niedziela, 6 stycznia 2013

Chichicastenango
Chichicastenango



Chichicastenango that is to say a well-known supermercado

I have read a lot about Chichi as it called tenderly by local people. It is famous for its amazing market. Every Thursday and Sunday, it is visited by locals from surrounding towns and villages who arrived at this place to sell and buy goods. However, the crowds of tourists come here to see this place as well.
The town itself is not so big but it is picturesquely situated. It is surrounded by the mountains and green valleys. Along the narrow streets, between tiny colourful houses, there are squeezed small stalls where you can buy fruit, sweets and freshly squeezed orange juice. I have chosen the Sunday for the day of my visit there since I wanted to observe and take photos of  local people who are focused on shopping and selling various goods. To my surprise, there weren’t many tourists on that day. At last, they weren’t noticeable as they had melted in the crowd of people wandering between stalls. The range of products sold here is impressive. You can get here almost everything from stones sold by weight, Mexican skulls called sugar-skulls to homespun Mayan fabrics.   
St Thomas Church is the central point of this town. The stairs leading to its entrance were also encumbered with stalls selling flowers. At first, I took photos secretly as I read blogs written by people travelling around Middle America  that local people don’t like  being taken  photos of and they often demand money. I didn’t intend to pay for anything. However, when  I noticed that nobody was paying attention to me I grew cheeky and started taking photos frantically. There were some people who covered their faces but at any time I wasn’t asked for money. I have an impression that tourists or explores themselves teach locals to demand money and then they complain about such behaviour.  
The aim of my visit to Chichi was not to purchase as most people coming here do  but to see the town and to visit two places which  I found extremely interesting. The town is quite small and it would take a half an hour to walk around it. But coming back to shopping, if I had a bigger backpack, I would buy a lot of things in Guatemala. Unfortunately, my backpack is bursting at the seams so it is impossible to put there anything. 
So we were wandering between the stalls….. well I wasn’t there alone. I went there together with my friend Mike who saw with me the Mayan end of the world. So, we looked around and then headed for the graveyard. Yes, I imagine choosing the cemetery as a sightseeing destination might be a little weird but this one wasn’t just a cluster of graves as it is in Poland but a great masterpiece seen in the museums. The graves look beautiful and one may say they make the vision of the death more optimistic. As usual my wonderful guide book claimed that this place is dangerous (as most places in Guatemala) so again, with the heart in my mouth I was moving around pink, green and blue graves (of course I needn’t have) and the forest of colourful crosses which made me smile. 
I felt a little bit strange because I realised it might be inappropriate to take photos of graves and be happy about it while, at the same time, the new corpse was being buried nearby. Whatever weird it sounds, I felt like a kind of necromancer (don’t mistake with a necrophiliac). But I couldn’t help myself  from taking photos and enjoying myself because I had never seen such a beautiful graveyard before. You can’t be indifferent when you see such a place. 
After one hour photo shoot, I left my extraordinary atelier. Time was passing quickly so I had to hurry because I wanted to see Pascual Abaj – the hill where there is Huyup Tak’ah shrine. It is a Mayan god that is worshipped by local people. They perform ceremonies, offer incenses, food and even chickens as a sacrifice. 
Honestly, this place wasn’t magical for me. Perhaps it would have been if there had been a ceremony taking place..... but we weren’t so lucky. The magical and mystical atmosphere was spoiled by the presence of the stall with cold drinks and other weird things sold by a woman dressed in Mayan clothes. I am fully aware that tourism has its rules but for me it as far too much this time.  
On my way to the top of the hill, I noticed that everybody was going to the shrine in the company of local guides ( I really doubt that a feeble boy would be able to protect a poor tourist against a thief). Only me and Mike were strutting valiantly on our own. 
Pascual Abaj
Being in this town, I became aware of the phenomenon which I had heard before but I couldn’t believe in it. It is said that alcoholism is a big social problem in Guatemala. According to Mayan beliefs, alcohol is claimed to have a purifying power. You know... when you want to drink, every reason is good! In Antigua, I didn’t see drunk people in the streets as it is a tourist resort and police officers patrol the town and call drunkards being scattered on the pavements to order. ‘Being scattered on the pavements’ is a proper expression to be used to describe a situation in Chichi. 
Pascual Abaj
In this place, I tripped over blind drunk men and women. They looked pathetic lying unconsciously between stalls on the streets or pavements. It made me sad when I saw other people walking indifferently between them. In Poland, the police would come and take such a person to the detox ward. I guess pedestrians would show more interest in helping an unconscious person lying on the street. Before I came here, I had thought that there was callousness in Poland but now I have changed my opinion. 
When it comes to alcohol in Guatemala, I suppose they have to pay a lot for current here. What is the relation between the price of energy and drinking alcohol? Here is an answer. We went to the local pub which offered beer for 5Q (as it was advertised on the billboard). However, when we asked for chilled beer, we were charged 6Q. Why? You pay more if you want a beverage from a refrigerator. It would be nice if in small, local shops in Poland, this rule was applied conversely that is ‘pay less for the beer from the fridge which is usually switched off because the owner saves on current’.



