Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zoo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zoo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2013

Start of serbian adventure
Początek serbskiej przgody

Translation in progress

– Czy Pani koleżanka przekazała pani wizytówkę – pytam rano kobietę siedzącą w recepcji, która nie jest tą z poprzedniego wieczora.
Spogląda na nas wielkimi oczami, nie rozumiejąc ani słowa. Próbujemy od innej strony, ale kobieta zaczyna do nas mówić po serbsku. Teraz my nic nie rozumiemy. Dogadać się nie idzie. Próby porozumiewania się za pomocą obrazków, na migi również na nic się zdają. Mało brakowało a zaczęłabym używać pisma klinowego. Zrezygnowane ruszyłyśmy po Armanda, chcąc zatrudnić go, jako tłumacza. Nasz nowy znajomy świetnie się w tej roli sprawdził. Niestety kobiecina nie ma pojęcia, o jaką wizytówkę chodzi, o jakiego właściciela hostelu i o jakie podwiezienie do granicy.
No to leżymy!
Bo pojawił się problem w postaci przedostania się na serbską stronę. Przez granicę absolutnie nie można przejść na piechotę. Trzeba mieć cokolwiek, co by jeździło, choćby i hulajnogę.
Armand mógł nam pomóc z przekroczeniem granicy, ale dopiero w poniedziałek. My jednak nie chciałyśmy już tracić dnia. Ruszyłyśmy same, licząc, że jednak jakoś nam się uda. Już po chwili jechałyśmy samochodem z sympatycznym chłopakiem, z którym mogłam popraktykować w końcu mój hiszpański. Postanowił nam po prostu pomóc, bo i tak nie miał nic innego do roboty, a do granicy było zaledwie 14 km.
– Za granicę was jednak przewieźć nie mogę – powiedział, wyciągając z bocznej kieszeni samochodu wielkiego jointa. – Mam nadzieję, że nie będzie wam przeszkadzało, że zapalę?
Gamzigrad

Przełknęłam głośno ślinę i cieniutkim głosem wydałam z siebie dźwięki, które miały brzmieć jak „Nie, nie będzie”. Ale cholernie przeszkadzało, bo nie lubię jeździć z nietrzeźwymi osobami. Wiedziałam jednak, że to zaledwie 14 km. No i była niedziela, czyli jeszcze mniej samochodów na drodze niż zwykle. Zacisnęłam więc zęby, modląc się, by na tych zakrętach nie wyrżnął w jakąś skałę. Gdy już odzyskałam głos, a chłopak ujrzał malujące się na mej twarzy przerażenie, wyjaśnił mi, że nie mam się czym przejmować, bo on codziennie od piętnastu lat już pali, ale tylko jednego dzienne. Nie pocieszyło mnie to specjalnie.
Chłopak wysadził nas przy granicy żywe. Wytłumaczył coś celnikowi, który wzruszył jedynie ramionami, dając do zrozumienia, że możemy sobie robić, co chcemy, ale na piechotę granicy i tak nie przekroczymy, choćbyśmy miały tu tydzień biwakować.
Rozsiadłyśmy się na krawężniku i wystawiłyśmy kartkę z napisem Belgrad. Szału na granicy nie było. Liczyłam się z tym, że spędzimy kolejną noc w Rumunii.
Po około piętnastu minutach podszedł do nas strażnik graniczny. Pokazałyśmy mu karteczkę z napisem Belgrad. Machnął ręką, nakazując czekać i zniknął. Widziałam jak przesuwa się między stojącymi na poboczach samochodami i zagląda do okienek. Po chwili wrócił, wzruszył ramionami, co odczytałam, jako: „Niestety nikogo nie mogę znaleźć” i zaczął zatrzymywać nadjeżdżające samochody. Po pięciu minutach już siedziałyśmy w jednym z nich. Widać było, że kierowca nie jest specjalnie zadowolony z takiego obrotu sprawy. Zostałyśmy mu po prostu do samochodu wepchnięte, ale cóż – służbom mundurowym się nie odmawia.
Ten sam strażnik podszedł do okienka celnego równo z naszym podjazdem i wytłumaczył mężczyźnie w okienku, że jesteśmy turystkami i ci sympatycznie państwo nas tylko przewożą przez granicę, przynajmniej tak zrozumiałam, bo usłyszałam słowo „turisty”. Pan w okienku uśmiechnął się pod nosem, obejrzał mój wypieczętowany paszport i oddał bez słowa.
Stanęłyśmy na serbskiej ziemi.
No właśnie stałyśmy w Serbii, zamiast po niej podróżować. Strażnik wskazał nam kierunek, w którym miałyśmy łapać stopa. Tylko jak łapać jak tam nic nie jedzie?! Totalna pustka. Czekamy.
Przejeżdża jeden samochód, ale reszta mknie w odwrotnym kierunku. Po godzinie zaczynamy się zastanawiać, co robić. Jak tu zostaniemy na noc, to nawet nie ma gdzie się rozbić. Zresztą, jakie na noc?! Do Belgradu mamy zaledwie 270km. Przecież to nic. Góra cztery godziny i powinnyśmy być na miejscu. Idę do tirowców po radę. Niestety żaden z nich nie jedzie w naszym kierunku, ale upewniają mnie, że jak do Belgradu, to łapiemy w dobrym kierunku. Tylko, że ta rada nas nie urządza, bo wciąż nic tam nie jedzie.
Ulice Belgradu

