Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xela. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

Bicycle tour
Hej ho, hej ho, rowerem by się jechało…




Heigh-ho, heigh-ho…….. it’s on the bike I see the world

Huehuetenango wasn’t the end of my weekend explorations. I decided to spend Sunday in a more active way. I rented a bike as I was fed up with chickenbuses. It was a great idea. I have almost forgotten how great it is to ride a bike. The owner of the rental agency drew me a map of the area to help me not to get lost. The plan included sightseeing the nearby towns and villages and coming back to Xela. Piece a cake! My tendency of getting lost worried me a little bit but I knocked on wood and set off. I wanted to visit San Andres Xecul situated about 19 km from Xela.
The town is famous for its amazing church. While I was approaching San Andres, I was dazzled by the yellowness of the dome in the distance. It turned out it had been the church I was going to visit. Its walls were decorated with various colourful flowers, rambling grapevines and the statues of angels. Blue, red and yellow were main colours which ruled on the walls of that temple. Of course, I had a bad luck as I reached the church just before the beginning of a two hour mass so 
The Church in San Andres
I couldn’t see its interior. Although Guatemalan people are not tall and I could see the priest standing at the altar and the opalescent statue of Christ hanging on the cross, the crowd was quite big and there was semi-darkness (the interior was only candle-lit) so it was impossible to see the aisles. I had a stroll around the town. Well, frankly speaking, it was rather like a rock climbing. With the bike on my back, I climbed up the steep streets as the town is situated on the hill and you must have a really good stamina and  fitness to move from one place to another. That is why, I can’t understand why almost every Guatemalan woman is so plump if they have to do such amount of walking every day. 
There is a second church on the very top of San Andres. A smaller version of the first one. Next to it, there is a holly Mayan site where many ceremonies take place. I was lucky enough to be a witness of one of them. But I wasn’t  impressed much by this fact as I had seen bigger and more magnificent ceremonies in Tikal. There were two men kneeing. One of them, the master of the ceremony, having finished his praying, started devouring his lunch and at the same time, he took people’s thanks for performing the ceremony. No magic, no mysticism, pure ordinariness of life.  
I tried to kill the time waiting for the end of the mass. I wandered around the town (there weren’t many places to see), gazed at the ceremony, took a few photos and had a chat with locals. It took me about 40 minutes but the mass was still in progress so I gave up and continued my bike trip. I must say I didn’t have any problems with going to San Andres. 
The map was great. I knew I would go to another place easily with its help. I don’t know how it could happen but…. I had lost my precious map. I kept holding it in my hands all the time. Well, I had taken a photo of it but.... I have recalled that fact just now while I am uploading my photos :). Up with my intelligence! The route wasn’t supposed to be complicated and it was so. A few kilometres from San Andres there was Salcja, a place recommended by Lonely Planet. There wasn’t much to see there,  expect for one church dated from 1524 (but not so colourful as the church I saw in San Andres). There was a lazy, drowsy Sunday afternoon in the town. This place is famous for producing two types of alcohol. Rompopo is great. I had already tryied it in San Pedro. Although it was prepared by an American guy that is Steve, I think it was as good as the one produced in Salcaja. Caldo de fruta is the second alcoholic beverage from this place. It is similar to ponche but much more stronger. 
Minerwa Plaza in Xela, near Zoo
Unfortunately, all the shops were closed at the time I was there so I couldn’t buy anything to taste. Maybe, it’s better for me.
I cycled 40 km and I felt quite tired. Well, most of the route led through the hilly area and my bike didn’t have working gears what made pedalling more difficult.
I didn’t let my tiredness take control over my body and decided to see Xela from the bike perspective – much faster, more practical and interesting than on foot. I wanted to see the Zoo. It cost 2 Q (about 1zł). I think somebody should explain the authorities of the zoo that it would be better to charge more money for the admission. Thanks to that they could provide the animals with better living conditions. The zoo made me terrified. It was quite big but most of its grounds were used as a picnic square. The rooms for animals were squeezed on a very limited area. 
The monkeys had the best place to live and the sheep and pigs had the biggest living space. When I saw the cages for a lion and a tiger, I felt like crying. The animals were squeezed in the cages 2 m wide and 3-4 meters long. The living conditions were terrible. But nobody cared about that. Everybody was having a good time. For local people, the Zoo is a place where they can spend time with their families, have a picnic and play with their children. They don’t treat animals with respect and don’t care about their lives. You can see hundreds of stray dogs roaming and prowling the rubbish container trying to find something to eat. 
The zoo ended my bike trip. After cycling 70 km, I gave my bike back to the rental agency and I went back home to have a well-earn rest.

