środa, 13 marca 2013

On the other side of the mirror
Po drugiej stronie lustra



I was out of breath. Not because of being tired. Because of two other reasons. Firstly, there was a strong cold wind blowing which made breathing difficult. Secondly, in front of me,  there was a breathtaking view. I was sure nothing could make me so positively surprised after my 3 months journey during which my eyes had seen a lot of mountains, volcanoes, lakes, monuments and ruins. But I was wrong. I was surprised as I hadn’t expected the view I saw. The greenness of the crater of Santa Ana volcano was incredibly awesome. Its colour was amazing. Its greenness was emerald. Never before had I seen such things. It was the second most beautiful place I had seen during my journey, the first was the Santa Maria volcano in Guatemala. 
The Santa Ana and Itzalco volcanoes are situated in the Cerro Verde National Park where three volcanoes are located. Getting to the first one isn’t complicated. However, those who don’t like walking (I reckon all inhabitants of Central America aren’t keen on walking at all) may find it difficult as you have to visit 2 volcanoes even if you want to see only one. How come? Here it is an explanation: the bus takes you to the beginning of the path that is Cerro Verde volcano. First you have to go down the Cerro Verde volcano and hike to one of the volcano you want to see either the Santa Ana or Itzalco. In case of both options, the hiking takes 4 hours (more experienced hiker needs 2-2,5h). Of course, you are being escorted by the tourist police that’s why the tours to see volcanoes always start at 11. 
In Salvador, tourist police units are really well-organised although there aren’t many tourists (maybe that’s why they work well). You can order their service even for individual protection during the tours you arranged on your own.  And it is free of charge. The only thing you must have is the food for your lovely bodyguards.
I left the capital and moved to San Ana  to see the volcanoes and  Tazumal – the Mayan ruins. It is quite a quiet town. I stayed in Casa Frolaz hostel run by nice and friendly Francisco who I had met at the couchsurfering. He was very helpful as he gave me a lot of advice what to see, where to eat and sleep and in general, how to spend time in Salvador to enjoy myself and have unforgettable memories. 
I stayed in the dormitory with three beds only and I made friends with Kirs and Muriel. I made myself understood to Muriel (of course in Spanish) and decided to sightsee together for the next two days. My new friend was also planning to visit Guatemala and Mexico. Because our Mexican plans were supposed to be put into practise at the same time, we decided to go there together.
For the time being, I must say the view of the lagoon was astonishing. The trekking itself wasn’t demanding at all for me but the view compensated me for not being tired. 
Tazumal
I decided to see the Mayan ruins  last but one time. It would have been the last time because I had seen plenty of them so far. but being in Mexico I couldn’t be indifferent of the ruins in Palenque. Tazumal- it was beautiful but ... they didn’t impress me much. We almost missed the main entrance. Tazumal means ‘the place where the victims were burnt’ in K’iche. They are considered to be the best preserved and most important ruins in Salvador. The site isn’t big so seeing it took us about 15 minutes that is less than the trip to the town. 
We also didn’t plan to stay there longer as the Santa Ana theatre was celebrating its 103rd birthday in the afternoon. Because of that reason, there were various events, full of dances and joy, organised. We, the weary travellers, wanted to experience the cultural rebirth as we had been much down-to-the earth during our journey thinking only about where to sleep and eat (and not to encounter the bedbugs). I would quote my friend Sikor’s words but it wouldn’t be proper to do it in public so I just say that we needed a little bit of ‘culture’, ‘the culture with a capital C’. We spent the afternoon in the theatre admiring the dancers’ colourful clothes, listening to the concerts and admiring the fashion show of wedding clothes. 
The theatre
I was walking proudly on the red carpet being greeted by the ladies dressed in elegant clothes. I almost forgot that I was wearing my worn-out trekking trousers and sandals instead of high-heels. After three months of the cultural rehab, too much culture didn’t make me good. You can’t throw yourself in at the deep end. You have to do it step by step. So I got tired and went to bed early. It was nice to see a different reality, different from the views of towns and villages where the women do the washing in the public laundries, where the neglected children play in the streets. 
