Pokazywanie postów oznaczonych etykietą El Hato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą El Hato. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 stycznia 2013

Panajachel and beautiful Lago de Atitlan
Panajachel i piękne Lago de Atitlan



Time to hit the road

Finally, I left Earth Lodge. Although the owners tempted me with a free accommodation and
I really enjoyed beautiful scenery and delicious food, I had to pull together and leave this paradise. I decided to go to Antigua, which is 6 km from El Hato, on foot. I didn’t care about the fact that my backpacks were very heavy (the bigger – 24kg and the smaller one – 10kg). I am used to such walking trips (perhaps I should consider taking part in a “famer’s walk” competition?) but I must say I was exhausted and barely had I reached my favourite Umma Gumma hostel (I still have no idea what this name means) where I was supposed to get a bus to Panajachel, the place situated by one of the most beautiful lakes in Guatemala called Lago de Atitlan ( and not only in Guatemala, I guess). In the hostel, there is a travel agency which took me to Tikal. So this time I also decided to use their services. A very nice girl working there assured me of a special price offered to me as I had bought a trip before. All in all, it turned out that everybody had been offered this extraordinary price J. It is always like that. It was as if I had heard Egyptian pushy sellers telling every tourist  ‘My friends, this price is only for you!’.  In spite of that, I went to Panajachel with this travel agency as I didn’t want to travel with luggage by a chickenbus because I was afraid of losing it while being transported on the roof. The good thing about travelling with a travel agency was the fact that I was taken right in front of my hostel where I was supposed to stay in. I hadn’t made a booking there as it was impossible of technical reasons. I was praying to get a place there. Fortunately, the hostel wasn’t fully booked. The hostel is recommended by Lonely Planet and my friend also has written about it in her blog. 
The journey lasted long and I was getting bored. As usual I was the first passenger to be taken (why am I always so unlucky in that matter?) and I had to stay on the bus and wait for 45 minutes and travel around the city to collect other passengers. We had been waiting for 20 minutes for 2 people who hadn’t appeared. Finally, being quite late, we set off. The journey was supposed to last 2-2,5 hours. All in all, it took us 4 hours as the two people who hadn’t come on time were transported to our bus. So we had a forced layover. Although I have been in Guatemala for more than a month I still haven’t got used to their attitude towards time. I would like to feel ‘manana’ as they do. Not this time, unfortunately. Maybe tomorrow :). The thought of not having a booking kept nagging me. The journey was getting dragged on and I didn’t feel like wandering around with my heavy backpacks by night so that to look for accommodation. Fortunately, we reached our destination before 4pm and I wasn’t the last person to be driven to the hostel. There were plenty of free rooms in Villa Lupita. I took a single room with a bathroom for 60Q (I was being self-indulgent this time because you are charged extra money for a private bathroom). 
The hostel is cosy and lovely, full of plants on the outdoor patio and charming rooms (in comparison to this place, Umma Gumma is dingy).
The landlady was very excited when she found out that I am from Poland and my friend had been here a few years ago and recommended that place. I heard her tell about that her family. This is a family business. When I entered the patio, the mother and her daughters with their children were sitting there. They were wearing typical Mayan clothes. So I took it as face value. 
I was really hungry as most calories from my breakfast had been burnt while I was walking to Antigua (instead of morning jogging). I went to the city centre. I am staying in a quiet district close to a nice church and the market and far from crowded noisy tourist places. 
There are two main streets, both of which are pedestrian areas leading to the lake. They are called  Calle Santander and Calle Rancho Grande. I started walking along one of them (trying to find this place on the map unsuccessfully). There are plenty of travel agencies, restaurants and souvenirs shops. Luckily, there weren’t many tourists at that time of the day. There was a stunning view at the end of the street. The lake was glittering in the rays of the setting sun between two volcanoes. Along the shore there were groups of people of different age sipping wine and admiring the beautiful view.  
 So was I. It was getting dark so I decided to go back. This time I chose the second street.... and I got lost. I started wandering in the dark side streets having no idea where I was. I tried to keep cool and not to panic (Panajachel shouldn’t be scary for a girl who survived in the capital). In the end, I managed to find the way to the hostel thanks to kind passers-by who had showed me the direction. Fortunately, this time I knew the address.


