sobota, 2 lutego 2013

Bicycle tour
Hej ho, hej ho, rowerem by się jechało…




Heigh-ho, heigh-ho…….. it’s on the bike I see the world

Huehuetenango wasn’t the end of my weekend explorations. I decided to spend Sunday in a more active way. I rented a bike as I was fed up with chickenbuses. It was a great idea. I have almost forgotten how great it is to ride a bike. The owner of the rental agency drew me a map of the area to help me not to get lost. The plan included sightseeing the nearby towns and villages and coming back to Xela. Piece a cake! My tendency of getting lost worried me a little bit but I knocked on wood and set off. I wanted to visit San Andres Xecul situated about 19 km from Xela.
The town is famous for its amazing church. While I was approaching San Andres, I was dazzled by the yellowness of the dome in the distance. It turned out it had been the church I was going to visit. Its walls were decorated with various colourful flowers, rambling grapevines and the statues of angels. Blue, red and yellow were main colours which ruled on the walls of that temple. Of course, I had a bad luck as I reached the church just before the beginning of a two hour mass so 
The Church in San Andres
I couldn’t see its interior. Although Guatemalan people are not tall and I could see the priest standing at the altar and the opalescent statue of Christ hanging on the cross, the crowd was quite big and there was semi-darkness (the interior was only candle-lit) so it was impossible to see the aisles. I had a stroll around the town. Well, frankly speaking, it was rather like a rock climbing. With the bike on my back, I climbed up the steep streets as the town is situated on the hill and you must have a really good stamina and  fitness to move from one place to another. That is why, I can’t understand why almost every Guatemalan woman is so plump if they have to do such amount of walking every day. 
There is a second church on the very top of San Andres. A smaller version of the first one. Next to it, there is a holly Mayan site where many ceremonies take place. I was lucky enough to be a witness of one of them. But I wasn’t  impressed much by this fact as I had seen bigger and more magnificent ceremonies in Tikal. There were two men kneeing. One of them, the master of the ceremony, having finished his praying, started devouring his lunch and at the same time, he took people’s thanks for performing the ceremony. No magic, no mysticism, pure ordinariness of life.  
I tried to kill the time waiting for the end of the mass. I wandered around the town (there weren’t many places to see), gazed at the ceremony, took a few photos and had a chat with locals. It took me about 40 minutes but the mass was still in progress so I gave up and continued my bike trip. I must say I didn’t have any problems with going to San Andres. 
The map was great. I knew I would go to another place easily with its help. I don’t know how it could happen but…. I had lost my precious map. I kept holding it in my hands all the time. Well, I had taken a photo of it but.... I have recalled that fact just now while I am uploading my photos :). Up with my intelligence! The route wasn’t supposed to be complicated and it was so. A few kilometres from San Andres there was Salcja, a place recommended by Lonely Planet. There wasn’t much to see there,  expect for one church dated from 1524 (but not so colourful as the church I saw in San Andres). There was a lazy, drowsy Sunday afternoon in the town. This place is famous for producing two types of alcohol. Rompopo is great. I had already tryied it in San Pedro. Although it was prepared by an American guy that is Steve, I think it was as good as the one produced in Salcaja. Caldo de fruta is the second alcoholic beverage from this place. It is similar to ponche but much more stronger. 
Minerwa Plaza in Xela, near Zoo
Unfortunately, all the shops were closed at the time I was there so I couldn’t buy anything to taste. Maybe, it’s better for me.
I cycled 40 km and I felt quite tired. Well, most of the route led through the hilly area and my bike didn’t have working gears what made pedalling more difficult.
I didn’t let my tiredness take control over my body and decided to see Xela from the bike perspective – much faster, more practical and interesting than on foot. I wanted to see the Zoo. It cost 2 Q (about 1zł). I think somebody should explain the authorities of the zoo that it would be better to charge more money for the admission. Thanks to that they could provide the animals with better living conditions. The zoo made me terrified. It was quite big but most of its grounds were used as a picnic square. The rooms for animals were squeezed on a very limited area. 