Cathedral of Santa Ana
The reality of the women wear beautiful dresses and children dressed in carefully ironed uniforms, holding their hands, are following their parents. It was nice to find myself in a different story, to look at the world from the other side of the Central American mirror.




Zabrakło mi tchu w piersiach. Nie, broń boże nie ze zmęczenia. Z dwóch innych powodów. Przede wszystkim wiał potwornie silny i w dodatku zimny wiatr, który nie pozwalał na swobodne oddychanie. Drugim i najważniejszym powodem, był widok, który pojawił się przed moimi oczami. Byłam niemal przekonana, że po trzech miesiącach podróży, po kilkunastu szczytach, wulkanach, jeziorach, zabytkach, ruinach, już nic mnie nie może zaskoczyć. A jednak. Przede wszystkim zaskoczyło mnie to, że byłam niezwykle zaskoczona widokiem, bo tego się nie spodziewałam. Rozbroiła mnie zieloność laguny na dnie krateru wulkanu Santa Ana. A właściwie to nie zieleń, a kolor iście szmaragdowy. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam. Momentalnie wulkan Santa Ana uplasował się na drugim miejscu najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam podczas mojej podróży, depcząc po piętach widokowi z wulkanu Santa Maria w Gwatemali.
Laguna wulkanu Santa Ana
Wulkan Santa Ana, jak również pobliski Itzalco należą do Parku Narodowego Wulkanów Cerro Verde, który obejmuje trzy wulkany. Zdobycie ich nie jest zbyt skomplikowane, a już na pewno nie długie. Dla tych jednak, którzy nie lubią specjalnie chodzić (a mam wrażenie, że Salwadorczycy właśnie za tą czynnością nie przepadają, podobnie jak i mieszkańcy pozostałych krajów Ameryki Środkowej) może okazać się, co nieco uciążliwe, bowiem niezależnie, który wulkan się wybierze: Santa Ana czy Itzalco, to trzeba jednego dnia zaliczyć dwa. Jak to? A tak, że autobus wiezie do miejsca startu wędrówki, czyli na wulkan Cerro Verde. Najpierw trzeba więc zejść z wulkanu Cerro Verde, a następnie wspiąć się na jeden z wybranych i pozostałych dwóch, następnie ponownie zejść z wybranego i znów wspiąć się na Cerro Verde. W obu przypadkach taka wędrówka zajmuje około 4 godzin (sprawni piechurzy potrzebują 2 – 2,5 godziny). Oczywiście na wulkany idzie się z obstawą policji turystycznej, dlatego wycieczki odbywają się zawsze o tej samej godzinie, czyli o 11. 
Widok z wulkany na jezioro Coatepeque
W Salvadorze, choć nie ma tłumów turystów, policja turystyczną działa niezwykle sprawnie (w sumie może właśnie, dlatego że nie ma zbyt wielu turystów). Można ich sobie zamówić indywidualnie do ochrony podczas niektórych wycieczek, które chce się zorganizować samemu. To nic nie kosztuje, oprócz poczęstunku, który wypada wziąć dla przemiłej obstawy.
Droga na szczyt
Wulkany, jak również ruiny Majów Tazumal, postanowiłam już zwiedzić nie ze stolicy, ale z pobliskiej miejscowości Santa Ana, w miarę spokojnego miasta, w którym zamieszkałam w hostelu Casa Frolaz, prowadzonego przez sympatycznego Francisco, poznanego na couchsurfingu. Francisco wiele mi pomógł, doradzając nieustannie, co i gdzie mogę zobaczyć, gdzie nocować i jeść, i w ogóle jak spędzać czas w Salvadorze, by w mej pamięci pozostały tylko niezapomniane wrażenia. W dormitorium, w którym zamieszkałam, zresztą w dość nietypowym, bo znajdowały się w nim tylko trzy łóżka, spotkałam Krisa i Muriel. Z Muriel szybko się dogadałyśmy (po hiszpańsku oczywiście) i postanowiłyśmy najbliższe dwa dni spędzić na wspólnym zwiedzaniu. Moja nowa koleżanka w późniejszych planach miała wizytę w Gwatemali, a następnie w Meksyku. A ponieważ nasze plany meksykańskie okazały się zbieżne w czasie, wyklarowały się wspólne wojaży w tamte tereny.