Chichicastenango, czyli znane supermercado



O Chichi jak w skrócie i pieszczotliwie nazywają go miejscowi, czytałam już dawno. Słynie ono z niezwykłego rynku, na który w czwartki i w niedziele zjeżdżają nie tylko tłumy turystów, ale przede wszystkim miejscowi z okolicznych miast i wiosek.

Miasteczko nie jest zbyt duże, za to pięknie usytuowane. Otaczają go ze wszystkich stron góry i zielone doliny. W miasteczku, wzdłuż wąskich uliczek, między niewielkich rozmiarów kolorowymi domkami, powciskane w liczne kąty, wystają małe stoiska z owocami, słodyczami, i wyciskanym na miejscu sokiem z soczystych pomarańczy. 
Oczywiście na odwiedziny wybrałam niedzielę, by przyjrzeć się miejscowej ludności, która zaabsorbowana zakupami lub sprzedażą licznych dóbr, nie będzie miała nic przeciwko turystce, fotografującej ich z zacięciem. Innych, mi podobnych, wbrew pozorom nie było aż tak wielu jak się tego początkowo spodziewałam. A przynajmniej nie rzucali się aż tak bardzo w oczy, ginąc gdzieś między licznymi straganami, na których można było dostać niemal wszystko: od kamieni sprzedawanych na wagę, przez meksykańskie czaszki, tzw. sugar-skulls po ręcznie tkane majańskie tkaniny. 

Centralnym miejscem w miasteczku jest kościół świętego Tomasa, do którego schody, również okupowane były przez liczne stoiska, głównie z kwiatami. Początkowo nieśmiało próbowałam zrobić zdjęcie, ukrywając się z tym nieco. Czytałam niejednokrotnie na innych blogach ludzi, podróżujących po Ameryce Środkowej, że miejscowi nie lubią gdy się ich fotografuje i często żądają pieniędzy za uwiecznienie ich facjaty. Nie miałam zamiaru nikomu za nic płacić. Gdy zauważyłam jednak, że mało kto zwraca na mnie uwagę, rozzuchwaliłam się i zaczęłam wymachiwać aparatem na wszystkie strony. 
Wprawdzie czasem ktoś się zasłonił, ale ogólnie nikt o żadne pieniądze się nie dopominał. Mam wrażenie, że to turyści czy podróżnicy sami często przyzwyczajają lokalesów do dawania pieniędzy, a potem narzekają, gdy ci domagają się tego, do czego zostali przyzwyczajeni.

W Chichi nie zamierzałam wprawdzie niczego kupować, a po to głównie przyjeżdżają tu ludzie, lecz zobaczyć miasteczko, które za wielkie wprawdzie nie jest i jego obejście pewnie z pół godziny by zajęło, ale są w nim dwa ciekawe, według mnie miejsca, które pragnęłam zobaczyć. 
Ale wracając do zakupów, to nie to, żebym nie chciała ich robić, bo gdybym mogła to wór wszystkiego w Gwatemali bym kupiła, ale niestety już z tym, co przywiozłam z Polski ledwo się mieszczę w moim plecaku.