Przyglądamy się naszej mapie i kombinujemy, żeby jednak pojechać może trochę na około. W przeciwnym kierunku więcej samochodów jeździ, choć też szału nie ma. Aga łapie z jednej strony, a ja na wszelki wypadek czekam po drugiej. Koło mnie przejeżdża samochód i jedzie w stronę mojej towarzyszki, ale mija ją. Za chwilę widzę, że zawraca i znów staje przy Agnieszce, która kiwa na mnie ręką. Plecak w ręce i w nogi. W środku sympatyczna starsza para, mówiąca po angielsku. Serbowie, ale z Australii. Jadą tylko kawałek, ale zawrócili, by podwieźć nas na główną drogę. Cieszymy się, że będzie lepiej i że wydostałyśmy się z kłopotów. Nic z tego jednak. Na tej głównej drodze też prawie nic nie jeździ. Znów kwitniemy i zaczynamy zapuszczać korzenie. Nawet trochę zaczynamy się martwić. No Rumunia to to nie jest.
Po jakimś czasie zatrzymuje się samochód. Aga podbiega, by zapytać czy to dla nas. Wychodzi z niej starszy mężczyzna, drugi zostaje w samochodzie. Aga zaczyna się produkować w języku angielskim, a ten tylko wpatruje się w nią. Nic dziwnego. W końcu ładne dziewczę z anielskimi blond włosami i równie anielskimi niebiesko-zielonymi oczami – coś, czego w Serbii nie mają. I nagle zaczyna dotykać jej twarzy. Niestety tej części akurat nie widziałam, bo chyba bym facetowi „lutnęła” między oczy. Aga podbiega do mnie i mówi, co się stało. A facet zaraz za nią. Ale jakiś taki dziwny był i zaczęłam się sama trochę go obawiać. Machnęłam na niego, że ma sobie iść i że nawet z nim nie będziemy gadać. Odjechał. No, ale my dalej bez pojazdu i dalej na wygwizdowie. W końcu po około półtorej godziny zatrzymuje się terenowy samochód. I oczywiście, kto? Rumuńska para. No, kto inny może zatrzymać się, by zabrać nas ze sobą, jeśli nie mieszkaniec Rumunii.

Para jedzie tylko na wycieczkę do Gamizgradu – słynnych w Serbii ruin, które znalazły swoje miejsce na liście UNESCO. Też chciałyśmy tam jechać, ale patrząc na stan dróg, czyli na ich pustkę, stwierdziłyśmy, że nie jest to najlepszy pomysł. Mężczyzna kombinuje jakby tu nam pomóc. Zaczepia kogoś przy drodze i okazuje się, że chyba najlepszym rozwiązaniem będzie udanie się z nimi do Gamzigrad.

– Może tam znajdziecie jakiś turystów z Belgradu, którzy zabiorą was ze sobą. W końcu to niedziela, więc tam pewnie tłumy – tłumacz nasz kierowca.

W sumie racja. Jedziemy, a ja cieszę się, że dzień nie będzie całkiem zmarnowany, bo coś oprócz nawierzchni ulic jeszcze zobaczymy.
Na parkingu Gamzigradu tłum ograniczył się aż do sześć samochodów, z czego ze cztery miały rejestrację z Belgradu. Zaczepiamy po kolei wszystkich. Część nie wraca do stolicy, a przynajmniej tak twierdzą. Dwa samochody przyjechały tu wspólnie, ale są całkowicie zajęte. Widząc jednak naszą beznadziejną sytuację, postanawiają nas chociaż podwieźć do lepszej drogi przy stacji benzynowej.
Twierdza Kalemegdan

Poszłyśmy więc zwiedzać. Ja już tyle ruin widziałam w swoim życiu, że chyba mi wystarczy. Stwierdzam też z czystym sumieniem, że to, iż coś znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, niekoniecznie musi być przeze mnie zobaczone. Obeszłyśmy ruiny dość szybko i usiadłyśmy przy samochodach w oczekiwaniu na naszą rodzinkę. Rozlokowali nas każdą w osobnym samochodzie i ruszyliśmy. Ja trafiłam do młodszego towarzystwa, z którym bardzo szybko się dogadałam. Aż żal było mi ich opuszczać po tak krótkim czasie.
Na głównej drodze, która miała być rzekomo zapełniona autami – pustka.

– Nie ma szans byśmy dziś dotarły do Belgradu – „czarnowidziałam”.