Komu w drogę, temu…



W końcu wygrzebałam się z Earth Lodge. I choć kusili darmowym noclegiem, a piękne widoki i przepyszne zdrowe jedzenie przypadły mi do gustu ogromnie, musiałam się w końcu zmobilizować i opuścić ten rozkoszny przybytek. Postanowiłam z El Hato, znajdującym się około 6 km od Antigui, dostać się do miasta… pieszo. Nieważne, że jeden mój plecak waży prawie 24 kg, a drugi 10 kg. Nie takie trasy z ciężarem pokonywałam (może powinnam się zastanowić i wystartować w „spacerze farmera”?). Nie ukrywam, że pod koniec jednak umierałam i z trudem doczłapałam do mojego ulubionego hostelu Umma Gumma (nadal nie wiem, co owa nazwa oznacza), skąd miał mnie zabrać busik do Panajachel – miejscowości, znajdującej się nad jednym z najpiękniejszych jezior w Gwatemali –Lago de Atitlan. W hostelu, znajduje się bowiem agencja turystyczna, z którą wybrałam się do Tikal. Oczywiście przemiłe dziewczę, które tam pracuje zapewniało mnie o specjalnej cenie, tylko dla mnie, jako że się już znamy, ale oczywiście jak się okazało była to specjalna cena dla wszystkich J. Zawsze to samo. Jakbym słyszała egipskich naganiaczy: „My friends, specially price for you!”, wołających za każdym turystą, wyuczoną formułkę. Tak czy inaczej pojechałam z nimi, nie ryzykując podróży chickenbusem z wielkimi tobołami, o których los na dachu autobusu trochę się obawiałam. Busik podwiózł mnie przynajmniej pod hostel, który wybrałam za miejsce noclegowe. Nie zrobiłam wprawdzie rezerwacji, bo nigdzie na stronach nie było takiej możliwości, ale modliłam się, by w weekendowy piątek jednak nie wszystko było zapełnione. Hostel wymieniony był w Lonely Planet, ale wspominała też o nim w swoim blogu o Gwatemali moja znajoma, która tu właśnie się zatrzymywała i żałowała, że tylko na jedną noc.
Patio Villa Lupita

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Jak zwykle byłam odebrana, jako pierwsza (ja nie wiem, dlaczego mam zawsze takiego pecha?!) i przez około 45 minut musiałam kwitnąć w busie, błąkającym się po mieście, i odbierającym kolejnych współtowarzyszy podróży. Potem czekaliśmy kolejne 20 minut na dwie osoby, które się w ogóle nie pojawiły i z dużym opóźnieniem ruszyliśmy. Podróż miała trwać 2-2,5 godziny. W efekcie na miejsce dojechaliśmy po czterech, bowiem po drodze okazało się, że dwójka, która nie dotarła, nagle się odnalazła i ktoś ich dowoził do busa. Więc znów czekał nas przymusowy postój. Mimo że przebywam już w Gwatemali ponad miesiąc, to nadal nie mogę się nauczyć tego ich luźnego podejścia do czasu i braku pośpiechu. Chciałabym w końcu wpaść w ten ich rytm: „mañana”. Ale chyba jeszcze nie teraz. Może jutro :) Nie dawał mi spokoju myśl, że nie mam zapewnionego noclegu, podróż się przedłuża, a tu dość szybko robi się ciemno. Nie miałam ochoty błąkać się po ciemnicy z ponad trzydziestokilowym bagażem. Całe szczęście przed czwartą dotarliśmy i stał się cud, bowiem wyjątkowo nie byłam ostatnią osobą do odwiezienia. W Villa Lupita miejsca było mnóstwo. Za 60Q dostałam własny pokój z łazienką (nie ukrywam, że zaszalałam, bo za prywatną łazienkę się dopłaca). 
Hostelik jest przepiękny, z mnóstwem zieleni na patio i ładnymi pokoikami (teraz widzę, że Umma Gumma jest obskurnym hostelem :) ). Pani się strasznie przejęła, gdy powiedziałam, że jestem z Polski i moja znajoma tu była kilka lat temu i polecała ten hostel. Słyszałam jak później opowiadała swojej rodzinie o mnie. A no bo to właśnie jest rodzinne miejsce. Gdy weszłam na patio siedziała matka rodziny wraz z córką i dziećmi, i oglądali telewizję na patio. Obie panie ubrane były w typowe majańskie stroje.

