z tego, co się nauczyłam, kompletnie niczego. Może i słońce tutaj jest, ale i tak tęsknie za tym słońcem tam. Tęsknię za ludzką życzliwością, częstym bezinteresownym uśmiechem, chęcią pomocy, za troską, jaką mnie otaczali obcy.
Po powrocie do Polski zauważyłam z przykrością, jacy my Polacy jesteśmy zgryźliwi i jak swoje frustracje uwielbiamy wylewać na innych. Jak bardzo cieszy nas dokopanie komuś i jak często wyżywamy się najchętniej na obcych na ulicy. Za każdym razem, gdy wsiadam na rower i wyjeżdżam na ulicę, spotyka mnie nieprzyjemna sytuacja. A to jakiś dziadek wyzywa mnie. Bo w jednym miejscu, ze względu na remont, ścieżka rowerowa zamienia się w drogę dzieloną z pieszymi, a jemu nie podoba się, że tym zaledwie dwumetrowy odcinkiem, przejeżdżam na rowerze. Musi agresywnie zareagować, użyć wulgaryzmów. I po co to komu? Zwłaszcza, że mam pełne prawo tamtędy przejechać. Następnego dnia w drodze do Sopotu, ścieżka na długości czterech metrów urywa się, a potem płynnie przechodzi znów w ścieżkę rowerową, ale już na tych czterech metrach, jakiś życzliwy sfrustrowany musi na mnie wyżyć swoje złości, bo przecież w tym miejscu ścieżki nie ma. Ludzie kochani! Sytuacji takich i podobnych od mojego powrotu zliczyć byłoby trudno. Tak zwyczajnie, po ludzku jest to przykre. Więc nic dziwnego, że tęsknię za „moją” Ameryką, bo choć zaczepki na ulicy są tam na porządku dziennym, to nie są one podyktowane złością, a jedynie ludzką ciekawością. 
Chciałam dokonać pewnych podsumowań. Odpowiedzieć sobie na pytania, co udało mi się zrealizować z moich planów, co osiągnęłam, a z czym poległam, czego się dowiedziałam i czy sprawdziłam, że to jest właśnie ta droga, którą chcę podążać. Plan początkowo obejmował oprócz Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Meksyku, jeszcze Nikaraguę, do której już niestety nie dotarłam, zostawiając ją sobie na kolejną wizytę. Zresztą na Meksyk przeznaczałam w swoich pierwotnych planach około sześciu tygodni. Z tych planów też nic nie wyszło, bo spędziłam tam tylko dwa. Dłużej niż planowałam zostałam za to w Hondurasie i Salwadorze, ale było warto. W podróży nie należy się spieszyć. To nie są wyścigi. Wyszłam z założenia, że lepiej zobaczyć mniej krajów, ale za to poznać je dokładniej, zagłębić się bardziej w klimat, bardziej chłonąć atmosferę niż odhaczać kolejne punkty z listy. 

Co mnie tam pchało? 

 1. Chciałam nauczyć się hiszpańskiego. I nauczyłam się. Może nie jest on perfekcyjny, ale mogę bez problemu porozumieć się i porozmawiać na wiele ciekawych tematów. A więc cel numer jeden został osiągnięty. 
2. Chciałam poznać nową kulturę, zwyczaj, tradycję. I poznałam. Uczestniczyłam w ceremoniach majańskich, lepiłam tortille, przyglądałam się obrzędom bożonarodzeniowym i wielkanocnym, uczyłam się przygotowywać tradycyjne dania. Zobaczyłam jak żyją ludzie w innym świecie, czasami w tym gorszym świecie. Odwiedziłam dom dziecka w Hondurasie, w którym żyją dzieci z ulicy. Brałam udział w spotkaniach Garifunów, którym zdewastowano całe mienie. Miałam bliską styczność i z tematami i z ludźmi, z którymi zwykły turysta, na co dzień nie ma szans się zetknąć. 
3. Spędziłam w Tikal, jednym z najważniejszych miast Majów, „koniec świata”. Planowany reportaż napisałam, choć niestety nie udało mi się go sprzedać. Najważniejsze jednak, że mogłam tam być dnia 21 grudnia 2012 roku. Następna taka szansa za 5200 lat. 
4. Niezależnie od tego czy powyższe założenia udałoby mi się zrealizować czy nie, to tak czy inaczej udało mi się na pewno jedno. Spełniłam swoje marzenie o podróży i przekonałam się, że droga, którą zaczęłam podążać jest tą właściwą. Wreszcie po 30 latach weszłam na właściwe tory! Mam nadzieję, że nic nie stanie mi na przeszkodzie, by wciąż nią podążać. 