Tazumal
Póki co, wracając jedynie z dygresyjnych wojaży, muszę stwierdzić, że laguna rozłożyła mnie na łopatki. Trekking jak na moje umiejętności to był żaden, ale przecież nie zawsze chodzi o to, żeby się zmęczyć do nieprzytomności. Widok wynagrodził mi wszystko.

Przedostatni też raz w trakcie tej podróży wybrałam się do ruin Majów – Tazumal. Byłby ostatni raz, bo w sumie naoglądałam się ich już tyle, że do końca życia mi chyba wystarczy, ale będąc w Meksyku, nie mogę tak po prostu machnąć ręką na ruiny w Palenque. Tazumal – ładne…no cóż, nie będę się powtarzać ze słowami, których użyłam ostatnio do opisu ruin w San Andres.
Mało, że w ogóle przegapiłybyśmy z Muriel wejście główne. Tazumal, co w języku Majów zwanym K’iche’ oznacza: „miejsce, w którym zostały spalone ofiary”, są najważniejszymi i najlepiej zachowanymi ruinami w Salwadorze. Teren jednak niewielki i obejście go zajęło nam jakieś 15 minut, czyli mniej niż trwał dojazd w jedną stronę do miasteczka. Ale i tak nie planowałyśmy specjalnie długo tu zabawić, bowiem w sobotnie popołudnie „santaanański” (przymiotnik od Santa Ana – ma ktoś jakieś pomysły?) teatr obchodził swoje 103 urodziny i z tej to okazji trwały wydarzenia, obfitujące w tańce, hulanki i swawole, w których my, strudzone podróżniczki, postanowiłyśmy poszukać naszego kulturalnego odrodzenia, bowiem podczas podróży, nasze myśli wciąż zaprzątają tak przyziemne sprawy jak: gdzie spać i co zjeść (no i ja mam jeszcze jedno przyziemne myślenie, a właściwie życzenie: „i oby nie było tam pluskiew”). 
Zacytowałabym tu ulubione powiedzenie o kulturze mojego przyjaciela Sikora, ale że nie wypada na forum, więc oznajmię tylko, że potrzebowałyśmy trochę „kultury” i to od razu takiej przez duże „K”. Popołudnie spędziłyśmy więc w teatrze, podziwiając kolorowe stroje tancerek i tancerzy, wijących się w rytm regionalnej muzyki, przysłuchując się koncertom, i podziwiając pokazy mody ślubnej. Kroczyłam po czerwonym dywanie, witały mnie odświętnie ubrane panie, także niemal zapomniałam, że mam na sobie zamiast eleganckiego stroju wytarte już spodnie turystyczne, a na nogach zamiast szpilek sandały trekkingowe (no dobra, z tymi szpilkami to przesadziłam, bo przecież wiadomo wszem wobec, że ze szpilkami to ja raczej jestem na bakier). 
Katedra w Santa Ana
Chyba jednak taka duża dawka kultury, po trzymiesięcznym odwyku mi, co nieco zaszkodziła. To jak z ćwiczeniami, po przerwie nie można od razu rzucić się na głęboką wodę i zabrać się za trening z ciężarami, z którymi ćwiczyło się na ostatnim, przed przerwą, treningu. Trzeba znów zaczynać powoli, stopniowo od najlżejszego kalibru. Tak było chyba z tą dzisiejszą kulturą. Zmęczyłam się i szybko wylądowałam w związku z tym w łóżku. Aczkolwiek muszę przyznać, że miło było, choć na chwilę otrzeć się o trochę inny świat, nie ten z pobrzeży miast i wiosek, gdzie kobiety piorą ręcznie w publicznych pralniach, a dzieci biegają brudne po ulicach, ale tam, gdzie inne panie, zakładają wyprane w pralniach chemicznych suknie, a dzieci w odprasowanych garniturkach, grzecznie trzymając się za ręce, kroczą krok w krok za swoimi rodzicami. Miło było choć na chwilę zmienić bajki, przyjrzeć się światu z tej drugiej strony środkowo-amerykańskiego lustra.