Znów godzina postoju i zabiera nas sympatyczny chłopak, który koniecznie zaprasza nas jeszcze na kawę do swojego miasteczka. Rezygnujemy, bo godzina jest późna, a przed nami wciąż blisko 200 km. W takim tempie to my do świąt byśmy chyba nie dojechały. Znów wysiadamy przy stacji benzynowej i znów kolejna godzina oczekiwań i kolejny samochód. Zaczynam wierzyć, że w końcu krok za krokiem, może o północy, ale dotrzemy. Blisko 80 km przed stolicą ostatni raz zmieniamy samochód. Nawet za długo na niego nie czekamy. Zabiera nas sympatyczny chłopak, który jedzie za stolicę, ale postanawia nas gdzieś podrzucić na dworzec autobusowy w Belgradzie. Trochę kicha, bo oczywiście nie mamy żadnych serbskich pieniędzy i nawet na bilet autobusowy nas nie stać, ale postanawiamy się martwić na miejscu. Pech nas jednak nie opuszcza, bo te 80km jedziemy w przerażająco wolnym tempie. 
Knajpka w centrum

Jesteśmy na autostradzie, a samochód pędzi z zawrotną prędkością 70km/h. Chłopak przeprasza nas za to, tłumacząc, że to stary samochód i mu ciągle nawala, ale po prostu nie stać go na inny. Najważniejsze, że przemy do przodu. Poza tym, gdyby mógł rozwinąć większą prędkość, to nawet by nas na tej autostradzie nie zauważył, a tak przynajmniej miał szansę się zatrzymać. Zivojin w końcu się nad nami lituje i postanawia podrzucić nas pod sam hostel. Widzę, że jest trochę zły, błądząc ulicami Belgradu, których sam nie zna, no, ale sam się zaoferował, więc nic nie mówi. Wysadza nas w końcu w centrum i oddaje pod opiekę przypadkowo napotkanego Vitora. Zaczepia go pytaniem o hostel i z ulga oddaje w jego ręce. Po prawie dziesięciu godzinach podróży (przejechaniu o, zgrozo zaledwie 280 km!) jesteśmy na miejscu. To był naprawdę ciężki dzień. Całe szczęście, sześcioosobowe dormitorium mamy tylko dla siebie.
 
Kalemegdan
Wstałam znów półprzytomna i dzień, który miałyśmy poświęcić jedynie na odpoczynek, w pierwszej kolejności spędziłyśmy na poszukiwaniu nowego hostelu. Ten, w którym byłyśmy, czyli „Big Hostel” okazał się dla nas za duży. No, cóż. Po samej nazwie mogłyśmy się domyślić, że skoro w nazwie jest „big” to do małych nie będzie należał. Zaczęłyśmy więc błądzić z mapą po ulicach. Jak można błądzić z mapą, zastanawiacie się? Ależ można i to wcale nie zależało od naszych umiejętności czy niekompetencji, ale tego, że nazwy ulic na mapach były napisane znanym nam alfabetem, ale już do nazw ulic w mieście używano cyrylicy.
Wreszcie jakimś cudem znalazłyśmy mały rodzinny Star Hostel. Od pierwszego dnia dało się zauważyć, że do czystości to Serbowie specjalnej uwagi raczej nie przywiązują i przyznam szczerze, że taki hostel w Polsce nie miałby szans istnieć. Ale my szukałyśmy najtańszego, więc miałyśmy za co płaciłyśmy.
Oryginalne menu w sympatycznym pubie

Aga postanowiła totalnie odpoczywać. Ja wiedziałam, że i tak całego dnia „nicnierobienia” nie wytrzymam, więc wybrałam się do ZOO i na twierdzę Kalemegdan. ZOO trochę fajne, ale trochę przygnębiające. Podobało mi się ze względu na dużą ilość przepięknych dużych kotów. Przygnębiało ze względu na panujące tam warunki. Pogoda też robiła swoje, bo zamiast słońca, cały czas siąpiło z nieba. Ten dzień to był jednak dzień relaksu. Aga nabrała trochę sił, by następnego dnia móc połazić po mieście i poznać je trochę dokładniej. Belgrad nas jednak nie omamił i nie oszołomił. Niby wiele osób mówi, że miasto, to ludzie, że trzeba do nich wyjść, pójść do knajp, klubów. Ale ja uważam, że miasto to miasto i albo się podoba, przyciąga, bo ma coś w sobie, albo nie. Wiele miejsc mnie oczarowywało od pierwszego wejrzenia nie tylko swoją urodą, ale i klimatem. W Belgradzie nie czułam ducha. Niby twierdza Kalemegdan bardzo ładna i ciekawa. Niby serbskie Montmarte, czyli dzielnica Skadarlija przepiękna, niby ładny parlament, ciekawa największa w Europie synagoga, niby zaludniony i pełen życia deptak Knez Mihailova, ale wszystko jakieś takie bezbarwne. Sporo po tej stolicy się spodziewałam, zwłaszcza czytając zachwyty nad jedną z najpiękniejszych stolic Bałkanów i może, dlatego rozczarowanie urosło do takich rozmiarów. Zamiast więc zostawać jeszcze jeden dzień dłużej ruszyłyśmy  dalej. Mimo niezbyt dobrych przeczuć Agnieszki, której Serbia coś nie przypadła do gustu.
Belgradzki Montmarte