Czasem było ciężko, niekiedy bardzo ciężko. Gdy wylądowałam w Gwatemali, pierwszą myślą było: „Dziewczyno, to był najgłupszy pomysł, jaki ci przyszedł w życiu do głowy”. Początkowo chyba nie zdawałam sobie sprawy, na co się porywam. Sama, bez języka, na tak daleko i tak długo ruszyłam w nieznany dla mnie świat. Byłam przerażona. Teraz wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. 

Co mi to dał wyjazd? 

Oprócz znajomości językowej, kilka fajnych kontaktów. Dowiedziałam się też paru ważnych rzeczy. Że nie zawsze należy wierzyć słowom większości oraz przewodnikowi Lonely Planet ;) oraz raczej podążać mniej uczęszczanymi szlakami. I że „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Oprócz tego przytrafiły mi się też rzeczy zupełnie niespodziewane jak choćby wyróżnienie specjalne dla mojego bloga w konkursie Blog Roku 2012. Pisałam zaledwie dwa miesiące, a mimo wszystko zostałam wyróżniona, o czym powiadomiona mnie w urodziny. Nie mogłam otrzymać lepszego prezentu. Był to dla mnie taki sygnał, że to, co robię jest naprawdę ważne i jak się okazuje nie tylko dla mnie. 
W trakcie tej podróży bardzo wiele zyskałam. Przede wszystkim ogromną wiarę w siebie i w swoje możliwości. Podczas wcześniejszych krótszych wyjazdów, sprawy organizacyjne spoczywały zwykle na moim mężu, ja tylko musiałam rozwiązać problem, z których butów zrezygnować, by bagaż nie przekraczał wagi, wymaganej przez linie lotnicze. Zawsze tkwiło we mnie przekonanie, że sama to ja sobie nigdy nie poradzę. Teraz wszystkie sprawy organizacyjne spoczęły na mnie i po prostu MUSIAŁAM sobie poradzić, bo nikt tego nie zrobiłby za mnie. Nieraz byłam zmuszona wykłócać się i dochodzić swoich praw, ale dzięki temu teraz wiem, że niemożliwe dla mnie nie istnieje i że nic nie jest w stanie przed niczym mnie już powstrzymać. I choć często w podróży się gubiłam, to zawsze udało mi się odnaleźć. I wiem, że właśnie tam, w podróży jest moje miejsce. Taki samotny wyjazd, to najlepsza szkoła życia i najlepszy sposób na poznanie siebie. Choć może nie każdy do samotnego podróżowania nadaje się, to ja uważam, że każdy choć raz powinien tego spróbować. 

I w tym miejscu dziękuję mojemu mężowi za to, że mnie wspierał przez całą podróż, służył radą i pomocą. Dziękuję za to, że pomógł mi spełnić moje marzenie.
  