Weekend na Huehuetenango się nie skończył. Niedzielę postanowiłam spędzić jeszcze bardziej aktywnie, a że dnia poprzedniego chickenbusy wyprowadziły mnie z równowagi, postanowiłam liczyć na siłę własnych nóg i wypożyczyłam rower. I muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę. Zapomniałam już niemal jak fantastycznie zwiedza się z poziomu siodełka rowerowego. Właściciel agencji, z której pożyczyłam rower, narysował mi dokładną mapkę, bym nie pogubiła się w docieraniu do celu. Miałam zrobić rundkę po okolicznych miejscowościach, w sumie dwóch, i wrócić okrężną drogą z powrotem do Xeli. Proste jak drut. Miałam pewne obawy związane z moją umiejętność gubienia się, ale odpukałam w niemalowane i ruszyłam w drogę. Chciałam odwiedzić miasteczko San Andres Xecul, oddalone o jakieś 19 km od Xeli. 
Krzyż na początku miasteczka San Andres
Miasteczko słynie z niezwykłego kościoła. Już z daleka, gdy dobijałam do brzegów, niemal oślepiła mnie już z daleka żółta budowla. Okazało się, że to właśnie ów, poszukiwany przeze mnie kościół, ozdobionego licznymi barwnymi kwiatami, pnącymi się winoroślami i równie kolorowymi figurami aniołów. Niebieski, czerwony i żółty to ulubione kolory tego świętego przybytku. Oczywiście miałam fantastycznego pecha, o ile pech może być fantastyczny, ponieważ idealnie dotarłam do miasteczka z chwilą rozpoczęcia się, trwającej prawie dwie godziny mszy. 
Kościół w San Andres
Nie wiem czy oni normalnie w niedzielę tyle się modlą czy tylko z jakiejś specjalnej okazji, nie mniej jednak uniemożliwiło mi to obejrzenie kościoła od wewnątrz. Wprawdzie Gwatemalczycy nie są zbyt wysocy i mogłam dostrzec księdza, stojącego na końcu tego rozkosznego przybytku oraz, mieniącego się licznymi barwami Chrystusa, wiszącego na krzyżu, ale jednak tłum był dość spory, a ponadto w kościele oprócz choinkowych światełek i świec, nie użyto innego oświetlenie i w związku z tym boczne obejścia były nie do dostrzeżenia. 
Ozdoby kościoła
Przespacerowałam się po miasteczku, a właściwie pouprawiałam wspinaczkę skałkową z rowerem pod pachę, bowiem miejscowość znajduje się na wzgórzu i to dość stromym, i dojęście gdziekolwiek wymaga naprawdę niezłej kondycji i wysiłku i tym bardziej nie rozumiem, dlaczego niemal wszystkie Gwatemalki są tak okrąglutki, skoro tyle muszę się nachodzić. W San Andres oprócz głównego kościoła, jest drugi mniejszy, umieszczony na samym szczycie miasteczka. Taka miniaturka tego pierwszego. Obok niego znajduje się święte miejsce Majów, w którym odbywają się liczne ceremonie. 
Mały kościółek
Trafiłam na jedną z nich, choć dla mnie to już żadna nowość nie była, bowiem znacznie okazalsze ceremonie miałam możliwość oglądać, choćby w Tikal. Tu było jedynie dwóch klęczących facetów, z których jeden, mistrz ceremonii, po robocie, niczym facet na budowie, wyciągnął drugie śniadanie i zaczął je najzwyczajniej w świecie konsumować, przyjmując podziękowania za przeprowadzenie ceremonii. Zero magii, mistycyzmu, zwykła głodna proza życia. 
San Andres