Połaziliśmy więc po straganach…aha no tak, napisałam połaziliśmy, bo nie pojechałam sama, ale w towarzystwie mojego kolegi Mike’a, który towarzyszył mi już wcześniej w majańskim „końcu świata”. Więc połaziliśmy po straganach, a potem skierowaliśmy się na cmentarz. Tak, tak, wiem, że może wydać się dziwnym wybieranie się na cmentarz, zamiast do muzeum, ale to cmentarzysko nie było zwykłym skupiskiem nagrobków jak to bywa w Polsce, ale dziełem sztuki niemal, jakie się spotyka właśnie w muzeach.
 Przepiękne, barwne, rzec by się chciało, że optymistycznie nastawiające do życia…a raczej może do śmierci. Oczywiście w przewodniku przeczytałam, że jest to bardzo częste miejsce napadów rabunkowych (jak większość miejsc w Gwatemali), więc znów trochę z duszą na ramieniu (oczywiście zupełnie niepotrzebnie) przemieszczałam się między różowymi, zielonymi i niebieskimi nagrobkami i kompleksem kolorowych krzyży, które wywoływały na mej twarzy uśmiech. 
W pewnej chwili poczułam się trochę dziwnie, bo też wydało mi się nie na miejscu bieganie po cmentarzu, robienie zdjęć nagrobkom i jeszcze cieszenie się z tego, zwłaszcza, że nieopodal zakopywano nowe zwłoki. Poczułam się trochę jak, pewnie to głupio zabrzmi, ale jak jakaś nekromanka (nie mylić z nekrofilką). 
"Las...krzyzy" :)
Ale cóż mogłam poradzić na to, że nigdy wcześniej nie widziałam piękniejszego cmentarza? Nie mogłam przejść obok niego obojętnie.

Po godzinnej sesji fotograficznej w końcu opuściłam moje nietuzinkowe atelier, bo czas upływał niestety bezlitośnie, a ja chciałam jeszcze zajść na wzgórze Pascual Abaj, gdzie znajduje się sanktuarium boga majów –  Huyup Tak’ah, którego lokalna ludność nadal czci, odprawiając na jego cześć ceremonie, i składając w ofierze kadzidła, jedzenie, a nawet kurczaki. Szczerze powiedziawszy miejsce dla mnie nie miało specjalnie magicznego klimatu. 
Krzyż na Pascual Abaj
Może gdyby akurat odbywał się tam jakiś rytuał…ale nie mieliśmy tyle szczęścia. Poza tym klimat tajemniczości i mistycyzmu pękł jak bańka mydlana, gdy po wdrapaniu się na szczyt, ujrzałam stoisko z „klamotami” i zimnymi napojami, sprzedawanymi przez kobiecinę w majańskim stroju. Rozumiem, że turystyka rządzi się swoimi prawami, ale jak dla mnie co za dużo, to niezdrowo.

 Po drodze zauważyłam, że zgodnie z zaleceniami przewodników, praktycznie nikt nie wędrował na wzgórze sam, lecz w towarzystwie lokalnych lub zamiejscowych przewodników z agencji turystycznych (jakby chłopaczek wzrostu niespecjalnie wysokiego miał obronić biednego turystę przed złodziejem). Tylko my z Mikiem dziarsko kroczyliśmy przed siebie. 
Pacual Abaj