czwartek, 2 maja 2013

With a visit to Grasshopper Hill
Z wizytą na Wzgórzu Koników Polnych



I’ve survived. Barely, barely but I am still alive. Luckily, the heat in my non air-conditioned room with a window overlooking the corridor didn’t kill me. But it wasn’t the nicest night in my life. As I couldn’t sleep (good for me as I had more time for sightseeing), I set off early in the morning. It was worth not sleeping whole night to see the empty streets. In  the middle of the day I would have problems with moving because of the crowds of people wandering in the streets. 
I went to a part of the city called Chapultepec, following the instructions given me by a lady from a tourist information. Bosque Chapultepec is a forest but I would call it a well-organised huge park where thousands of people relax at the weekends. At about 9 am, the park was empty. The Mexicans like having a lie-in. It is not surprising as the life here starts late in the evening. I decided to see the Zoo first in the morning so that not to get a sunstroke and then to have a stroll in the forest hiding in the shadows of the trees and pay a visit to the National Museum of Anthropology. I hoped to get a free admission as it was Sunday. Well, I made my Sunday the Day of Museums after finding out that Sunday is a admission free day. 
Unfortunately, it turned out that only the Mexicans are allowed to enter museums for free. So my Day of Museums appeared to be the worst day for visiting museums as I had to pay for tickets and there were plenty of people everywhere. But I couldn’t change my plan as I was running of time and it was the only day I could see museums – the next opportunity would be during my next visit to that country. Honestly, my visit to Grasshopper Hill (that is the name of the forest when you translated it) on Sunday was a bad idea. I knew I could meet a lot of people but I didn’t know there would be THOUSANDS of them. Apart from inhabitants of the city walking and enjoying their Sunday, there were also  hundreds of street stalls everywhere. 
 All the paths in the park (which isn’t small – I has an area of 4 km2) were padded with booths and stalls with food, balloons, T-shirts, sunglasses and all kind equipment one may find useful during a weekend walk. Not only is there a zoo in the park but also a few museums, a lake, a castle, a botanical garden, special picnic spots and many other attractions.
Having in mind my experience from the visit to the zoo in Guatemala, I was a little afraid of going to the zoo in Mexico City. But I hoped that the Mexicans would treat animals in more humanitarian and humane way as it is a more developed and civilized country. I was approaching the gates leading to the zoo slowly. In the distance, I saw a several security guards searching the backpacks. What’s going on? I thought. What are they looking for? I asked myself. I stepped closer and asked them where I could buy a ticket. To my surprise, the entrance was free of charge.  
It was the first time I hadn’t paid for the entrance to the zoo and that fact wasn’t encouraging. If you don’t have to pay, the living conditions for animals must be awful. Fortunately, I was wrong. Well, the Mexican zoos is no patch on the zoo in Gdansk, but its area is really well-maintained, clean and animals have big cages.
Let me explain the issue of backpacks and bags. People from Europe consider such countries as Mexico, Salvador, Honduras as backward countries. Surprise, surprise! In our zoo, people are continually feeding the animals although they can read on the special sign “Do not feed animals’. Can’t they read?. 
So every time I am in the zoo I must tell the people not to do it. In Mexico, they found the solution to that issue. You are not allowed to bring food to the zoo. You can have only one bottle of water with you. There is a special area with food stalls and the zoo workers catch people who want to take food away from that zone. So the problem with feeding animals does not exist. When it comes to animals in the zoo, most of them I have seen before. However, there were a few I hadn’t seen. The Mexican zoo is one of the zoo in the world which have a population of giant pandas. I also found a Mexican hairless dog (Xoloitzcuintle) interesting. It is also called an Aztec dog. It is the only living breed of pre Spanish breeds which has its origins in Aztec times. I must say that dog is really uglyJ (I wasn’t able to take a photo of it) but I’m sure its ugliness must have its fans, though. 
 There are many legends related to that breed. One of them is that the Aztecs believed that those dogs accompany the souls of the dead people on their way to Mictlan that is the Aztec hell. They also claimed that the skin of the dogs could treat their rheumatism and relieve the stomach ache. All those beliefs did not deter them from eating the dogs’ meat as it was considered to be a delicacy.
When I left the zoo, it started swarming with people. I had an impression that the half of Mexico City population came to that place. Barely had I managed to get to the building of the museum.  Finding the museum wasn’t an easy task as its entrance was on the other side of the forest.
The Mexican Museum of Anthropology is claimed to be one of the most important in the world. I would also add it is one of the biggest as one would need a few days to see and read about all exhibits  (and with my knowledge of Spanish – two weeks). The construction of the museum, its building and its square where there is a big umbrella-shaped fountain are really impressive. The building is divided into a number of rooms. 
In each of the room one can learn about the artefacts, traditions and history of each Mexican cultures that is the Zapotec, Maya, Aztec and Mixtec cultures and many others. The museum has a lot of treasures such as the jade- turquoise Teotihuacan death mask, the replicas of which are sold at every corner in whole Mexico. Visiting the museum was quite exhausting for me as I had to force my brain to understand Spanish inscriptions. What’s more, I had been walking for four hours all the time before coming to the museum. So after a four-hours visit to that place me and my legs felt really tired. I sat on the bench on the main square and admired the water floating from the 11-meters ‘umbrella’.
Quetzalcoat - The god of water
I wanted the time to stop but it was running fast. There were only two days left in Mexico and although there were much more attractions in Bosque Chapultepec, I couldn’t enjoy them, at least not this time. ‘Next time’ I kept telling myself when I got on the crowded underground train. I must come back here, mustn’t I?