Próbowałam zapełnić sobie jakoś czas, czekając na koniec mszy, jednak po obejściu miasta (nie było wiele do obchodzenia), pogapieniu się na ceremonię, popstrykaniu zdjęć i pogaworzeniu z miejscowymi, upłynęło zaledwie 40 minut. Poddałam się i ruszyłam dalej. Muszę się pochwalić, że dostałam się do San Andres bez problemów. Mapka został świetnie narysowana. Wiedziałam, że z jej pomocą dalej dotrę bez problemu do kolejnej miejscowości. Tyle że w niewiadomych okolicznościach…zgubiłam mapę. 
Moja mapa
Nie mam pojęcia, jakim cudem, bowiem cały czas dzielnie dzierżyłam ją w dłoni. Wprawdzie zrobiłam jej wcześniej zdjęcie, ale przypomniałam to sobie dopiero przed chwilą, gdy przeglądałam zdjęcia do wstawienia na blog  Niech żyje inteligencja! Droga miała być jednak prosta i faktycznie była. Kilka km dalej znajdowało się miasteczko Salcaja, rekomendowane przez Lonely Planet. Oprócz kolejnego kościoła, tyle że nie tak kolorowego, za to datowanego na 1524 rok, nie było tam wiele do oglądania. W miasteczku panowała senna, niedzielna atmosfera. Miasteczko słynie z produkcji dwóch alkoholi. Rompopo, który muszę przyznać jest genialny. I choć próbowałam go w wersji, zrobionej przez Amerykanina, czyli Stevena jeszcze w San Pedro, to nie sądzę, żeby ten z Salcaja mógł być lepszy. Drugim jest caldo de fruta. Ponoć jest podobny do wspominanego przeze mnie ponche, tyle że jest dużo mocniejszy. 
Plac Minerwy w Xeli, koło Zoo
Sklepy wszystkie były jednak o tej porze zamknięte, dlatego nie mogłam zakupić niczego na spróbowanie. Może to i lepiej. Te czterdzieści kilometrów, które zrobiłam, aż wstyd przyznać, trochę mnie zmęczyły. Ale w sumie większość drogi pokonywałam, jadąc pod górę, na rowerze, który nie posiadał przerzutek, tzn. teoretycznie posiadał, ale z praktyką było już gorzej. Nie dałam się jednak i postanowiłam pozwiedzać jeszcze na rowerze samą Xelę - znacznie szybciej, praktyczniej i ciekawiej niż na piechotę. 
Zaciekawiło mnie tutejsze Zoo. Kosztowało aż całe 2Q, czyli niecałą złotówkę. I myślę, że ktoś powinien im wytłumaczyć, że lepiej żądać więcej za wstęp, by mieć pieniądze na utrzymanie w tym miejscu porządku, a przede wszystkim, by móc zapewnić zwierzętom godne warunki. Zoo trochę mnie przeraziło. Teren spory, ale większość stanowił plac piknikowy dla rodzin, których tego dnia w tym miejscu nie brakowało. Kilkanaście pomieszczeń dla zwierząt zostało zebranych zaś na niewielkim obszarze. 
Najlepszy teren, choć nie oznacza to, że duży, miały małpy, a największy owce i świnie. Serce mnie jednak ścisnęło, gdy zobaczyłam klatkę dla tygrysa i lwa. Każdy z nich gnieździł się w pomieszczeniu 2 na 3-4 metry. Warunki koszmarne, aż żal było patrzeć, co nie przeszkadza jednak tutejszym ludziom świetnie spędzać czas. Tak zwany Park Zoologiczny stanowi tu bowiem tylko dodatek do niedzielnego spędzenia czasu z rodziną, piknikowania na trawie i zabawach na placu zabaw. Gwatemalczycy nie traktują chyba zwierząt zbyt poważnie, nie przejmują się ich dolą, co z łatwością można zauważyć na ulicach, po których błąka się dziesiątki, jak nie setki bezdomnych psów, które grasują całymi bandami po śmietnikach, próbując znaleźć coś do zjedzenia. Zoo zakończyło moją rowerową wędrówkę. 
Po zrobieniu tego dnia około 70 km odprowadziłam i rower i siebie na zasłużony odpoczynek.