Miasteczko,  muszę przyznać, że tu dopiero dało się zauważyć to, o czym słyszałam już wcześniej, ale w co specjalnie nie wierzyłam. W Gwatemali bardzo dużym problemem jest alkoholizm. Ponoć ma to wynikać z pradawnych wierzeń Majów w oczyszczającą moc alkoholu, no ale jak ktoś chce pić to zawsze pretekst się znajdzie. W Antigule tego nie widać, bo to miejscowość bardzo turystyczna i służby porządkowe dbają, by pijani nie walali się po ulicach. I słowo „walali się” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo w Chichi na każdym kroku potykałam się o zalanych w sztok mężczyzn i z przykrością muszę przyznać, że o kobiety również. Smutny to był widok, leżących w poprzek chodnika lub ulicy, wciśniętych w kąt straganów nieprzytomnych ludzi i ich współmieszkańców, przechodzących nad nimi tak, jakby zupełnie tych pierwszych nie było. U nas zaraz przyjechałaby policja i zgarnęła takiego delikwenta do „wytrzeźwiałki”, ktoś by się zainteresował, podszedł i zapytał czy wszystko w porządku. Zanim tu przyjechałam, myślałam, że to w Polsce panuje ogólna znieczulica.

A co do alkoholu, to muszę wspomnieć, że chyba w Gwatemali mają dość drogi prąd. Zastanawiacie się, co ma alkohol wspólnego z prądem? Chodzi mi konkretnie o piwo. Zaszliśmy do małego baru, na którym wisiała reklama z wielkim napisem, że piwo u nich tylko 5 quezali. Ale na miejscu okazało się, że płacimy sześć. Dlaczego? Bo chcieliśmy zimne piwo, z lodówki, a ono jest droższe. Fajnie byłoby, żeby i u nas, w małych, dzielnicowych sklepikach coś takiego wprowadzili, tyle że w dół. Płaci się mniej za piwo z lodówki, która i tak jest zwykle wyłączona, bo właściciel oszczędza na prądzie.

środa, 2 stycznia 2013

Antigua - sightseeing
Antigua - Zapraszam na zwiedzanie



Antigua – let’s explore the city.


On New Year Day, late in the morning I decided to explore the city. Well, I have been staying here for a few weeks and I have visited quite many places so far but this time I wanted to familiarize myself to Antigua deeply.   
Cerra de la Cruz
After jogging, when the city was falling asleep after New Year’s Eve madness, I went sightseeing in the company of my Lonely Planet guide book.  I decided to follow the route advised by the author of the book. It starts on the hill of Cerro de la Cruz where I have been many times. Despite this fact, I climbed up the hill because there is a spectacular view over the city. Not only is this place popular among the tourists but also among Guatemalocos who visit the hill on non-working days and barbecue. Several dozen of steps lead to the hill so going there is a pleasant physical exercise. For those who are lazy there is a tempting alternative. For pennies, they can go there by tuk-tuk that is a small local taxi. The hill and the route leading there are patrolled by the police because this place is claimed to be dangerous (at least it used to be). Since the police officers started  supervising this sight, the instances of mugging have been rarely reported.  

Going down the hill, I went past the tiny charming square with an inactive fountain. Then, I saw the ruins of  Iglesia de la Candelaria. There are plenty of magnificent and stunning ruins, the remains of strong volcanic eruptions which hit Guatemala.

Following the tips from my guide book, I reached a small temple called Templo de Santa Rosa de Lima. But for it, I would never had found this church (frankly speaking, finding this place caused me a lot of problems as I am not good at reading maps).  The tiny church is hidden in a side street far from the hustle and bustle of the city. However, it is a private property so I could admire it only from a distance as the temple is situated on the fenced area.
Templo de Santa Rosa

Las Capuchinas was my next tourist sight. It is an old monastery which was completely destroyed by the earthquake in 1773. Unfortunately, it was closed and I couldn’t go inside. Well, 1st January is not a perfect day for sightseeing. I also went past Iglesia El Carmen church and Convento de Santa Teresa convent which used to be a penitentiary for male prisoners.
Las Capuchinas
 Finally, I reached the place I had been going  past many times a day within last few weeks. It is a church called Iglesia de Nuestra Senora de la Merced (what a long name!). It has a yellow facade decorated with white decors. Not only had I been going past this building many times on my way to school and back to home but also I took plenty of snapshots here during holidays and the country fair and I tried Guatemalan goody. 
La Merced
What’s more, I had no idea that there are ruins of an old monastery with the biggest fountain in Latin America. It is 27 m high and you can see it for 5Q (2 zł!). The place is stunning and the fountain itself is impressive. It is decorated with lilies which are significant for Maya people as they are a symbol of power. From the upper floor of the monastery I could admire the spectacular view over the green space and roofs. It was worth coming here.    
Palacio del Ayunamiento