Przeżyłam. Ledwo, bo ledwo, ale jednak żyję. Mimo obaw, upał w moim nieklimatyzowanym pokoju, z oknem, wychodzącym na korytarz budynku, nie zabił mi. Noc jednak nie należała do najprzyjemniejszych. Jako że spać się specjalnie nie dało (co w sumie było mi na rękę, bo czasu na zwiedzanie nie miałam wiele) z samego rana zabrałam się za realizację planu. Warto było nie przespać nocy, by zobaczyć, świecące pustkami ulice. W ciągu dnia trzeba się przedzierać w centrum i na placu głównym przez dzikie tłumy. 
Ulica Isabel la Catolica z rana
Niedzielnym porankiem wędrowałam spokojnie. Poinstruowana dzień wcześniej przez panią z informacji turystycznej, wybrałam się do części miasta, zwanej Chapultepec, a konkretnie do Bosque Chapultepec, czyli lasu, choć bardziej jest to świetnie zorganizowany i ogromny park, który służy setkom, a raczej nawet tysiącom osób do weekendowego odpoczynku. Przed dziewiątą rano w parku panowały, podobnie jak i na ulicach, pustki. Widać, że Meksykanie lubią pospać. W sumie nic dziwnego, skoro też zaczynają tak naprawdę żyć dopiero wieczorami. Wykalkulowałam, że do południa najlepiej będzie pozwiedzać ZOO, by nie narażać się na udar słoneczny, a potem pospacerować po lesie, ukrywając się trochę w cieniu drzew i udać się z wizytą do słynnego Muzeum Antropologii. Miałam nadzieję na niedzielną darmową wejściówkę do niego. W ogóle przed przyjazdem do stolicy, po wyczytaniu informacji o gratisowym niedzielnym wstępie do niemal wszystkich muzeów, niedzielę uczyniłam momentalnie Dniem Muzeów. 
Pomnik Niepodległości
Wstęp okazał się jednak wolny jedynie dla mieszkańców Meksyku, tych oczywiście z zameldowaniem. I tak dzień muzeów okazał się fatalnym dniem na odwiedziny, bo nie dość, że musiałam i tak zapłacić za bilet, to byłam zmuszona zwiedzać w towarzystwie niewyobrażalnego tłumu. Plan jednak miałam już ściśle wytyczony i jeśli nie w niedzielę bym odwiedzała muzeum, to chyba dopiero podczas następnego pobytu w Meksyku. W ogóle wypad na Wzgórze Koników Polnych (tak w tłumaczeniu  nazywa się ów las) w niedzielę był słabym pomysłem. Wiedziałam, że mogę się tam spodziewać sporo ludzi, ale jakoś w przewodniku nie doczytałam, że w sobotnie i niedzielne popołudnia park „zapełnia się TYSIĄCAMI mieszkańców”. Oprócz mieszkańców spacerujących i korzystających z rozrywek, park zapełniał się również setkami straganów. 
Wszystkie ścieżki parku, który do małych nie należy (cztery kilometry kwadratowe) były wręcz wyścielone budkami i stoiskami z jedzeniem, balonikami, koszulkami, okularami i każdym sprzętem, który może okazać się niezbędny podczas weekendowego spaceru. W parku oprócz ZOO, znajduje się kilka muzeów, jezioro, ogród botaniczny, zamek, masa miejsc piknikowych, z których Meksykanie bardzo chętnie korzystają i wiele innych atrakcji. 
Nauczona niezbyt przyjemnym doświadczeniem z gwatemalskiego ogrodu zoologicznego, trochę obawiałam się wizyty w meksykańskim parku zwierząt. Miałam jednak nadzieję, że Meksyk, jako bardziej rozwinięty i trochę bardziej cywilizowany, ma również bardziej humanitarne podejście do naszych mniejszych przyjaciół. Kroczyłam więc nieśmiało w stronę zoologicznych bram. Już z daleka zobaczyłam kilkunastu ochroniarzy, którzy przyglądali się zawartości plecaków, wchodzących osób. Co jest?, pomyślałam. Czego oni szukają? Podeszłam do jednego z panów i grzecznie spytałam, gdzie mam kupić bilet. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wstęp okazał się bezpłatny. 
Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i powiem szczerze, że nie napawało mnie do optymizmem. Skoro wejście jest niepłatne, to i warunki, w jakich żyją zwierzęta na 100% są fatalne. Myliłam się jednak. Wprawdzie naszemu gdańskiemu Zoo to meksykańskie do pięt nie dorasta, ale teren fantastycznie zagospodarowany, czysty, w większości ze sporymi klatkami dla zwierząt – okazał się przepiękny. 