Na naszej serbskiej liście znajduje się piętnaście pozycji, czyli piętnaście miejsc, które chciałybyśmy zobaczyć. Ograniczamy listę do miejsc, które koniecznie musimy zobaczyć. Zostaje sześć miejsc: miasteczko „retro”, czyli Waljewo, cudny domek na Drinie (Kucica na steni), tzw. Disneyland Emira Kusturicy, czyli Drvengrad, przejazd kolejką, tzw.”8” w Mokrej Górze. Miasto Diabła i Kanion Uvac. I tak wiemy, że na dotarcie do tych kilku miejsc potrzebujemy bardzo wiele czasu.
Opuszczamy Belgrad w deszczu. W miarę łatwo i szybko udaje nam się dotrzeć do Waljewa. Nie ma tam niczego ciekawego. Absolutnie niczego. A retro? Bo małe odrapane domki i brukowane uliczki? Może. Wrażenia to nie robi i zaliczam to miejsce do przereklamowanych. Zaczynam się obawiać, że żadne z miejsc nie spełni naszych oczekiwań.

– Żadnych więcej miasteczek – mówi Aga.
– Żadnych – obiecuję.

Zostało nam tylko miasteczko Kusturicy, ale to inna bajka. Tak samo jak nasza podróż do domku na Drinie – to też inna bajka. Bajka, w której dobra wróżka okazuje się wiedźmą.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Hungarian golash
Węgierski gulasz, czyli łódzki misz-masz