Ponieważ głód zaczął mi doskwierać niemiłosiernie, zwłaszcza, że większość energii ze śniadania wykorzystałam na męczącą podróż w dół z El Hato (to zamiast porannego biegania było), ruszyłam w miasto. Mieszkam całe szczęście w dość cichej i spokojnej dzielnicy, blisko bardzo ładnego kościoła i rynku, za to z dala od turystycznego, rozbawionego towarzystwa. 
Lago de Atitlan

W mieście są dwie główne ulice, którymi poruszają się turyści i miejscowi, i obie są trasami spacerowymi, prowadzącymi do jeziora: Calle Santander i Calle Rancho Grande. Ruszyłam jedną z nich, oczywiście cały czas próbując odnaleźć się na mapie (ja chyba nigdy nie pojmę tej trudnej sztuki). Calle Santander wypchana jest licznymi agencjami turystycznymi, sklepikami z pamiątkami i restauracjami. Całe szczęście o tej porze nie było tu tłumu turystów. Przy końcu kilkusetmetrowej (a może nawet kilometrowej) trasy czekał mnie zachwycający widok. Jezioro mieniło się w promieniach zachodzącego słońca w statecznym towarzystwie wulkanów. Nad brzegiem jeziora, wzdłuż całego nabrzeża zebrały się grupki ludzi: młodych i starszych, delektujących się przy butelce piwa pięknym widokiem. 
Podelektowałam się więc i ja (ale tylko widokiem). A potem, jako że zaczęło się ściemniać, ruszyłam w powrotną drogę, tylko że postanowiłam wypróbować inną trasę. I to był mój błąd, bo oczywiście zabłądziłam. I nie chcę znów przysparzać niektórych o zawał serca, powtarzając mroczną historię ze stolicy ale zaczęłam krążyć zupełnie ciemnymi ulicami, nie mając specjalnie pojęcia gdzie się znajduję. Starałam się jednak zachować zimną krew i bez paniki, że ktoś mnie zaraz napadnie (w końcu skoro w stolicy przeżyłam, to jakiś tam Panajachel mi nie straszny) odnaleźć właściwą drogę i wreszcie po kilku wskazówkach przypadkowo spotkanych życzliwych przechodniów, dotrzeć do mojego hostelu. Całe szczęście tym razem znałam adres.

A jutro? Dokładniejsze zwiedzanie miasta. Może wybiorę się do pobliskiej miejscowości Solola. W niedzielę zaś przeprawa wodną taksówką do San Pedro La Laguna, w której od poniedziałku zaczynam szkołę.

Hasta luego!