Nie wyjaśniłam, po co było to sprawdzanie plecaków i toreb. Europejczykom wydaje się, że takie kraje jak Meksyk, Salwador, Honduras to kraje zacofane. A tu niespodzianka. W porównaniu z Meksykiem, Polska wypada blado. W naszym trójmiejskim Zoo wciąż muszę się denerwować na głupich ludzi (a może analfabetów?) którzy nie rozumieją napisów „Prosimy nie karmić zwierząt”. 
Standardowo za każdym razem, gdy odwiedzam nasze ZOO, przy klatce z małpami, muszę kogoś napominać, by tego nie robił. W Meksyku postanowili sprawę z ewentualnym karmieniem rozwiązać inaczej. Do Zoo nie wolno wnosić jedzenia, jedynie butelkę wody. Owszem, na terenie znajdują się restauracje, ale strefa gastronomiczna ma osobno wydzielony teren i wszędzie kręcą się pracownicy, którzy pilnują by z tego terenu żadne jedzenie nie zostało wyniesione. I tak problemu z dokarmianiem zwierząt nie ma. Meksykanie mocno zapunktowali u mnie po tej wizycie. Jeśli chodzi o zwierzęta, to większość z nich widziałam już w innych ogrodach zoologicznych, ale i tu natknęłam się na kilka nowości. Okazuje się, że to zoo jest jednym z niewielu, którym jeszcze udało się utrzymać populacje pand wielkich. Ciekawostką był też dla mnie pies meksykański (Xoloitzcuintle), zwany też nagim czy meksykańskim lub psem azteckim. Jest to jedna z wciąż jeszcze żyjących ras prehiszpańskich, której czasy sięgają wstecz, co najmniej trzech tysięcy lat, pamiętając jeszcze rządy Azteków. Muszę przyznać, że jest strasznie brzydki :)(nie udało mi się go jednak sfotografować), ale dzięki tej brzydocie jestem pewna, że znalazłby wielu wielbicieli. 
Fontanna na placu muzeum
Po dziś dzień krąży mnóstwo legend, związanych z tą rasą, m.in. Aztekowie wierzyli, że psy te towarzyszą duszom zmarłych w drodze do Mictlan, czyli azteckiego piekła. Uważali również, że skóra psów pomaga pozbyć się reumatyzmu i daje ulgę w przypadku bólu brzucha. Wszystkie te wierzenia nie przeszkadzały im w konsumowaniu ich mięsa, które było niezwykle cenionym przysmakiem. 
Gdy opuszczałam ogród, zaczęło się w nim właśnie roić. Wejście w parkowe alejki przyprawiło mnie o palpitacje serca. W ciągu zaledwie dwóch godzin zgromadziła się na nich chyba połowa Mexico City. Ledwo przecisnęłam się w stronę muzeum. Najpierw jednak musiałam je znaleźć, co nie było taką łatwą sprawą, zwłaszcza, że wyjście z Zoo było z innej strony niż wejście i stało się to przyczyną mojego lekkiego zagubienia, co oczywiście nie jest niczym dziwnym. 
Meksykańskie Muzeum Antropologii jest ponoć jednym z najważniejszych na świecie. Z całą pewnością jest również jednym z największych, bo żeby obejść je dokładnie z uważnym wczytaniem się we wszystkie informacje, potrzebne byłoby kilka dni, a z moją znajomością hiszpańskiego ze dwa tygodnie. Muzeum już samą konstrukcją i budynkiem robi wrażenie, a także placem głównym, na którym stoi coś na wzór wielkiego parasola=fontanny. Budynek podzielony został na kilkanaście sal. 
W każdej z nich można zapoznać się z pamiątkami, tradycjami, historią poszczególnych kultur meksykańskich: Zapoteków, Majów, Azteków, Misteków i wielu innych. Muzeum zawiera mnóstwo skarbów, m. in. słynną jadeitowo-turkusową pośmiertną maskę z Teotihuacan, której imitację sprzedaje się niemal na każdym rogu w całym Meksyku. Muszę przyznać, że oglądanie zgromadzonych zbiorów było bardzo wyczerpujące. Mózg pracował na najwyższych obrotach, by zrozumieć hiszpańskojęzyczne podpisy, nie wspominając o nogach, które po ponad czterogodzinnym chodzeniu jeszcze przed dojściem do muzeum, już były zmęczone. Kolejne cztery godziny muzealne wykończyły mnie całkowicie. Usiadłam więc na ławeczce na placu głównym i z zachwytem wpatrywałam się w kurtynę wody, ściekającą z jedenastometrowego „parasola”. 
Quetzalcoatl, czyli Bóg Wody
Chciałam by czas się zatrzymał, a tymczasem skurczył mi się  on w tempie ekspresowym. Zostały mi tylko dwa dni w Meksyku i choć Bosque Chapultepec miał jeszcze wiele atrakcji do zaoferowania, ja niestety miałam już, tym razem przynajmniej, z nich nie skorzystać. Następnym razem, powtarzałam sobie, wsiadając do zatłoczonego metra. Bo przecież muszę tu wrócić, prawda?!