The monkeys had the best place to live and the sheep and pigs had the biggest living space. When I saw the cages for a lion and a tiger, I felt like crying. The animals were squeezed in the cages 2 m wide and 3-4 meters long. The living conditions were terrible. But nobody cared about that. Everybody was having a good time. For local people, the Zoo is a place where they can spend time with their families, have a picnic and play with their children. They don’t treat animals with respect and don’t care about their lives. You can see hundreds of stray dogs roaming and prowling the rubbish container trying to find something to eat. 
The zoo ended my bike trip. After cycling 70 km, I gave my bike back to the rental agency and I went back home to have a well-earn rest.

Weekend na Huehuetenango się nie skończył. Niedzielę postanowiłam spędzić jeszcze bardziej aktywnie, a że dnia poprzedniego chickenbusy wyprowadziły mnie z równowagi, postanowiłam liczyć na siłę własnych nóg i wypożyczyłam rower. I muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę. Zapomniałam już niemal jak fantastycznie zwiedza się z poziomu siodełka rowerowego. Właściciel agencji, z której pożyczyłam rower, narysował mi dokładną mapkę, bym nie pogubiła się w docieraniu do celu. Miałam zrobić rundkę po okolicznych miejscowościach, w sumie dwóch, i wrócić okrężną drogą z powrotem do Xeli. Proste jak drut. Miałam pewne obawy związane z moją umiejętność gubienia się, ale odpukałam w niemalowane i ruszyłam w drogę. Chciałam odwiedzić miasteczko San Andres Xecul, oddalone o jakieś 19 km od Xeli. 
Krzyż na początku miasteczka San Andres
Miasteczko słynie z niezwykłego kościoła. Już z daleka, gdy dobijałam do brzegów, niemal oślepiła mnie już z daleka żółta budowla. Okazało się, że to właśnie ów, poszukiwany przeze mnie kościół, ozdobionego licznymi barwnymi kwiatami, pnącymi się winoroślami i równie kolorowymi figurami aniołów. Niebieski, czerwony i żółty to ulubione kolory tego świętego przybytku. Oczywiście miałam fantastycznego pecha, o ile pech może być fantastyczny, ponieważ idealnie dotarłam do miasteczka z chwilą rozpoczęcia się, trwającej prawie dwie godziny mszy. 
Kościół w San Andres
Nie wiem czy oni normalnie w niedzielę tyle się modlą czy tylko z jakiejś specjalnej okazji, nie mniej jednak uniemożliwiło mi to obejrzenie kościoła od wewnątrz. Wprawdzie Gwatemalczycy nie są zbyt wysocy i mogłam dostrzec księdza, stojącego na końcu tego rozkosznego przybytku oraz, mieniącego się licznymi barwami Chrystusa, wiszącego na krzyżu, ale jednak tłum był dość spory, a ponadto w kościele oprócz choinkowych światełek i świec, nie użyto innego oświetlenie i w związku z tym boczne obejścia były nie do dostrzeżenia. 
Ozdoby kościoła
Przespacerowałam się po miasteczku, a właściwie pouprawiałam wspinaczkę skałkową z rowerem pod pachę, bowiem miejscowość znajduje się na wzgórzu i to dość stromym, i dojęście gdziekolwiek wymaga naprawdę niezłej kondycji i wysiłku i tym bardziej nie rozumiem, dlaczego niemal wszystkie Gwatemalki są tak okrąglutki, skoro tyle muszę się nachodzić. W San Andres oprócz głównego kościoła, jest drugi mniejszy, umieszczony na samym szczycie miasteczka. Taka miniaturka tego pierwszego. Obok niego znajduje się święte miejsce Majów, w którym odbywają się liczne ceremonie. 
Mały kościółek
Trafiłam na jedną z nich, choć dla mnie to już żadna nowość nie była, bowiem znacznie okazalsze ceremonie miałam możliwość oglądać, choćby w Tikal. Tu było jedynie dwóch klęczących facetów, z których jeden, mistrz ceremonii, po robocie, niczym facet na budowie, wyciągnął drugie śniadanie i zaczął je najzwyczajniej w świecie konsumować, przyjmując podziękowania za przeprowadzenie ceremonii. Zero magii, mistycyzmu, zwykła głodna proza życia. 