niedziela, 20 stycznia 2013

San Pedro sucks
Pluskwy, sztormy i ucieczka z San Pedro



This post was supposed to be rather nice, that is, it was supposed to tell about nice things: volcano trekking, beautiful scenery, friendly people I met (there are only two of them but the quality is what counts the most and my new friends are of very high quality). My post was also supposed to make you thrilled when you would read the story about my cruise on Santiago Atitlan lake when strong wind was blowing and I was praying for my safety return to the shore. Generally, it was supposed to be nice although San Pedro la Laguna hasn’t liked me much. but it won’t be. This time it will be long. So if you don’t feel like reading a long story, you had better not read the following text.

Those of you who read my previous post, know that San Pedro didn’t welcome me nicely. I was charged 4 as much for a transfer to the school. Then, I had a meeting with a nasty family and a hopeless teacher who let out that she works in the bookshop and has nothing to do with teaching (it was on Wednesday, the last day of our classes). What a teacher! What’s more, since Monday (that is the first night in the house) strange spots started turning out on my face. On Tuesday, there were plenty of them. I had also blisters on my hands and arms. It was unbearably itchy. A nightmare! I always sleep in my sleeping bag no matter where I am. This time I did the same with one exception. I used an owner’s pillow. That is why I thought I was allergic to a washing powder. I went to the chemist’s to get some medicine for my skin issues. To my surprise, I was told it wasn’t an allergy but insects’ bites. I am able to tolerate everything but bedbugs were too much for me to put up. I was in a deplorable condition. I decided to change a family. They didn’t respect my eating habits. Honestly, They didn’t give a damn about it. And they had a breeding of bedbugs in my bed! Abhorrent!

Viki, the head of the family, took the bedclothes to disinfection what helped to sort out my skin issues. It proved that my “beautiful” face wasn’t a victim of an allergy but of bugs’ attack. So fed up  was I with the bedbugs that I decided not to prolong my stay in this pace even if my new teacher was brilliant. My decision was irrevocable. It couldn’t be changed even by Noriko and Steven’s insistence. I decided to go to Xela. It is a colder place than other parts of Guatemala but I thought there wouldn’t be so many bugs as they don’t like being cold (like all tourists in Central America). 

Because my visit to Lago Atitlan was drawing to an end I had to hurry up with sightseeing. On Saturday I intended to go on a mountain trip. The mountains are called Cara Maya (because they have a shape of a human face) but also Indiana Nose. On Friday morning, we (me and Steven) were supposed to go to Santiago by boat. It takes 20 minutes to go there. (going there by car is strongly advised against as there are often robberies on the roads).

On Monday, I decided to trek to San Pedro volcano. I found out that my school cooperates with a travel agency and a guide so I can go there with him. At 5 o’clock, I was waiting in front of the school building. Dominick came punctually and we set off. (trip – 100Q). 7 kilometres was the distance to do. It takes experienced hikers 2,5-3 hours to go there. If you are less experienced  it might take up to 6 hours. 
Dominick was a great guide (I would like to write more praises about him  but I cannot do it now). He told me a lot about Guatemala, San Pedro, habits, lifestyle, work and social interactions in this country. It was 6-hours of free conversations (or rather included in the trip price). We were doing well. We reached the top of the volcano after 2 hours and 10 minutes. On the way up, I was kicking myself  that I had decided on that trip. I was weak at the knees because the path was really steep. I was about to give up but I didn’t want to lose my face. The guides we met, when they got to know what time we had set and seeing the desistance we had already done, said in admiration: :”La chica es muy rapida”. It gave me power. The view from the volcano was stunning.  The photos can’t reflect the beauty and power of nature which I was admiring. (well, maybe wide –angle lens photos). What I saw was worth all my torment. We spent one hour on the top contemplating the scenery. 
Dominic claims he needs 1 hour to go up and 30 minutes to go down the hill. We were walking down about 1 hour but we were talking a lot. Dominik convinced me to go with him to Cara Maya for the same price which I would pay going there with a group. We were to set off at 4 am on Saturday to see the sunset.  His brother was supposed to go with a group from the school. For me it was a perfect solution because I wouldn’t have to trail along with other people but I could keep my own walking rhythm. So I finally agreed. The change of the teacher didn’t change a lot. I must say the teacher was better than a previous one, but she hadn’t evaluated my test and as a result of that she wasn’t prepared for my classes.  She was surprised with my knowledge of Spanish (I am at the higher level than the students at school). She wouldn’t have been surprised if she had read my test. Later, it appeared she hadn’t prepared homework for me. F...k!!!! sorry, but this is the only word that comes to my mind when I think about that situation. The school is dead loss. Nothing changed on Friday. I wasted a week at this school. I hadn’t learned anything. I’d like to thank Lonely Planet for a good recommendation for that type of school. The headmaster was surprised and incensed at me. She couldn’t understand why I didn’t want to prolong my stay in her school.  I was too honest and I told her I didn’t like the level of teaching and the lack of professional approach towards clients. And it was a huge mistake. I’ll write about it soon!

Me and Steven set off to Santiago Atitlan  at the early morning. I was a little bit afraid of travelling by boat because there has been a strong wind since Thursday which has been playing with boats on the lake as if they were pawns on the chessboard. 