czwartek, 11 kwietnia 2013

Mexico
Ale Meksyk!


Canion Sumidero

I feel quite confused about Mexico. It seems to be quite a good place to live. From a tourist point of view, I mean, from my tourist point of view, comparing to Salvador, Honduras or even to Guatemala, Mexico is a country for tourists. And I’m not sure if I like that. 
And it isn’t because of holiday makers who appear in every place where tourist attractions are. Surprisingly, there are more local than foreign tourists. I have some doubts about the atmosphere in this country. It is getting not real. When I visit a country, I want to breathe the same air which local people breathe, I want to eat the same food and see them waking along the streets, doing shopping in the markets, spending their free time, listening to their language and learning. Whereas here, I can see foreigners wandering around. 

Arbol de Navidad
I enter the cafes full of gringos, I look at foreigners having fun in Parque Central, buying souvenirs and selling handmade jellewery and competing with local women carrying children in one hand and scarves, jellewery and handmade belts in the other one. In San Cristobal I feel good as one may feel in gringoland but what I really wanted was a real Mexico. I realised I would have to wait for that kind of Mexico. Maybe my next journey will allow me to see it. Now, I have only two weeks so I chose typical tourist places to see and I can’t complain. It is what I wanted and I must accept it. I can’t say I didn’t enjoy myself here, though. On the contrary, thanks to Muriel and the places I had seen, I really fancied my stay in San Cristobal.
Two weeks is a very short time to see the country and experience its reality. What am I saying ? Seeing the country? It’s enough to see a few interesting places. To see the country, to learn about it, one needs months or even years. I’m running of time so my sightseeing will be intensive. After my horse riding trip, I went to Sumidero Canyon. I was impressed by this place even though the tourists were put on the boats as if it was an assembly line. I was happy like a child when I reached the place where crocodiles live and I could see them. On the other hand, I felt a little bit awkward because I became a part of a tourist machinery, the phenomenon I have been running away from all the time -  from the human expansion and spoiling beautiful wild places.  
Agua Azul

How the crocodiles must feel when they are attacked by tourists with their cameras who want to have even a piece of their tooth photographed. Well, I didn’t manage to have any snaps of them.

The boat trip was 42 km long. It is the length of the river along the canyon, from Chiapas del Corzo to a hydropower plant. The highest wall of the canyon is about 1000 meter high, and the river is 100 m deep (there are some deeper places, too). I have heard a legend about the mass suicide committed by the Indians who jumped into the waters of the river because they didn’t want to be caught by the conquistadores. This story didn’t spoil my amazement of that place. However, I wish I could go on the boat trip alone, with an Indian guide instead of going with crowd of tourists sitting in rows. The bubble has burst.
The next day, I got up at 5 to see another Mayan ruins – Palenque. On my way there, there were two attractions waiting for me. Agua Azul was the first one. It is a complex of 500 small waterfalls, the water of which has a blue colour because of a high mineral content. It was a little bit similar to Semuc Champey but the area was much smaller. There is also one more difference between  Semuc Champey and Agua Azul. Apart from hundreds of tourists, along the road, along the cascades there were stalls with food and souvenirs. They spoiled the atmosphere of that place. I was pushed all the time and encouraged to buy  some souvenirs or food. No magic. No mysticism. Milos Ha Cascade was my second attraction. And again, the situation was the same. The beautiful place spoiled by the overwhelming number of tourists and food stalls. 
Cascada Misol Ha
The ruins in Palenque were the first ones where I saw the crowds of sellers of everything. Like St. Dominic’s Fair. There were plenty of them. If they could, they would put their stalls on the ruins. And I say that again – I understand that those people have to earn money and they take an advantage of the fact that there are tourist attractions in their area. But, I can’t stand that. But what can I do about it? Nothing. I can rebel against the system and stay at home and not to sightsee. But it isn’t the solution to the problem. I chose to take part in this whole play  or….. to start discovering the places undiscovered so far where I could enjoy the silence, imbibing with the fragrance of freshness and the nature, instead if smelling fried chapulinas. I am a poor explorer, so this time I have no choice. If I want to travel and visit new places, I must follow the rules governing the world. 
Palenque
When it comes to the ruins, I  must say they are quite interesting. The guide told us a lot of interesting facts about them. What impressed me most was the fact that there are about thousands of temples hidden in the jungle and the ruins we could see was only the small part of the whole. I could say a word when I learned about the number. They have been raising money to discover new temples. The amount of money needed to do that is enormous and unfortunately, there are no sponsors like Coca Cola or Nestle to discover the ruins in Palenque.