San Andres
Próbowałam zapełnić sobie jakoś czas, czekając na koniec mszy, jednak po obejściu miasta (nie było wiele do obchodzenia), pogapieniu się na ceremonię, popstrykaniu zdjęć i pogaworzeniu z miejscowymi, upłynęło zaledwie 40 minut. Poddałam się i ruszyłam dalej. Muszę się pochwalić, że dostałam się do San Andres bez problemów. Mapka został świetnie narysowana. Wiedziałam, że z jej pomocą dalej dotrę bez problemu do kolejnej miejscowości. Tyle że w niewiadomych okolicznościach…zgubiłam mapę. 
Moja mapa
Nie mam pojęcia, jakim cudem, bowiem cały czas dzielnie dzierżyłam ją w dłoni. Wprawdzie zrobiłam jej wcześniej zdjęcie, ale przypomniałam to sobie dopiero przed chwilą, gdy przeglądałam zdjęcia do wstawienia na blog  Niech żyje inteligencja! Droga miała być jednak prosta i faktycznie była. Kilka km dalej znajdowało się miasteczko Salcaja, rekomendowane przez Lonely Planet. Oprócz kolejnego kościoła, tyle że nie tak kolorowego, za to datowanego na 1524 rok, nie było tam wiele do oglądania. W miasteczku panowała senna, niedzielna atmosfera. Miasteczko słynie z produkcji dwóch alkoholi. Rompopo, który muszę przyznać jest genialny. I choć próbowałam go w wersji, zrobionej przez Amerykanina, czyli Stevena jeszcze w San Pedro, to nie sądzę, żeby ten z Salcaja mógł być lepszy. Drugim jest caldo de fruta. Ponoć jest podobny do wspominanego przeze mnie ponche, tyle że jest dużo mocniejszy. 
Plac Minerwy w Xeli, koło Zoo
Sklepy wszystkie były jednak o tej porze zamknięte, dlatego nie mogłam zakupić niczego na spróbowanie. Może to i lepiej. Te czterdzieści kilometrów, które zrobiłam, aż wstyd przyznać, trochę mnie zmęczyły. Ale w sumie większość drogi pokonywałam, jadąc pod górę, na rowerze, który nie posiadał przerzutek, tzn. teoretycznie posiadał, ale z praktyką było już gorzej. Nie dałam się jednak i postanowiłam pozwiedzać jeszcze na rowerze samą Xelę - znacznie szybciej, praktyczniej i ciekawiej niż na piechotę. 
Zaciekawiło mnie tutejsze Zoo. Kosztowało aż całe 2Q, czyli niecałą złotówkę. I myślę, że ktoś powinien im wytłumaczyć, że lepiej żądać więcej za wstęp, by mieć pieniądze na utrzymanie w tym miejscu porządku, a przede wszystkim, by móc zapewnić zwierzętom godne warunki. Zoo trochę mnie przeraziło. Teren spory, ale większość stanowił plac piknikowy dla rodzin, których tego dnia w tym miejscu nie brakowało. Kilkanaście pomieszczeń dla zwierząt zostało zebranych zaś na niewielkim obszarze. 
Najlepszy teren, choć nie oznacza to, że duży, miały małpy, a największy owce i świnie. Serce mnie jednak ścisnęło, gdy zobaczyłam klatkę dla tygrysa i lwa. Każdy z nich gnieździł się w pomieszczeniu 2 na 3-4 metry. Warunki koszmarne, aż żal było patrzeć, co nie przeszkadza jednak tutejszym ludziom świetnie spędzać czas. Tak zwany Park Zoologiczny stanowi tu bowiem tylko dodatek do niedzielnego spędzenia czasu z rodziną, piknikowania na trawie i zabawach na placu zabaw. Gwatemalczycy nie traktują chyba zwierząt zbyt poważnie, nie przejmują się ich dolą, co z łatwością można zauważyć na ulicach, po których błąka się dziesiątki, jak nie setki bezdomnych psów, które grasują całymi bandami po śmietnikach, próbując znaleźć coś do zjedzenia. Zoo zakończyło moją rowerową wędrówkę. 
Po zrobieniu tego dnia około 70 km odprowadziłam i rower i siebie na zasłużony odpoczynek.