As I usually say: ‘There is no fun without the risk.’ My swimming skills leave much to be desired, but I came to conclusion that I would manage to breaststroke to the shore. I was more worried about my photo equipment being wet. The transfer should last 20 minutes in normal weather conditions. Our trip lasted more than 40 minutes. In the middle of the crossing I started regretting that I had decided to go to Santiago Atitlan by boat. 
The boat was rocking and the water was flooding the board. The plastic film didn’t help at all. I was praying to set my feet on the shore. My life crossed my mind many times. Finally, we reached the shore. I dragged myself along to the town. It was similar to other towns around the lake. The central park with a statue, the church and several dozen of tiny house, a lot of indigenios in traditional clothes. We wandered around the town centre, ate a delicious tostada with guacamole for breakfast and drank delicious beverages which difficult names I don’t remember. 
After that, we visited two most interesting tourists sights in the town and wanted to come back to San Pedro. And the horror started again! This time the boat was smaller. It was rocking more and there was no plastic film so I was soaking wet. Luckily, I managed to get through. Friday evening I spent with Noriko and Steven who were trying to convince me to stay in San Pedro.  Although  I liked them very much, I knew that  staying here would be a bad idea – the school owner’s behaviour, the fear of bedbugs and the residents of the house stopped me from staying in this place. 
On Monday I would start my new school in Xeli where I had made a booking (informing that I would be there on Sunday – on that day my stay at family from San Pedro was over).

On Saturday, I woke up at 3am. I was to set off to Cara Maya at 4 am. I didn’t sleep well as I was afraid of bedbugs eating my face and making more spots and blisters. 

Short before 4 am I was ready. I was wearing many layers of clothes and a hat and a warm scarf (in the mountains it is very cold). With a torch in my hand I was waiting for Dominick who didn’t come. I thought he might have overslept because he can’t have forgotten as I had met him the day before and he had told me he would be waiting for me at 4 am. After a half an hour waiting I went back to my room. Of course, I was really cross! AT 7 am, I could go to the mountains with two girls from my school but I was so tough on the school that I decided not to do so. Instead, I went jogging at 7. 
Guess who I met?? Surprise, surprise! My guide with two girls. I asked him why he hadn’t come in the morning. He didn’t answer. He just shrugged his shoulders and said ‘Adios’ scoffingly. At that moment I was sure that his morning absence had been planned by a damn headmaster. It hadn’t been a coincident. I couldn’t believe how one might be so deceitful and take a revenge on a person only because she isn’t satisfied with the dishonest school offer. I am sure that such an incident wouldn’t have happened if I had prolonged my stay.

I had a lot of my mother’s genes in my blood (and I guess some of my grandfather’s also) so my fury  and determination reached a fever pitch. I didn’t let them treat me like that (special thanks to Monika, my sister, who also taught me to fight for my rights). I couldn’t stay in that place any longer. I packed my backpack and decided to kick up a row. I looked up some words in the dictionary: to cheat, a lack of professionalism, to make a complaint, to demand a refund etc. I wrote them on my palm to have them close at hand J. Can you imagine a big row during which one person is fighting for her rights and has to look for words in the dictionary all the time? I think Monty Python would be proud of such a scene in their movie. The owner’s pretended to be surprised when he heard my complaints. He told me that at 4 am my guide was knocking at their door looking for me. Weird, I had been waiting in front of the school-house building for a half an hour. I managed to get my money for school back without any problems. I decided not to row about the money I paid for accommodation. The only thing I wanted to do was to leave San Pedro as fast as possible so I headed to the town to look for a means of transport to Xeli. To be continued soon.






Post miał być raczej przyjemny, tzn. o przyjemnych sprawach: o wejściu na wulkan i o pięknych widokach, o miłych ludziach, których poznałam (wprawdzie tylko dwójce, ale przecież nie liczy się ilość, tylko jakość, a jakość tej dwójki jest wysoka). Miał też być to post trochę z dreszczykiem, opowiadający o niebezpieczeństwach związanych z moja wyprawą po jeziorze do Santiago Atitlan, kiedy szalały wiatry, a ja całą drogę modliłam się być dopłynąć w całości do brzegu. Generalnie miało być miło, choć San Pedro la Laguna wyjątkowo mnie nie polubiło. Będzie jednak mniej przyjemnie, za to długo. Więc jeśli ktoś nie ma ochoty na długaśne historie, niech lepiej nie zaczyna.