Translation in progress

Największym problemem jest moje gadulstwo. Ale tylko to na papierze. Chociaż w sumie może to w realu czasami też. Chodzi o to, że chciałabym napisać o wszystkim i że wciąż za dużo mam do powiedzenia, więc może lepiej byłoby czasami milczeć? 
Ten wstęp jest po to, by wyjaśnić, dlaczego ten post będzie miał delikatny posmak gulaszu. Trochę tego, trochę tamtego. Będą zwierzęta, jedzenie, ciekawe spotkanie i fascynujący ludzie. I węgierski „misz masz” gotowy.
Piotrkowska
Początkowo miało być tylko o niezwykle konstruktywnym spotkaniu, w którym wzięłam udział, a ponieważ odbywało się ono w Łodzi, to i ta Łódź na moje kartki cały czas się zakradała i nie mogłam jej od tak, zlekceważyć. Zresztą może i dobrze, że nie będzie tylko o warsztatach, bo spotkanie było poniekąd tajne;), a konkretnie to, o czym na nim rozmawialiśmy. Ale może zacznę po kolei i od początku jak na uporządkowanego człowieka przystało (dobrze, że nie słychać śmiechu odnośnie tego „uporządkowanego”)
Zaczęło się od Łodzi, a jak mówią moi przyjaciele „Łódź to nie miasto, to stan umysłu”. I pewnie coś w tym jest. Pomijając jednak rozważania skąd to powiedzenie odnośnie Łodzi się wzięło w naszym otoczeniu (mój stan umysłu tym razem był w nienaruszonym i zupełnie „jasnym” stanie, choć co nieco może zachwianym przez emocje związane z długo wyczekiwanym przeze mnie koncercie), muszę przyznać, że Łódź urzeka mnie. Pewnie to zdziwi wielu mieszkańców miasta, którzy narzekają, że jest brzydko, szaro i w ogóle nic tu się nie dzieje.
Mural przy Piotrkowskiej
Co do urody to trudno debatować nad czymś, co jest względne. A piękno niezaprzeczalnie takie jest. I dla mnie Łódź jest piękna i na pewno ma ogromny potencjał, by piękną stać się dla szerszego grona. Można stwierdzić, że jest trochę takim brzydkim kaczątkiem, ale jeszcze trochę inwestycji i zamieni się w cudnej urody łabędzia, któremu będą padały do stóp setki tysięcy osób(będą padać do jej stóp, zamiast z niej wypadać).
Lubię ładne przedmioty i miejsca, ale takie nieskazitelne bywają często nudne, bez wyrazu. Ja uwielbiam kraje arabskie. Lubię ten syf na ulicach, który tworzą walające się wszędzie śmieci. Lubię spacery po targu, które nieraz mogą przyprawiać o wymioty smrodem padliny. No, cóż, może dziwna trochę jestem, że wolę brud, syf i malarię autentycznych dzielnic arabskich niż krystaliczność wysprzątanych i wypolerowanych chodników w turystycznych gettach typu „Szarm el szejk”. Dla mnie piękne jest to, co jest prawdziwe. Więc mogą i być te zrujnowane dzielnice i odrapane mury, a ja będę się upierać, że Łódź jest piękna. Chociaż kto wie czy nie mówiłabym tak samo, gdybym, na co dzień musiała je oglądać, a nie tylko z doskoku?
Reklama Agory na Piotrkowskiej
W Łodzi jest klimat i choć Piotrkowską zastałam totalnie rozkopaną, nie przeszkodziło mi to w zachwycaniu się częścią odnowionych budynków i tych zniszczonych, przedstawiających obraz niemal powojennych zdjęć. Piękno nie musi być błyszczące, gładkie, symetryczne, odnowione. Najpiękniejsze przecież są twarze, które noszą ślady przeżytych emocji, setek godzin śmiechu, ukrytych w kącikach oczu czy też trudnych chwil, odcinających się poziomą krechą na czole. Tak samo jest z budynkami, które niosą ze sobą historie. Nie znam ich wprawdzie, ale mogę je sobie do woli wymyślać i w tym też jest jakaś magia, nawet, jeśli czasem trochę śmierdząca i odrapana. Ale mimo wszystko piękna
Niesamowita Manufaktura
Łódź zaskoczyła noclegiem. Już od pierwszych chwil zachwycił mnie hostel (Music Hostel przy Piotrkowskiej), w którym zarezerwowaliśmy pokój. Przyznam, że jeden z lepszych, w jakich kiedykolwiek nocowałam. Potem szaleństwo na koncercie, nocne wędrówki z przyjaciółmi już znanymi i z tymi nowo poznanymi jak chociażby z Vladem, u którego na pewno w niedalekiej przyszłości będę gościć (dobrze mieć kogoś znajomego w Kijowie), a potem te dzienne, wypełnione niesamowitymi muralami i zwierzętami z łódzkiego ZOO, a zakończone na późnym obiedzie i to najlepszym, jakim zostałam kiedykolwiek poczęstowana w restauracji. Ogólnie jestem bardzo wybredna, jeśli chodzi o jedzenie, obsługę, wystrój itd., ale tylko w tych momentach, gdy idę do restauracji i rachunek, który wymaga ode mnie wyłuskania sporej części gotówki, bo żadnym problemem nie jest dla mnie jedzenie na ulicy za niecałego dolara czy spanie w najgorszych hostelach. Po prostu, z założenia, jeśli idę z nadzieją na zjedzenie czegoś naprawdę dobrego z okazji jakiegoś święta (tym razem mojej siódmej rocznicy ślubu), to pragnęłabym spożyć coś, co zaspokoiłoby moje nie
Cudna świnia rzeczna
Tym razem po skosztowaniu ostrej zupy tajskiej, sałatki z kozim serem, gruszką i pieczonymi płatkami migdałów oraz polędwiczek na pieczonych jabłkach z kozim serem i sosem żurawinowym, stwierdziłam, że mogę umrzeć, a w knajpie jeszcze mi się to nigdy nie zdarzyło. Nie miałam nic do zarzucenia fantastycznej, przemiłej obsłudze i genialnemu kucharzowi (to nie jest reklama sponsorowana J Musiałam niestety za ten obiad zapłacić). Widziałam tylko rosnące na twarzy mego męża zdziwienie i niedowierzania, gdy wznosiłam kolejne zachwyty i „achy i ochy”. O tym jedzeniu musiałam napisać, choć nie ma to kompletnie znaczenia, ale jeśli kiedykolwiek i ktokolwiek z Was do tego przemysłowego miasta zawita koniecznie niech wybierze się do Affogato.
Żyrafa z wywieszonym jęzorem
A co do ‘ochów i achów”, a właściwie „ochów”…
Do Łodzi zawitałam z dwóch powodów, choć jeden jakby dopiero zrodził drugi. Celem był Arena i koncert, ale o tym będzie w kolejnym poście. Przypadkiem okazało się, że następnego dnia po koncercie odbywają się warsztaty blogerskie „Oh my blog”, w których miałam ochotę wziąć udział już dużo wcześniej. Gdańsk jednak do tej pory nie był na liście planowanych miejsc spotkań. Musiałam się zmobilizować i zostać dzień dłużej, by wziąć w nich udział w Lodzi. 
Rzeźba
Skoro i tak już tam byłam i wśród setek tysięcy osób zostałam do udziału w nich wybrana, to grzechem byłoby nie skorzystać (co do tych setek to żart oczywiście, bo wyjątkowo mało kto chciał wziąć tym razem w nich udział. Może Łódź faktycznie wymiera?) 
I choć spotkanie przypłaciliśmy nocnym powrotem do Gdańska, opadającymi wciąż powiekami, których podtrzymywanie zapałkami nic nie dawało, to warto było w „Oh my blog” uczestniczyć.
Obiadowa sałaka w Affogato
Spotkania „Oh my blog” to wymiana myśli, szukanie ciekawych rozwiązań i pomysłów, wymiana doświadczeń i spostrzeżeń. To również fantastyczni ludzie, pasjonaci, których wokół nas nigdy za wiele, którzy zarażają swoją pasją, energią i chęcią do działania. Na takich spotkaniach wykluwają się nowe pomysły, rodzą inspiracje, wspólne plany, a czasem po prostu przyjaźnie. Bo ludzi, którzy mają coś naprawdę do powiedzenia poznać można w takich właśnie miejscach. Nie będę wprowadzać w tajniki naszych dyskusji i pomysłów, bo co w czterech ścianach zostało powiedziane, niech lepiej w nich zostanie. Z czasem efekty niektórych z odpowiedzi będzie można zaobserwować w zmianach na moim blogu.
Tym, co z tych czterech ścian mogę wynieść, to adresy blogów, na które warto zajrzeć. Dwa z nich to już „starzy wyjadacze” i część osób na pewno ich zna. Pozostali podobnie jak ja dopiero zaczynają, ale mają wiele Wam do pokazania i przekazania. Zapraszam na wszystkie z nich. Może zdecydujecie się gościć na nich częściej.