The trip was nice. I decided to come back to San Cristobal because the idea of going to Oaxaca from Palenque for 15 hours didn’t sound tempting. I chose to spend a night in Cristobal and go to my next destination. This time it was supposed to be 12 hours’ journey. The worst 12 hours in my life.
(transl. Ewa Bartłomiejczyk)

Mam mieszane uczucia, co do Meksyku. Wydaje się całkiem dobrym miejscem do zamieszkania. Z turystycznego jednak punktu widzenia i zaznaczam, że tylko i wyłącznie z mojego turystycznego punktu widzenia, w porównaniu z Salwadorem czy Hondurasem, czy nawet Gwatemalą, Meksyk jest niebywale turystycznym krajem. I nie jestem przekonana czy mi to odpowiada. I tu nie chodzi o tłumy wczasowiczów, którzy opanowują wszystkie godne uwagi miejsca, bo nawet więcej niż tych zagranicznych, jest tu tych lokalnych. Chodzi o klimat, który przestaje być prawdziwy. Jadąc do jakiegoś kraju chcę oddychać tym samym powietrzem, którym oddychają miejscowi, jeść to samo jedzenie, przyglądać się jak spacerują ulicami, robią zakupy na targu, spędzają czas wolny, chcę przysłuchiwać się ich językowi i uczyć się od nich, a tym czasem widzę, wędrujących ulicami obcokrajowców, wchodzę do knajpek, wypchanych po brzegi gringos, patrzę jak bawią się obcokrajowcy w Parque Central, jak kupują pamiątki, których sklepy są pełne, a nawet jak próbują zarabiać na ulicy, sprzedając ręcznie robioną biżuterię i prześcigając się w tej sprzedaży z miejscowymi kobietami, dźwigającymi pod jedną pachą dziecko, a pod drugą setki ozdób, szalików i ręcznie robionych pasków. 
Kanion Sumidero
W San Cristobal czuję się bardzo dobrze jak na gringolandię, ale ja chciałam prawdziwego Meksyku. No cóż, zdałam sobie jednak sprawę, że na prawdziwy Meksyk muszę trochę poczekać. Może z następną podróżą będzie lepiej. Teraz mając zaledwie dwa tygodnie, zaplanowałam typowo turystyczny szlak, więc mam, co chciałam i muszę to zaakceptować. Nie mogę jednak powiedzieć, że spędziłam tu niemiło czas. Wręcz przeciwnie, dzięki Muriel i miejscom, które odwiedziłam, pobyt w San Cristobal zaliczam do naprawdę udanych. Dwa tygodnie to niewiele czasu na poznanie innego kraju. Co ja mówię?! Jakie poznanie! To zaledwie obejrzenie kilku intersujących miejsc. Na poznanie kraju, potrzebne są lata, a przynajmniej miesiące. 
Formacja skalna zwana "Arbol de Navidad"
Czas mnie trochę goni, więc w zwiedzaniu przyjęłam dość szybkie tempo. Po przejażdżce konnej, następnego dnia ruszyłam do Kanionu Sumidero. Wrażenie zrobił na mnie ogromne i nawet specjalnie nie przyćmiło go taśmowe wsadzanie tłumów turystów do łódek, których całe stada krążyły po wodzie. Cieszyłam się jak dziecko, gdy wreszcie po odczekaniu swojej kolejki podbiliśmy do miejsca, w którym stacjonują krokodyle i udało mi się jednego z dość bliska zobaczyć. Z drugiej strony muszę przyznać, że czułam się niekomfortowo, bo sama zwiedzając tłumnie, przyczyniam się do tego, od czego chcę uciekać – od ekspansji człowieczej i wdzieraniu się z butami w piękne, nieskażone miejsca. Jak się muszą czuć te krokodyle, którym przez całe dnie, codziennie wjeżdżają intruzi i atakują fleszami, byle tylko uchwycić choćby kawałek zęba. No cóż, mi się nie udało uchwycić niczego. 
Kapliczka w jednej ze skał kanionu