Parque Central was my next stop. It is a central point of every town and city in Latin America. I am going there along Calle del Arco which is a well-known street for me as I have been here many times. It is usually full of tourists, local people strolling with families and fruit and Mayan handicrafts merchants. This is a street where all parades take place and where many unforgettable events were held during Christmas and New Year’s Eve. I went under the arc on which the inscription of New Year 2013 was still illuminating. At last, I came to Parque Central. It is a good place for observing people: merchants, shoe cleaners and children trying to sell some weird items. In the centre of the square there is a fountain surrounded by many trees and benches. It is a crowded place framed with long buildings. One of them is Palacio del Ayuntamiento dated 18 century which is a town hall. Right next to it, there is Catedral de Santiago
 I didn’t enter it because there was a mass in progress, besides I preferred to focus on taking photos of people wandering in the park. At the back of the cathedral there are ruins which I decided to see (admission fee: 3Q that is 1,3zł). When you look up, you could admire the cerulean of the sky with white clouds floating. And it would have been great here.... but for the crowd of people. Again, I realised that I had chosen a wrong day.
Catedral de Santiago

I left this place and I headed towards Tangue de la Union – the square with palm trees and a building which I couldn’t see because it was under construction. The information from the guide book had to be sufficient for me this time. I could also cast a glance over a city laundrette which is still used by some women. The laundrette consists of concrete ‘basins’ (in my opinion, it is hard to call this thing a basin). Inside of each basin the ribs are craved. They are supposed to be used as a washboard. Today, there wasn’t anybody doing the washing in the laudrette. I must admit I admire the people who come here to wash their clothes. I wouldn’t use  this water  (it’s yellow and stinky) to flush the toilet. Well, every country has its own customs. At the end of my sightseeing tour, I saw another church and drank a cup of coffee because after 4 hours’ walking I felt quite tired.  
Loundry

So, I explored Antigua at the end of my stay here. Well, better late than never!

On that day I also met many groups of people dressed in fineries who were playing the wooden instruments and visiting houses so that to collect money. It is a New Year tradition in Guatemala practised on the 1st of January and I would compare it to Polish carol singers. the representatives of various churches parade with the statues of Virgin Mary and collect money for events related to Easter. There were plenty of such groups in the city. 
A boy in a gold hat

Unexpectedly, I bumped into a Polish family who are also studying in my school. It was a very short meeting. Usually, when I’m in Europe, I tend to avoid my fellow countrymen but here in Latin America it is nice to chat in Polish. I assume the family was of different opinion. They were conceited and snooty. 
Icewoman
Quite surprising for me but maybe it shouldn’t be as it is said ‘There are people and People’.




W noworoczne przedpołudnie 1 stycznia postanowiłam w końcu zapoznać się, co nieco z miastem. To znaczy zapoznaję się z nim już niemal od miesiąca, ale że wyjeżdżam już stąd w niedzielę, to postanowiłam na zakończenie pogłębić tę znajomość. 
Cerra de la Cruz
Po porannym joggingu, gdy miasto właśnie kładło się do snu, po całonocnej sylwestrowej balandze, z przewodnikiem Lonely Planet w łapie, wybrałam się na zwiedzanie. Postanowiłam krok w krok podążyć trasą, wytyczoną przez autora przewodnika. Zaczyna się ona wprawdzie tam, gdzie byłam już kilkanaście razy, czyli na wzgórzu Cerro de la Cruz, z którego rozciąga się przepiękny widok na miasto, ale nie przeszkodziło mi to w ponownym się tam wdrapaniu. 
To miejsce lubią nie tylko turyści, ale również Guatemalcos, którzy w wolne od pracy dni, a czasem i popołudnia zbierają się tu licznie i piknikują. Na wzgórze prowadzi kilkadziesiąt albo i więcej schodów, i muszę przyznać, że jest to całkiem niezłe ćwiczenie. Ci, bardziej leniwi mogą jednak wjechać na górę za grosze tuk-tukiem, czyli miejscową małą taksóweczką. Wzgórze i droga na nie jest cały czas patrolowana przez policję, ze względu na to, że jest to ponoć miejsce (a przynajmniej było) dość częstych napadów rabunkowych. Odkąd jednak stacjonują tam mundurowi, aż tak wielu historii o napadach nie słyszy się.
"Parczek"