czwartek, 10 stycznia 2013

Earth Lodge - avocado farm
Zielono mi, czyli z wizytą na farmie awokado



Green up – with a visit to avocado farm
I’m lying in the hammock and admiring a beautiful view of illuminating Antigua squeezed between two volcanoes. In the distance, I can see colourful fireworks in the sky – I guess somebody is celebrating his birthday today. The sounds of rock’n’roll are reaching my ears. 
I am immersed in almost total darkness. 
I left Antigua today. I didn’t go far away. It’s only 6 km from this city but it’s enough to feel like in the paradise. I am on the avocado farm called EarthLodge which was founded by an American-Canadian couple. You can come here, stay in a tree house or a dormitory, lie in the hammock and relax sipping chilled beer and admiring amazing scenery. I came here three days ago and I’m thinking about prolonging my stay in this lovely place. 
The avocado farm was crafted around tourists’ needs that’s why when I came here I bumped into several dozen of people. It was noisy and ....tourist and these were the things I had wanted to escape from. I was fed up with Antigua’s hustle and bustle. But I knew they had come here for one day to take some time out from this noisy tourist city. After the sunset, most of them left the farm. Only several people stayed here. Finally there was peace and quiet. People were sitting in comfortable armchairs and enjoying themselves. 
My friends wrote me about the farm. They said I would love this place. They were right. So on Sunday I said goodbye to my host family. It was rather a cold farewell as I wasn’t fully satisfied with my stay at their house. At midday I was supposed to go to the farm. I was laden with two extremely heavy backpacks. I had an impression that the bigger one weighted 100kg and the smaller, which I was carrying in front of me, weighted 20 kilos. I headed for the shop where I was to wait for a driver. First, I wanted to go there by a chickenbus but I read at the website that few people know where the farm is so there might be problems with finding it. So I had been waiting and waiting and waiting...... Finally, an old crumbling  pick-up arrived. I put my bags into the boot and in the company of other seven young people, we went to our destination. Young – how weird does it sound.  I felt quite old when I read my words. Anyway, I was inside the car,  I heard three vital questions you are asked when you meet new people: Where are you from? From Poland it’s always my answer. Are you really from Poland? I heard in Polish. I couldn’t believe. Ola is from Canada where she was born and brought up but her parents are from Poland. They emigrated to Canada in the 80’s. I couldn’t help talking to Ola because she was the first person (excluding the family from Poland), I had met here, who speaks Polish. Although Oleńka, as people call her, is 10 years younger than me, we had a lot of in common. Thanks to her, the afternoon, spent on the farm, was very nice and I didn’t mind the crowd of people loitering around. I started regretting that I had left Antigua just when I met a person I could speak freely to without forcing my brain. Oleńka is a friendly and sociable girl and I think we will keep in touch as her family lives in Poland (some of her relatives live in Bielkówek near Gdańsk – all beer lovers know well where this place is).
When everybody left the farm, I could lie in my hammock and enjoy wonderful atmosphere. I didn’t complain about the night spent in 8-bed dorm (I am used to sleeping in such crowded places). Besides, there were only three of us at the first night. I slept tight and comfortably as I hadn’t been attacked and bitten by any insects. And, what is the most important, I had had the first really hot shower since my arrival to Guatemala! You can’t even imagine what a pleasure it was!!!!
*
Again, I’m in the hammock wrapped in my sleeping bag. The sun is setting. Today, although the wind was blowing stronger than usual, the sun was very intense. 
I am immersed in peace and quiet. Two other people are snoozing in the hammocks next to me, somebody is reading a book. It an idyllic atmosphere. It’s the third day of my stay here and I’m not going to go anywhere. I want to spend one more day here. This place makes me feel good. It’s light-heartedly and peaceful. So nice. I can busk in the sun all day. But don’t think I loaf around all the time. I’m also working. I came here to rest and catch up with writing. I also go to the nearby forests, laze in the hammock and drinking wine I chat with people who have burrowed themselves on the farm. But usually I stay silent. After one moth of speaking Spanish and English, my brain deserves to have a rest because it will soon have to memorise new vocabulary again and express my thoughts in foreign words. 
My dorm
So I usually spend time lying in the hammock and when the sun sets and it gets colder, I seat myself in a soft comfortable sofa in the common room and admire the city illuminated with thousands of colours. I write, read, listen to music or plan my further journey. The days pass slowly and peacefully. The fourth day on the farm.
*
Nothing is so beautiful as a morning jogging among trees surrounded by amazing views on an altitude of a few thousands meters. It is the way I start every morning here which I end with stretching in the arbour with the view over volcanoes. It’s heaven on earth. I must admit that running here is incomparably better than in  Oliwa Woods.  
It’s Wednesday evening. I’ve just prolonged my stay. I’m staying until Friday. The owners want me to stay till Saturday (if you spend two nights in the dorm, you get the third one for free). I don’t want to change my mind but I don’t know what I will do on Thursday evening J. The vision of staying here is tempting but sooner or later I will have to leave this place. I would like to stay here forever. Frankly speaking, I started thinking about doing that. It would be nice to live here for a while so maybe I will come back here someday. Most people living on the farm are volunteers. They don’t pay for accommodation and food. In exchange for that they work, learn and are happy. I can’t stay now. Too many things I want to do. Too many places I want to see. Too many adventures I want to experience. but I know I will come back here. The avocado farm is magical and mystical. It has great drawing power. You may really fall in love with this place. It’s like The Beach (those of you who saw that film know what I mean). I can only envy the owners the idea of founding such a place. But I also know that they used to have a dream and travel the world to look for their own place. And they came here. At first, they worked in the hotels to earn  money to buy a farm. Finally, they settled down, they put down roots here. They created their own paradise which they share also with tourists. It’s good to know that dreams come true. Almost always.