czwartek, 2 maja 2013

With a visit to Grasshopper Hill
Z wizytą na Wzgórzu Koników Polnych



I’ve survived. Barely, barely but I am still alive. Luckily, the heat in my non air-conditioned room with a window overlooking the corridor didn’t kill me. But it wasn’t the nicest night in my life. As I couldn’t sleep (good for me as I had more time for sightseeing), I set off early in the morning. It was worth not sleeping whole night to see the empty streets. In  the middle of the day I would have problems with moving because of the crowds of people wandering in the streets. 
I went to a part of the city called Chapultepec, following the instructions given me by a lady from a tourist information. Bosque Chapultepec is a forest but I would call it a well-organised huge park where thousands of people relax at the weekends. At about 9 am, the park was empty. The Mexicans like having a lie-in. It is not surprising as the life here starts late in the evening. I decided to see the Zoo first in the morning so that not to get a sunstroke and then to have a stroll in the forest hiding in the shadows of the trees and pay a visit to the National Museum of Anthropology. I hoped to get a free admission as it was Sunday. Well, I made my Sunday the Day of Museums after finding out that Sunday is a admission free day. 
Unfortunately, it turned out that only the Mexicans are allowed to enter museums for free. So my Day of Museums appeared to be the worst day for visiting museums as I had to pay for tickets and there were plenty of people everywhere. But I couldn’t change my plan as I was running of time and it was the only day I could see museums – the next opportunity would be during my next visit to that country. Honestly, my visit to Grasshopper Hill (that is the name of the forest when you translated it) on Sunday was a bad idea. I knew I could meet a lot of people but I didn’t know there would be THOUSANDS of them. Apart from inhabitants of the city walking and enjoying their Sunday, there were also  hundreds of street stalls everywhere. 
 All the paths in the park (which isn’t small – I has an area of 4 km2) were padded with booths and stalls with food, balloons, T-shirts, sunglasses and all kind equipment one may find useful during a weekend walk. Not only is there a zoo in the park but also a few museums, a lake, a castle, a botanical garden, special picnic spots and many other attractions.
Having in mind my experience from the visit to the zoo in Guatemala, I was a little afraid of going to the zoo in Mexico City. But I hoped that the Mexicans would treat animals in more humanitarian and humane way as it is a more developed and civilized country. I was approaching the gates leading to the zoo slowly. In the distance, I saw a several security guards searching the backpacks. What’s going on? I thought. What are they looking for? I asked myself. I stepped closer and asked them where I could buy a ticket. To my surprise, the entrance was free of charge.  
It was the first time I hadn’t paid for the entrance to the zoo and that fact wasn’t encouraging. If you don’t have to pay, the living conditions for animals must be awful. Fortunately, I was wrong. Well, the Mexican zoos is no patch on the zoo in Gdansk, but its area is really well-maintained, clean and animals have big cages.
Let me explain the issue of backpacks and bags. People from Europe consider such countries as Mexico, Salvador, Honduras as backward countries. Surprise, surprise! In our zoo, people are continually feeding the animals although they can read on the special sign “Do not feed animals’. Can’t they read?. 
So every time I am in the zoo I must tell the people not to do it. In Mexico, they found the solution to that issue. You are not allowed to bring food to the zoo. You can have only one bottle of water with you. There is a special area with food stalls and the zoo workers catch people who want to take food away from that zone. So the problem with feeding animals does not exist. When it comes to animals in the zoo, most of them I have seen before. However, there were a few I hadn’t seen. The Mexican zoo is one of the zoo in the world which have a population of giant pandas. I also found a Mexican hairless dog (Xoloitzcuintle) interesting. It is also called an Aztec dog. It is the only living breed of pre Spanish breeds which has its origins in Aztec times. I must say that dog is really uglyJ (I wasn’t able to take a photo of it) but I’m sure its ugliness must have its fans, though. 
 There are many legends related to that breed. One of them is that the Aztecs believed that those dogs accompany the souls of the dead people on their way to Mictlan that is the Aztec hell. They also claimed that the skin of the dogs could treat their rheumatism and relieve the stomach ache. All those beliefs did not deter them from eating the dogs’ meat as it was considered to be a delicacy.
When I left the zoo, it started swarming with people. I had an impression that the half of Mexico City population came to that place. Barely had I managed to get to the building of the museum.  Finding the museum wasn’t an easy task as its entrance was on the other side of the forest.
The Mexican Museum of Anthropology is claimed to be one of the most important in the world. I would also add it is one of the biggest as one would need a few days to see and read about all exhibits  (and with my knowledge of Spanish – two weeks). The construction of the museum, its building and its square where there is a big umbrella-shaped fountain are really impressive. The building is divided into a number of rooms. 
In each of the room one can learn about the artefacts, traditions and history of each Mexican cultures that is the Zapotec, Maya, Aztec and Mixtec cultures and many others. The museum has a lot of treasures such as the jade- turquoise Teotihuacan death mask, the replicas of which are sold at every corner in whole Mexico. Visiting the museum was quite exhausting for me as I had to force my brain to understand Spanish inscriptions. What’s more, I had been walking for four hours all the time before coming to the museum. So after a four-hours visit to that place me and my legs felt really tired. I sat on the bench on the main square and admired the water floating from the 11-meters ‘umbrella’.
Quetzalcoat - The god of water
I wanted the time to stop but it was running fast. There were only two days left in Mexico and although there were much more attractions in Bosque Chapultepec, I couldn’t enjoy them, at least not this time. ‘Next time’ I kept telling myself when I got on the crowded underground train. I must come back here, mustn’t I?