Kto czytał wcześniejszy post ten wie, że San Pedro przywitało mnie naciągactwem „tuk-tuksiarza”, który przewiózł mnie bóg wie ile kilometrów, tylko po to by skasować czterokrotność tego, co powinnam normalnie zapłacić. Następnie koszmarna rodzina i beznadziejna nauczycielka, która końcem końców (w środę, czyli ostatniego dnia) przypadkiem się wygadała, wypytując o zarobki w Polsce, że na co dzień pracuje w… księgarni. Niezła mi nauczycielka. W dodatku, począwszy od poniedziałku, czyli od pierwszej nocy w domu, zaczęły pojawiać mi się na twarzy dziwne plamy. We wtorek było ich więcej, a w środę to już szkoda mówić. Dołączyły do tego bąble na rękach i dłoniach. Swędziało cholerstwo okrutnie. Gdy zobaczyłam się w lustrze, miałam ochotę roztrzaskać je na tysiąc kawałków. Słowem masakra. Zwykle śpię w swoim śpiworze, niezależnie od tego, gdzie jestem. Tu było podobnie, tyle że korzystałam z poduszki właścicieli. Dlatego pomyślałam, że po prostu mam uczulenie na jakiś detergent, którego używają do prania. Poszłam szukać pomocy w aptece. I dowiedziałam się, że to nie uczulenie, a insekty! Wszystko przyjmę, ale cholernych pluskiew w moich rzeczach zdzierżyć nie mogę. Wyglądając jak siedem nieszczęść, choć myślę, że nawet więcej niż siedem, powlokłam się do domu. Postanowiłam, że rodzinę też musze zmienić. Nie respektowali tego, co jem a czego nie jem, a właściwie „nie respektowali” to mało powiedziane. Centralnie mieli to w dupie. A na dodatek prowadza hodowlę pluskiew w moim łóżku.

Viki, czyli kobieca głowa rodziny zaraz zgarnęła całą pościel do odkażania, co pomogło, dając dowód, że to faktycznie robactwo a nie uczulenie tak załatwiło moją „piękną” buźkę. Pluskwy tak dały mi się we znaki, że moje początkowe postanowienie, że jeśli nowa nauczycielka będzie dobra, to zostanę dłużej, rozpłynęło się niczym pieniądze po pierwszej wypłacie. Mimo nalegań Noriko i Stevena, zdecydowałam w niedzielę wyjechać do Xeli. Zimniej tam miało być niż w innych rejonach Gwatemali, ale byłam przekonana, że przynajmniej  będzie tam mniej robactwa, które podobnie jak i turyści, za zimnem w Ameryce Centralnej nie przepadają.

 Ponieważ moja wizyta nad Lago Atitlan miała dobiec końca, musiałam się pospieszyć ze zwiedzaniem. W sobotę planowałam pójść ze szkoły na wycieczkę w góry zwane Cara Maya (ponieważ z daleka przypominają kształtem twarz), przez turystów zwane Indiana Nose. W piątek z rana łodzią zaś ze Steven planowaliśmy wybrać się łodzią do Santiago, oddalonego od San Pedro o zaledwie dwadzieścia minut. 20 minut po wodzie rzec jasna (droga asfaltowa nie jest polecana do pokonywania, bowiem bardzo często zdarzają się tam napady rabunkowe). 
Widok z wulkanu San Pedro z rana