W drodze ze wzgórza, minęłam malutki, ale niezwykle urokliwy skwerek z fontanną, wprawdzie nieczynną, ale miejsce i tak jest bardzo sympatyczne, a chwilę potem po prawej stronie objawiły mi się ruiny Iglesia de la Candelaria. W ogóle w Antigule jest masa ruin, majestatycznych i pięknych - to pozostałości po silnych trzęsieniach ziemi, które nawiedziły Gwatemalę. 
Templo de Santa Rosa de Lima

Podążając za wskazówkami przewodnika, choć nie ukrywam, że miałam sporo problemów z odszyfrowywaniem kierunków i w odnajdywaniu się na mapie, co nie jest moją najmocniejszą stroną, dotarłam do małej świątyni, zwanej Templo de Santa Rosa de Lima, której w życiu bym nie znalazła, gdyby nie przewodnik. Kościółek ukryty jest w bocznej uliczce, z dala od ludzkiego wzroku i w dodatku jeszcze na terenie prywatnej posiadłości, więc mogłam tylko popodziwiać zza muru. 
Las Capuchinas

Następny na mojej trasie był klasztor Las Capuchinas, który w roku 1773 został całkowicie zniszczony przez trzęsienie ziemi. Niestety dziś był zamknięty i nie mogłam zajrzeć do środka. No cóż, taki dzień na zwiedzanie sobie wybrałam. Dalej minęłam kolejny kościół Iglesia El Carmen i klasztor Convento de Santa Teresa, który do niedawna jeszcze służył, jako męskie więzienie. W końcu dotarłam do miejsca, obok którego przechodziłam przez ostatnie tygodnie kilka razy dziennie. 
Ruiny Iglesia de la Merce
To piękny, o żółtej fasadzie, dekorowany białymi zdobieniami kościół Iglesia de Nuestra Senora de la Merced (strasznie długaśna nazwa!). Mało, że mijałam go setki razy w drodze do szkoły i do domu, ale i przy nim robiłam zdjęcia podczas świąt i jarmarku, to tu niejednokrotnie próbowałam smakołyków gwatemalskich, a nie miałam pojęcia, że przy kościele znajdują się ruiny dawnego klasztoru z największą w Ameryce Łacińskiej fontanną, liczącą 27 metrów (wstęp 5Q, czyli jakieś 2 zł!). 
Największa fontanna
Przepiękne miejsce, a fontanna naprawdę robi wrażenie. Zdobiona jest liliami, które mają specjalne znaczenie dla Majów, bowiem w ich tradycji są symbolem siły. Z górnego piętra klasztoru rozciągnął się przede mną piękny widok na zielone przestrzenie, no i na mniej już piękne dachy domów. Warto było odwiedzić to miejsce.