Przeżyłam. Ledwo, bo ledwo, ale jednak żyję. Mimo obaw, upał w moim nieklimatyzowanym pokoju, z oknem, wychodzącym na korytarz budynku, nie zabił mi. Noc jednak nie należała do najprzyjemniejszych. Jako że spać się specjalnie nie dało (co w sumie było mi na rękę, bo czasu na zwiedzanie nie miałam wiele) z samego rana zabrałam się za realizację planu. Warto było nie przespać nocy, by zobaczyć, świecące pustkami ulice. W ciągu dnia trzeba się przedzierać w centrum i na placu głównym przez dzikie tłumy. 
Ulica Isabel la Catolica z rana
Niedzielnym porankiem wędrowałam spokojnie. Poinstruowana dzień wcześniej przez panią z informacji turystycznej, wybrałam się do części miasta, zwanej Chapultepec, a konkretnie do Bosque Chapultepec, czyli lasu, choć bardziej jest to świetnie zorganizowany i ogromny park, który służy setkom, a raczej nawet tysiącom osób do weekendowego odpoczynku. Przed dziewiątą rano w parku panowały, podobnie jak i na ulicach, pustki. Widać, że Meksykanie lubią pospać. W sumie nic dziwnego, skoro też zaczynają tak naprawdę żyć dopiero wieczorami. Wykalkulowałam, że do południa najlepiej będzie pozwiedzać ZOO, by nie narażać się na udar słoneczny, a potem pospacerować po lesie, ukrywając się trochę w cieniu drzew i udać się z wizytą do słynnego Muzeum Antropologii. Miałam nadzieję na niedzielną darmową wejściówkę do niego. W ogóle przed przyjazdem do stolicy, po wyczytaniu informacji o gratisowym niedzielnym wstępie do niemal wszystkich muzeów, niedzielę uczyniłam momentalnie Dniem Muzeów. 
Pomnik Niepodległości
Wstęp okazał się jednak wolny jedynie dla mieszkańców Meksyku, tych oczywiście z zameldowaniem. I tak dzień muzeów okazał się fatalnym dniem na odwiedziny, bo nie dość, że musiałam i tak zapłacić za bilet, to byłam zmuszona zwiedzać w towarzystwie niewyobrażalnego tłumu. Plan jednak miałam już ściśle wytyczony i jeśli nie w niedzielę bym odwiedzała muzeum, to chyba dopiero podczas następnego pobytu w Meksyku. W ogóle wypad na Wzgórze Koników Polnych (tak w tłumaczeniu  nazywa się ów las) w niedzielę był słabym pomysłem. Wiedziałam, że mogę się tam spodziewać sporo ludzi, ale jakoś w przewodniku nie doczytałam, że w sobotnie i niedzielne popołudnia park „zapełnia się TYSIĄCAMI mieszkańców”. Oprócz mieszkańców spacerujących i korzystających z rozrywek, park zapełniał się również setkami straganów. 
Wszystkie ścieżki parku, który do małych nie należy (cztery kilometry kwadratowe) były wręcz wyścielone budkami i stoiskami z jedzeniem, balonikami, koszulkami, okularami i każdym sprzętem, który może okazać się niezbędny podczas weekendowego spaceru. W parku oprócz ZOO, znajduje się kilka muzeów, jezioro, ogród botaniczny, zamek, masa miejsc piknikowych, z których Meksykanie bardzo chętnie korzystają i wiele innych atrakcji. 
Nauczona niezbyt przyjemnym doświadczeniem z gwatemalskiego ogrodu zoologicznego, trochę obawiałam się wizyty w meksykańskim parku zwierząt. Miałam jednak nadzieję, że Meksyk, jako bardziej rozwinięty i trochę bardziej cywilizowany, ma również bardziej humanitarne podejście do naszych mniejszych przyjaciół. Kroczyłam więc nieśmiało w stronę zoologicznych bram. Już z daleka zobaczyłam kilkunastu ochroniarzy, którzy przyglądali się zawartości plecaków, wchodzących osób. Co jest?, pomyślałam. Czego oni szukają? Podeszłam do jednego z panów i grzecznie spytałam, gdzie mam kupić bilet. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wstęp okazał się bezpłatny. 
Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim i powiem szczerze, że nie napawało mnie do optymizmem. Skoro wejście jest niepłatne, to i warunki, w jakich żyją zwierzęta na 100% są fatalne. Myliłam się jednak. Wprawdzie naszemu gdańskiemu Zoo to meksykańskie do pięt nie dorasta, ale teren fantastycznie zagospodarowany, czysty, w większości ze sporymi klatkami dla zwierząt – okazał się przepiękny. 