Leżę w hamaku, a przede mną rozpościera się przepiękny widok: dwa wulkany, i spoczywająca między nimi, mieniąca się tysiącami świateł Antigua. W oddali widać feerię barw sztucznych ogni – ktoś znów obchodzi urodziny. W tle słychać rock’n’rolla, a poza tym panuje niemal całkowita ciemność. 
Dziś opuściłam Antiguę. Wyjechałam jednak niezbyt daleko, zaledwie 6 km, ale to wystarczyło, by poczuć się jak w raju. Jestem na farmie awokado EarthLodge, tak nazywa się to miejsce, które założyła para amerykańsko-kanadyjska. Można tu przyjechać, zamieszkać w domku na drzewie, albo w zwykłym dormitorium, leżeć w hamaku i relaksować się całymi dniami, popijając zimne piwo i wpatrywać się całymi godzinami w przepiękne krajobrazy. Przyjechałam tu na 3 dni, ale już zaczynam się zastanawiać nad pozostaniem dłużej. 
Widok z El Hato
Farma awokado to miejsce przede wszystkim dla turystów, więc gdy tu przyjechałam, natknęłam się na kilkadziesiąt osób. Było głośno…i turystycznie, a od tego chciałam przecież uciec. Tłok Antigui po miesiącu już mnie zmęczył. Wiedziałam jednak, że większość osób przyjechała tu tylko na dzień, by podobnie jak ja odpocząć od hałasu dużego, turystycznego miasta. Po zachodzie słońca większość odjechała i pozostało tylko kilkanaście osób, chcących na dłużej wyrwać się z miasta. Zrobiło się ciszej i spokojniej. Ludzie siedzieli w fotelach lub hamakach i delektowali się swobodnie przepływającym czasem.
Młode awokado
O tym miejscu dowiedziałam się od znajomych, którzy napisali mi, że zakocham się w tym miejscu. I mieli rację. Pożegnałam się więc w niedzielę z moją rodziną. Niezbyt jednak wylewnie, bo szczerze powiedziawszy w końcowym efekcie nie byłam zadowolona z pobytu u nich. W południe miałam ruszyć na farmę. Obładowana dwoma plecakami: wielkim z tyłu, ważącym chyba ze sto kilo i mniejszym z przodu, który ważył chyba ze dwadzieścia, ruszyłam do sklepu, przy którym miałam czekać na kierowcę. Chciałam jechać chickenbusem, ale na stronie farmy uprzedzali, że mało, kto wie, gdzie farma się mieści i może być później problem z dotarciem. Więc czekałam i czekałam, i czekałam… W końcu pojawił się stary, rozwalony pick-up. Zapakowałam się do bagażnika wraz, z co najmniej siedmioma innymi młodymi osobami. Młodymi – boże jak to zabrzmiało!!! Ale poczułam się właśnie wyjątkowo staro, gdy to przeczytałam J. W każdym razie w końcu padło jedno z trzech podstawowych pytań, które zwykle padają, gdy podróżujesz: „Skąd jesteś?” „From Poland”, odpowiadam i dostaję niemal zawału serca, gdy słyszę: „Naprawdę jesteś z Polski?”. Nie wierzę własnym uszom. Ola jest z Kanady, tam też się urodziła, ale jej rodzice są Polakami, którzy w latach osiemdziesiątych wyemigrowali do Kanady. 
Nie mogłam się z Olą nagadać, tym bardziej, że była jedną z niewielu, a właściwie mogę powiedzieć, że pierwszą osobą (bowiem rodzinki Polaków chyba nie warto liczyć), z którą w końcu mogłam porozmawiać w swoim języku. A poza tym, choć Oleńka, jak wszyscy na nią mówią, jest 10 lat młodsza ode mnie, to miałyśmy wiele ciekawych i wspólnych tematów. Dzięki niej popołudnie wśród tłumów ludzi, który zebrał się na farmie, a którego próbowałam uniknąć, minął mi niezwykle przyjemnie. Przez chwilę aż pożałowałam, że wyjechałam z Antigui akurat w momencie, gdy pojawiła się tam osoba, z którą wreszcie mogę normalnie porozmawiać, bez obaw o mój wycieńczony mózg. Nie mniej Oleńka okazało się przecudowną i przesympatyczną dziewczyną, z którą kontakt raczej się nie urwie, bowiem cała jej rodzina mieszka w Polsce, a cześć rodziny nawet w bliskim Gdańska Bielkówku (smakosze piwa dobrze wiedza gdzie miejscowość się znajduje).