W czwartek postanowiłam więc ruszyć na wulkan San Pedro. Okazało się, że szkoła współpracuje z pewną agencją i przewodnikiem, i że mogę się wybrać z nim. O 5 rano czekałam więc pod szkołą i wraz z Dominikiem ruszyłam w ciemnościach w górę (trip – 100Q).Na szczyt od wyjście ze szkoły jest około 7km. Dla piechurów sprawnych fizycznie około 2,5-3 godziny na szczyt, dla mniej sprawnych nawet i 6 godzin. Dominik okazał się świetnym przewodnikiem (napisałabym więcej pochlebnych pochwał, ale w chwili obecnej zrobić tego nie mogę), dużo mi opowiadał o Gwatemali, San Pedro, zwyczajach, o życiu, pracy i stosunkach ludzkich w Gwatemali. 
Miałam zapewnione blisko 6 godzin darmowych konwersacji (a raczej wliczonych w cenę wycieczki). Poszło nam całkiem nieźle. Na szczycie byliśmy po około 2 godzinach i 10 minutach od wyjście. W połowie drogi, muszę jednak przyznać, plułam sobie w twarz, że się na to wyjście zdecydowałam. Nogi miałam jak z waty, bowiem podejście było ekstremalnie strome. Myślałam, że nie dojdę na szczyt, ale moja duma nie pozwalała mi się poddać. Spotykani po drodze przewodnicy, gdy dowiadywali się, o której godzinie wystartowaliśmy, i widząc, dokąd doszliśmy, z podziwem kiwali głowami i mówili :”La chica es muy rapida”. 
No to mi wjechali na ambicję i dać za wygraną już nie mogłam. Widok z wulkanu był nieziemski. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać piękna i potęgi natury, która się przede mną rozpostarła (no, chyba że zdjęcie zrobione szerokokątnym obiektywem). Wejście na szczyt było naprawdę warte całej męczarni. Przez godzinę kontemplowaliśmy krajobraz, a potem ruszyliśmy w drogę powrotną. 
Cara Maya
Dominik ponoć potrzebuje normalnie, gdy idzie sam, godziny, by dostać się na szczyt i pół godziny by zejść. My schodziliśmy około godziny, dużo jednak rozmawiając po drodze. Dominik przekonał mnie też, że możemy na Cara Maya pójść razem za tę sama kwotę, co normalnie zapłaciłabym, idąc grupą ze szkoły. Mieliśmy jednak wystartować w sobotę o 4 rano, by zdążyć na wschód słońca. Z grupą szkolna miał pójść jego brat. Dla mnie było to idealne rozwiązanie, bowiem nie musiałabym się wlec z resztą ludzi, tylko podążać swoim tempem. Byliśmy umówieni.

Czwartkowa zmiana nauczycielki niewiele wniosła do mojej nauki. Wprawdzie była lepsza niż poprzednia, jednak również nie sprawdziła mojego testu, co poskutkowało tym, że była nieprzygotowana do zajęć. Zaskoczyło ją, że jestem na wyższym poziomie niż wszyscy pozostali uczniowie w szkole (Też mi niespodzianka! Jakby przeczytała test, to by wiedziała!) Później okazało się, że również nie ma dla mnie zadania domowego, bowiem nie spodziewała się tego poziomu. Profesjonalizm tej szkoły sięgnął depresji. W piątek sytuacja wcale się nie poprawiła. Generalnie zmarnowałam w tej szkole tydzień czasu, nie nauczywszy się kompletnie niczego. Specjalne brawa i podziękowania dla Lonely Planet, który rekomenduje tego typu szkoły. Dyrektorka była jeszcze zdziwiona, a nawet oburzona, że nie chcę przedłużyć swojego pobytu w ich szkole. Nie ukrywałam, że nie jestem zadowolona z poziomu i że przeszkadza mi brak profesjonalizmu. I to był mój błąd! Ale o tym za chwilę.
Mercado w Santiago

Z samego rana mojego ostatniego dnia w szkole ruszyliśmy ze Stevenem do Santiago Atitlan. Wprawdzie miałam pewne obawy przed podróżowaniem łodzią, bowiem od czwartku zerwały się silne wiatry, które bawiły się łodziami na tafli jeziora niczym szachami, przestawiając je jak popadnie. Ale jak to przywykłam mówić: „Bez ryzyka nie ma zabawy!” Wprawdzie z pływaniem u mnie różnie, ale w razie czego żabką do brzegu dopłynąć dam radę, pomyślałam. 
Bardziej jednak niż moje życie, martwiło mnie podtopienie sprzętu fotograficznego. Normalnie przeprawa trwa 20 minut. Normalnie, znaczy w sprzyjających warunkach. Nasza podróż przedłużyła się o połowę, jak nie o więcej. I też w połowie zaczęłam znów żałować, że się na łódź zdecydowałam. Łódką bujało na wszystkie strony, woda leciała do łodzi niemiłosiernie i nawet osłona z folii niewiele pomagała. A ja całą drogę modliłam się, by tylko znaleźć się już na brzegu. Kilka razy życie przemknęło mi przed oczami. W końcu dobiliśmy. Chwiejąc się na nogach doczłapałam do centrum. Miasteczko jak wszystkie w okolicy jeziora. Takie samo. Park centralny z figurą, kościół i dziesiątki maleńkich domków, pełno indigenios w tradycyjnych strojach.
Szykuje się nasze śniadanie
 Pokręciliśmy się po mieście, zjedliśmy pyszna tostadę z guacamole na śniadanie i wypiliśmy jeszcze pyszniejsze napoje, których trudnych nazw niestety nie pamiętam, a potem odwiedziliśmy dwa ciekawsze miejsca w mieście i zaczęliśmy wracać do San Pedro. Tu rozpoczął się ponownie horror, bowiem wracaliśmy jeszcze mniejsza łódką, która bujało jeszcze bardziej i która nawet nie posiadała foliowej osłony przed wodą w związku, z czym byłam niemal cała mokra. I tym razem mimo wszystko udało mi się ujść z zżyciem cało. 
Rózności na rynku