Kolejny na mej trasie był centralny punkt każdego miasta w Ameryce Łacińskiej, czyli Parque Central. Podążyłam do niego świetnie już znaną Calle del Arco, którą przemierzyłam niejednokrotnie wzdłuż, i która zwykle jest pełna turystów, miejscowych spacerujących z rodzinami oraz licznych handlarzy owoców i rękodzieł majańskich. Jest też ulicą, na której odbywają się liczne parady, i która w noc sylwestrową oraz w dni świąteczne była miejscem wielu niezapomnianych eventów. Przeszłam pod żółtym łukiem, na którym jeszcze wczoraj płonął napis rok 2012. 
Palacio del Ayunamiento
Znalazłam się w końcu w Parque Central, który daje świetne warunki do obserwacji ludzi: handlarzy obnośnych, czyścicieli butów, dzieciaków, próbujących sprzedać różne wynalazki. Stojąca na środku fontanna, wraz z otaczającymi ją licznymi drzewami i ławkami, zaludnionymi przez tłumy, otoczona jest ze wszystkich czterech stron, długimi budynkami. Jednym z nich jest, pochodzący z XVIII wieku Palacio del Ayuntamiento, czyli mówiąc prosto ratusz, a zaraz obok znajduje się Catedral de Santiago, do której już nie wchodziłam, bo trwało akurat jakieś nabożeństwo, a poza tym wolałam się skupić na fotografowaniu, kręcących się po centralnej części parku, ludzi. 
Catedral de Santiago od strony Pargue Central
Za to od tyłu katedry zajrzałam, do przynależących do niej ruin (bilet: 3 Q, czyli około 1,3 zł). Patrząc w górę, można było z ich wnętrza podziwiać błękit nieba, upstrzony licznymi białymi chmurami. I byłoby pięknie, gdyby nie tłumy zwiedzających. Po raz kolejny powtórzę: Taki dzień sobie wybrałam!
Catedral del Santiago od wewnątrz

Stamtąd udałam się już w ostatnie miejsce Tangue de la Union– plac z palmami i z czymś, co nie było mi jednak dane zobaczyć, bowiem było w remoncie. Poczytałam za to o tym w przewodniku i musiało mi tyle wystarczyć. Oprócz wierzchołków palm, mogłam chociaż rzucić okiem na miejską pralnię, z której jeszcze dziś korzystają niektóre kobiety. Pralnia składa się z betonowych „umywalek”, (choć ciężko to tak naprawdę nazwać umywalką), w której wyrzeźbione są żebra, mające służyć, jako tarka. 
Miejska pralnia
Dziś żadnej pani piorącej nie było, ale muszę przyznać, że jestem pełna podziwu dla tych, które faktycznie przychodzą tu robić pranie. Wody, która tu ma służyć do czyszczenia ubrań (żółta i syfiasta) do spuszczenia wody w kiblu bym nie ułożyła, ale cóż: co kraj, to obyczaj. Na ostatek został rzut oka na kolejny kościół i przystanek na kawę, bo po 4 godzinach łażenia, ogarnęło mnie zmęczenie.

Przy końcu mego pobytu w Antigule wreszcie poznałam ją dokładnie, ale lepiej późno niż wcale.
Chłopiec w złotym kapeluszu w Pargue Central

Tego dnia na swej drodze napotkałam też liczne grupy, ubranych w odświętne stroje ludzi, którzy grając na drewnianych instrumentach, przemieszczali się od domu do domu i zbierali pieniądze. Jak się okazało jest to noworoczny zwyczaj, przeznaczony na 1 stycznia. Taka trochę nasza kolęda. Przedstawiciele różnych kościołów, wędrują z figurkami dzieci Marii Dziewicy i zbierają pieniądze na
imprezy towarzyszące Świętom Wielkiej Nocy. 
Sprzedawczyli lodów w Parque Central
Tych grup, kroczących po mieście w rytm drewnianych instrumentów było mnóstwo. 
Miałam też przypadkowe spotkanie z rodziną Polaków, o których wspominałam, że studiują w tej samej, co ja szkole. Było ono chwilowe. Ja też z reguły nie przyznaję się do „swoich”, gdy krążę po europejskich krajach, ale w Ameryce Łacińskiej, gdzie tak niewielu Polaków się spotyka, fajnie pogadać w ojczystym języku. Rodzinka jednak jest chyba odmiennego zdania. Strasznie nadęci i niechętni nawet na rozmowę. Dziwne to dla mnie, no ale jak to się mówi: „Są ludzie i Ludzie”, czy jakoś tak.