Gdy w końcu wszyscy wyjechali, mogłam zanurzyć się w hamaku i chłonąć cudowna atmosferę. I nawet noc w dormitorium, w którym jest osiem łóżek w niczym mi nie wadziła (nie raz już tak w końcu spałam). Zresztą pierwszej nocy spałyśmy tam tylko we trzy. A spało mi się tam wyjątkowo wygodnie i bezpiecznie, bowiem absolutnie nic mnie tu nie pogryzło. No i wreszcie, tu na farmie, mogłam wreszcie zażyć pierwszego gorącego prysznica! Cóż to była za przyjemność!
*
I znów leżę w hamaku, tym razem opatulona śpiworem. Słońce zaczyna się chylić ku zachodowi. Dziś zerwał się trochę większy wiatr, ale i tak słońce przygrzewało mocno przez cały dzień.
Wokół panuje cisza i spokój. Dwie osoby przysypiają w sąsiednich hamakach, ktoś na leżaku czyta książkę. Panuje ogólna sielanka. Dziś mija trzeci dzień mojego pobytu na farmie i nie mam zamiaru stąd wyjeżdżać. Przedłużam pobyt o kolejny dzień. Jest mi tu tak dobrze, tak beztrosko, spokojnie i cicho. Tak przyjemnie. Mogę całymi dniami wygrzewać się na słońcu, w pięknym otoczeniu, ale żeby nie było, że się tylko obijam, to ja cały czas tu pracuję. Po to właśnie tu przyjechałam, by odpocząć, ale i nadgonić moją pisaninę. Trochę włóczę się po okolicznych lasach i drogach, trochę leniuchuje w hamaku, popijając winko, trochę rozmawiam z ludźmi, którzy tak, jak ja zaszyli się tu, ale głównie milczę i piszę. Po miesiącu nieustannego gadania w języku angielskim i hiszpańskim mój mózg potrzebuje oddechu i zrelaksowania się, bo za chwilę znów ruszę z wkuwaniem słówek i z nieustannymi próbami wyrażenia swoich myśli obcymi dla mnie słowami.
Więc najczęściej leżę w hamaku lub, gdy słońce zachodzi i robi się chłodniej, zanurzam się w wygodnej i miękkiej kanapie restauracyjno-barowo-świetlicowej i zza okien podziwiam rozświetlone tysiącami barw, miasto. I piszę albo czytam, słucham muzyki albo planuję dalszą podróż. I tak mija dzień za dniem. Dziś już czwarty na farmie.
*
Nie ma nic piękniejszego niż poranny jogging wśród zieleni na wysokości kilku tysięcy metrów z pięknymi widokami. Tak zaczynam każdy tu poranek, a potem rozciąganie w altance z widokiem na wulkany. Żyć, nie umierać. Muszę z przykrością stwierdzić, że moje kochane Lasy Oliwskie przegrywają z tutejszymi warunkami.
Jest środa wieczór. I znów przedłużam pobyt o kolejny dzień. Zostaje do piątku rana. I choć namawiają mnie, żebym jednak zdecydowała się zostać do soboty (jeśli spędzasz dwie noce w dormitorium, trzecią dostajesz gratis), postanawiam być twarda, choć musze przyznać, że nie wiem, co będzie w czwartek wieczorem J Propozycja kusi, ale w końcu będę musiała się stąd się ruszyć. Jak tak dalej pójdzie, to zostanę tu naprawdę na wieki. Zresztą zaczęłam się poważnie nad tym zastanawiać. No, może nie nad wiekami, ale nad jakimś czasem pozostanie tutaj, a raczej bardziej powrotu. Większość osób, które tu pracują, to, nazwijmy ich wolontariusze, którzy za nocleg, jedzenie i możliwość mieszkania tu, pracują, odpoczywają, uczą się i są szczęśliwi. Teraz na dłużej tu zostać nie mogę, bo zbyt wiele miejsc czeka na mnie. Ale wiem, że kiedyś tu wrócę. To miejsce ma w sobie moc i magię. Magię przyciągania. To miejsce, w którym naprawdę można się zakochać. Taka niemal „Niebiańska plaża” (kto widział film ten wie). Zostaje mi tylko zazdrościć właścicielom pomysłu. Ale wiem, że oni też kiedyś mieli marzenie, podróżując po świecie, i szukając swojego miejsca. I gdy przyjechali do Gwatemali, to najpierw przez jakiś czas pracowali w hotelach, by później kupić tu farmę i się na niej osiedlić. Stworzyli tu swój własny raj i raj dla wielu turystów również. W końcu marzenia się spełniają. Prawie zawsze.