Przepłynęliśmy łódką trasę ok 42 km, bo tyle liczy rzeka wzdłuż kanionu od miasta Chiapas del Corzo do hydroelektrowni. Najwyższa ściana kanionu sięga wysokości tysiąca metrów, a woda w tym miejscu osiąga głębokość 100 metrów, choć na trasie znajdują się i znacznie głębsze miejsca. Słyszałam nawet niejaką legendę o zbiorowym samobójstwie, popełnionym tu przez Indian, którzy rzucili się w głąb kanionu nie chcąc poddać się konkwistadorom. Nie zabiło to jednak mojego zachwytu i choć w pewnym momencie słońce zaszło całkowicie, zerwał się wiatr i zrobiło się trochę mrocznie, mój entuzjazm dla tego miejsca wciąż nie słabł. Szkoda tylko, że nie mogłam tego kanionu przepłynąć na łódce wraz z indiańskim przewodnikiem, zamiast z tłumem, usadzonych grzecznie w rzędy turystów, tak część magii szlag trafił. Następnego dnia zebrałam się o piątej rano, by o szóstej ruszyć do kolejnych ruin Majów – do Palenque. 
Wodospad Agua Azul
Po drodze czekały jeszcze na mnie dwie inne atrakcje. Pierwsza była Agua Azul, czyli około 500 małych wodospadów, które dzięki dużej zawartości minerałów nabrały przepięknego niebieskiego koloru. Trochę przypominały mi Semuc Champey, ale rozciągały się stanowczo na znacznie większym terenie. Jest jeszcze jedna różnica pomiędzy Agua Azul i Semuc Champey. Pomijając setki turystów w Meksyku, tu również na całej długości drogi, wzdłuż kaskad oprócz błękitnej wody, ciągnęły się również stragany z pamiątkami i z jedzeniem. Znów psuło mi to okropnie przyjemność z napawania się pięknym widokiem. Nastrój niszczyły, co chwilę potrącania i pytania czy aby na pewno nie chcę kupić naszyjnika albo pierogów z nadzieniem. Zero mistycyzmu i magii. 
Agua Azul
Podobnie niestety było przy kolejnej atrakcji Kaskadzie Milos Ha, choć pod względem urody, to miejsce również mnie olśniło. Palenque były pierwszymi ruinami, w których widziałam…takie tłumy sprzedawców wszystkiego. Normalnie jak u nas w trakcie Jarmarku Dominikańskiego. Rozkładali się ze swoimi dobrami niemal na samych piramidach. Na każdym kroku było ich mnóstwo. I znów się powtórzę, bo choć rozumiem, że ludzie muszą zarabiać i wykorzystują to, że w ich terenie znajduje się coś wartego zobaczenia przez turystów. Ale ja jakoś nie mogę tego ścierpieć. Tylko, co ja mogę zrobić? Nic. Mogę jedynie się uprzeć i stwierdzić, że w takim razie to ja siedzę w domu i już nic więcej nie zwiedzam. Nie, ale tak być nie może. 
Kaskada Misol Ha
Zostaje mi jednak uczestniczyć w tym całym spektaklu albo… zacząć odkrywać miejsca jeszcze nieodkryte, którymi będę mogła się cieszyć w ciszy i skupieniu i w samotności, wdychając zapach świeżości i przyrody, a nie smażonych na głębokim tłuszczu chapulinas. Jako że jednak marny ze mnie odkrywca, pozostaje mi jedna opcja. Chcę jeździć po świecie i zwiedzać? To muszę się dostosować do rządzących tym światem reguł. Jeśli chodzi zaś o same ruiny, to muszę przyznać, że całkiem ciekawe. Przewodnik opowiedział sporo. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił fakt, że to, co my widzieliśmy to zaledwie maleńka cząstka, około tysiąca świątyń wciąż ukrytych jest w dżungli. Ta liczba naprawdę sprawiła, że zaniemówiłam. Nieustannie trwa zbiórka pieniędzy na odkrycie kolejnych świątyń. 
Palenque
Są to jednak kwoty ogromne i mimo takich sponsorów jak Coca cola czy Nestle wciąż brakuje wiele, by rozpocząć prace nad odkrywaniem kolejnych partii ruin w Palenque. Wycieczka była fajna. Zdecydowałam się na wersję dojazd do i powrót, ponieważ przerażał mnie ponad 15 godzinny dojazd z Palenque do Oaxaca. Wolałam wrócić do San Cristobal, tam spędzić noc i ruszyć w kolejne miejsce tylko w 12 godzin. Choć było to dwanaście niemal najgorszych godzin w moim życiu.