Piątek wieczór spędziłam w towarzystwie Noriko i Stevena, którzy jeszcze próbowali mnie przekonać do zostania w San Pedro. Zachowanie jednak właścicielki szkoły w stosunku do mojej osoby oraz strach przed łóżkiem i jego mieszkańcami w domu rodziny, mimo całej sympatii do dwójki moich znajomych, mówiły mi, że nie należy tego robić. Zarezerwowałam od poniedziałku nową szkołę w Xeli, oznajmiając, że przyjadę w niedzielę, bowiem do niedzieli miałam zapłacone mieszkanie u rodziny w San Pedro.

W sobotę obudziłam się o 3 nad ranem. Na Cara Maya miałam ruszyć o 4. Noc jednak, podobnie jak i poprzednią, miałam średnio przespaną, bowiem myśl o pluskwach, doprawiających na mojej buzi kolejna porcje bąbli, nie pozwalał mi dobrze spać.

Przed czwartą, ubrana w kilka warstw ubrań, czapkę i chustę na szyję (w górach jest mega zimno), zaopatrzona w latarkę, czekałam pod szkołą na Dominika, który się nie pojawił. Początkowo myślałam, że może zaspał, bo zapomnieć nie mógł, zwłaszcza, że poprzedniego dnia go spotkałam i zapewniał mnie, że na 100 procent będzie o czwartej czekał na mnie. Po pół godzinie oczekiwania wróciłam zła do domu.
 Teoretycznie mogłam o siódmej ruszyć z dwoma dziewczynami ze szkoły. Jednak byłam już tak na szkołę cięta, że zdecydowałam nie iść z nimi. Ruszyłam za to o 7 na poranny jogging. I kogo po drodze spotkałam? Niespodzianka. Mojego przewodnika z dziewczynami ze szkoły, który na moje pytanie, dlaczego się nie pojawił, wzruszył ramionami, uśmiechając się szyderczo i rzekł: „Adios”. W tym momencie miałam już pewność, że jego nieobecność z rana wcale nie była przypadkowa, ale zaplanowana razem z cholerną dyrektorką szkoły. Nie mogłam uwierzyć, że można tak być perfidnym i tak się odgrywać na kimś tylko za to, że nie był zadowolony z oferowanych przez szkołę „oszukańczych” usług. Zapewne, gdybym przedłużyła swój pobyt, podobna sytuacja nie miałaby miejsca.

Ponieważ jestem jednak nieodrodną córka mojej mamy i jakby nie było wiele po niej odziedziczyłam, podobnie jak i po dziadku, moja zawziętość i wściekłość sięgnęły zenitu. Postanowiłam, że tak traktować się nie pozwolę (tu kłaniam się mojej siostrze, która też nauczyła mnie walczyć o swoje). Jak również zdecydowałam, że ani chwili dłużej w San Pedro zostać nie mogę. Spakowałam rzeczy i postanowiłam iść się poawanturować, na tyle oczywiście, na ile to jest możliwe po hiszpańsku w moim przypadku. Sprawdziłam wcześniej kilka słów w słowniku: oszukać, brak profesjonalizmu, złożyć skargę, domagać się zwrotu pieniędzy i kilku innych sformułowań, z których zrobiłam sobie ściągę na ręce :). Teraz wyobraźcie sobie awanturę, w której jedna z osób próbuje się domagać swoich spraw i co chwilę musi szukać słów do kłótni w słowniku. Takiej sceny myślę, że i Monty Python by się nie powstydził w swoim filmie. Oczywiście była masa zdziwień ze strony syna właścicielki. Ponoć o czwartej rano mój przewodnik dobijał się do nich, szukając mnie. Dziwne, bo ja stałam pod ich domem-szkołą przez pół godziny, czekając na niego. Dziwnie łatwo odzyskałam też kasę za szkołę.  Mimo warunków w domu tej części pieniędzy już się nie dopominałam i ruszyłam szukać jakiegoś transportu do Xeli. Ciąg dalszy nastąpi.