Nie wyjaśniłam, po co było to sprawdzanie plecaków i toreb. Europejczykom wydaje się, że takie kraje jak Meksyk, Salwador, Honduras to kraje zacofane. A tu niespodzianka. W porównaniu z Meksykiem, Polska wypada blado. W naszym trójmiejskim Zoo wciąż muszę się denerwować na głupich ludzi (a może analfabetów?) którzy nie rozumieją napisów „Prosimy nie karmić zwierząt”. 
Standardowo za każdym razem, gdy odwiedzam nasze ZOO, przy klatce z małpami, muszę kogoś napominać, by tego nie robił. W Meksyku postanowili sprawę z ewentualnym karmieniem rozwiązać inaczej. Do Zoo nie wolno wnosić jedzenia, jedynie butelkę wody. Owszem, na terenie znajdują się restauracje, ale strefa gastronomiczna ma osobno wydzielony teren i wszędzie kręcą się pracownicy, którzy pilnują by z tego terenu żadne jedzenie nie zostało wyniesione. I tak problemu z dokarmianiem zwierząt nie ma. Meksykanie mocno zapunktowali u mnie po tej wizycie. Jeśli chodzi o zwierzęta, to większość z nich widziałam już w innych ogrodach zoologicznych, ale i tu natknęłam się na kilka nowości. Okazuje się, że to zoo jest jednym z niewielu, którym jeszcze udało się utrzymać populacje pand wielkich. Ciekawostką był też dla mnie pies meksykański (Xoloitzcuintle), zwany też nagim czy meksykańskim lub psem azteckim. Jest to jedna z wciąż jeszcze żyjących ras prehiszpańskich, której czasy sięgają wstecz, co najmniej trzech tysięcy lat, pamiętając jeszcze rządy Azteków. Muszę przyznać, że jest strasznie brzydki :)(nie udało mi się go jednak sfotografować), ale dzięki tej brzydocie jestem pewna, że znalazłby wielu wielbicieli. 
Fontanna na placu muzeum
Po dziś dzień krąży mnóstwo legend, związanych z tą rasą, m.in. Aztekowie wierzyli, że psy te towarzyszą duszom zmarłych w drodze do Mictlan, czyli azteckiego piekła. Uważali również, że skóra psów pomaga pozbyć się reumatyzmu i daje ulgę w przypadku bólu brzucha. Wszystkie te wierzenia nie przeszkadzały im w konsumowaniu ich mięsa, które było niezwykle cenionym przysmakiem. 
Gdy opuszczałam ogród, zaczęło się w nim właśnie roić. Wejście w parkowe alejki przyprawiło mnie o palpitacje serca. W ciągu zaledwie dwóch godzin zgromadziła się na nich chyba połowa Mexico City. Ledwo przecisnęłam się w stronę muzeum. Najpierw jednak musiałam je znaleźć, co nie było taką łatwą sprawą, zwłaszcza, że wyjście z Zoo było z innej strony niż wejście i stało się to przyczyną mojego lekkiego zagubienia, co oczywiście nie jest niczym dziwnym. 
Meksykańskie Muzeum Antropologii jest ponoć jednym z najważniejszych na świecie. Z całą pewnością jest również jednym z największych, bo żeby obejść je dokładnie z uważnym wczytaniem się we wszystkie informacje, potrzebne byłoby kilka dni, a z moją znajomością hiszpańskiego ze dwa tygodnie. Muzeum już samą konstrukcją i budynkiem robi wrażenie, a także placem głównym, na którym stoi coś na wzór wielkiego parasola=fontanny. Budynek podzielony został na kilkanaście sal. 
W każdej z nich można zapoznać się z pamiątkami, tradycjami, historią poszczególnych kultur meksykańskich: Zapoteków, Majów, Azteków, Misteków i wielu innych. Muzeum zawiera mnóstwo skarbów, m. in. słynną jadeitowo-turkusową pośmiertną maskę z Teotihuacan, której imitację sprzedaje się niemal na każdym rogu w całym Meksyku. Muszę przyznać, że oglądanie zgromadzonych zbiorów było bardzo wyczerpujące. Mózg pracował na najwyższych obrotach, by zrozumieć hiszpańskojęzyczne podpisy, nie wspominając o nogach, które po ponad czterogodzinnym chodzeniu jeszcze przed dojściem do muzeum, już były zmęczone. Kolejne cztery godziny muzealne wykończyły mnie całkowicie. Usiadłam więc na ławeczce na placu głównym i z zachwytem wpatrywałam się w kurtynę wody, ściekającą z jedenastometrowego „parasola”. 
Quetzalcoatl, czyli Bóg Wody
Chciałam by czas się zatrzymał, a tymczasem skurczył mi się  on w tempie ekspresowym. Zostały mi tylko dwa dni w Meksyku i choć Bosque Chapultepec miał jeszcze wiele atrakcji do zaoferowania, ja niestety miałam już, tym razem przynajmniej, z nich nie skorzystać. Następnym razem, powtarzałam sobie, wsiadając do zatłoczonego metra. Bo przecież muszę tu wrócić, prawda?!