środa, 3 lipca 2013

Azores - whales region
Azory - kraina wielorybów



No Chance! I won’t get into the water! – I said although almost everybody from our pontoon boat jumped into the ocean.
-       Don’t be kidding! Get into the water! – my husband tried to persuade me.
-       Only three, four people are allowed to get into the water at the same time – a biologist, who was a leader of our group, informed us. We were on the whale watching trip and there were ten people on the boat.
-       Well, you have some time to think it over. – my husband put on his snorkelling mask and jumped into the water to make his dream come true – swimming with the dolphins. 
I was in two minds whether to get or not to get into the water as I am afraid of deep water although I am a Pisces. I almost drowned twice as a child. That’s why I am so afraid of death by drowning. When I think about deep water, unknown space, a snorkelling mask which makes breathing difficult I feel panic.
-       Look at this blue colour of the water. It’s amazing! – my husband was really enthusiastic and excited about what he had just seen. – About seven dolphins have just gone past me! Magic!. 

So I gave up. Magic is magic. I decided to jump into the water. I put my snorkelling mask on and at once I felt as if somebody took my breath away. I scolded myself. I knew I couldn’t let a chance to see ‘The Big Blue’. I had tried before in the Red Sea but it wasn’t like the one in front of me. So I jumped into the water but so panic I was that I held on to the pontoon and didn’t want to let it go. Finally, I dived and ... felt in love. The blue which I saw and felt was incredible and magical. And gave me the feeling of freedom. I could also hear the sounds at a strange frequency as if they were coming from a broken radio station. Strange screeches, crackles and screams – they were dolphins. Unfortunately, quite far away from me. They got afraid of three other people, not such cowards as me, and swam away. I came into surface for a moment. 

-            We’re going to sail slowly to them so that you could see the dolphins better. – a biologist said to me.
And so we were approaching to the dolphins slowly – I think I was the only person who saw those lovely creatures so close. They were three, four meter far from me. And were looking at me closing, thinking what a strange creature stuck to the pontoon.
If I had had more time to get used to the water, my fear would have also got used to it and I would have swum farther. But we didn’t have so much time although our trip lasted four hours. And sadly, we didn’t see the whale. Nobody had seen them for three days but a week or two there were plenty of them.


There are some discrepancy in the information concerning the occurrence of whales off the Azores islands. Our biologist told us they are here from April to May. A guide book claims that one may spot whales in the summer. According to this theory, June is an ideal month for seeing those incredible sea creatures. However, some people says that October is the best month for whale watching. However, if we had gone on a trip three days later, we would have seen the sperm whales. You never can’t be sure and pan everything. Maybe we will watch whales some other time in some other place. 

But the trip was great because the big blue was amazing and I swam with the dolphins. On our way back, we had an adventure. It was almost ‘montana rusa’ like in Xetulul in Guatemala. The wind was blowing heavily and the waves had no mercy for our pontoon boat.  I was holding on the railing so that not to fall into the ocean. We were all wet and cold. Our way back to the shore was thrilling and exciting for all of us. However I still was afraid of drowning in the waters of the deep ocean.
The whale watching on the waters of the Atlantic Ocean is a main tourist attraction here in the Azores. It wasn’t always like that. In the past, the whales were the object of haunting not watching.
There were special observation points ‘vigias’ situated on the tops of the cliffs used to spot the whales. When the whale was spotted, a flare was fired to inform the whale catchers about the occurrence of the animal. I don’t want to describe here how the hunting looked like, how brutal and inhumane it was. The most important thing is that vigias are no longer used for hunting but for informing tourist agencies about the occurrence of the whale. Flares are no longer fired. They were replaced by mobile phones. And old whaling factories were converted into a whaling museums as those which one can visit on Pico of Faial islands. 
(trans. Ewa Bartłomiejczyk)



Nie ma szans! Nie wejdę do wody! – upierałam się, choć niemal wszyscy z naszego pontonu wyskakiwali szybko z ubrań i jeszcze szybciej zanurzali się w głębi oceanu.
– Nie wymiękaj – przekonywał mój mąż.
– I tak do wody jednocześnie mogą wejść trzy, cztery osoby – poinformowała pani biolog, która dowodziła naszą wycieczką o wyraźnie nakreślonym celu – obserwacja wielorybów.

Nas było na pontonie sztuk dziesięć.

– No to masz czas do namysłu. – Mąż zarzucił maskę z rurką na twarz i pomknął, by spełnić moje marzenie o pływaniu z delfinami.
Biłam się z myślami, bo choć pod znakiem ryb urodzona jestem, to głębokiej wody boję się niczym diabeł święconej. Dwa razy, topiłam się jako dziecko. I dlatego po dziś dzień niczego nie boję się tak, jak śmierci przez utonięcie. Więc i głęboka woda i nieokiełznana pod nią przestrzeń, a dodatkowo maska na twarz i rurka, które nie pozwalają mi oddychać, choć do tego teoretycznie służą, wywołują u mnie panikę.

- Jaki błękit! – zachwyca się mój mąż, gdy wraca na pokład pontonu. –  I delfiny tak z siedem metrów ode mnie przepłynęły. Magia!


No, jak magia to muszę się przełamać, postanowiłam. Założyłam rurkę i maskę i już poczułam, że brak mi oddechu. Ale ze mnie cienias, zganiłam się w myślach. Wiedziałam jednak, że takiej okazji nie mogę zmarnować. W końcu zawsze chciałam ujrzeć ten „Wielki błękit”, no takiego ponoć w Morzu Czerwonym nie było (tam też udało mi się na trochę zanurzyć). Wlazłam, ale za cholerę nie mogłam puścić pontonu. W końcu zanurzyłam się i… zakochałam. Błękit, który trudno opisać: niewyobrażalny, magiczny, niosący ze sobą uczucie wolności (mimo tego, że od pontonu uwolnić się nie mogłam). Moje oczy wypełnione były błękitem, a uszy dźwiękami o dziwnych częstotliwościach, jakby zepsutej radiostacji. Dziwne piski, strzelanie czy krzyki – to delfiny. Były jednak dość daleko ode mnie. Wystraszyły się trzech innych osób, które nie były takimi tchórzami jak ja i wypuściły się dalej w ocean. Wynurzyłam się na chwilę.



– Podpłyniemy powoli łódką, żebyś mogła z bardziej bliska je zobaczyć. – powiedziała pani biolog.
I podpływaliśmy powoli, oni nad wodą, a ja pod i chyba najbliżej ze wszystkich widziałam te cudowne zwierzaki. Przepłynęły we trzy w odległości jakich trzech, czterech metrów ode mnie. I patrzyły, co to za dziwo przyczepiło się do pontonu.

Wiedziałam, że gdybym miała trochę więcej czasu na oswojenie się z wodą, to wtedy może powoli udałoby mi się trochę i ten strach oswoić i wypuścić dalej w ocean. Czasu jednak wystarczająco nie było, chociaż i tak cała wycieczka trwałą prawie cztery godziny. 

Wieloryba niestety nie spotkaliśmy. Od trzech dni nikt w okolicach archipelagu żadnego nie widział, ale jeszcze tydzień, dwa przed naszym przyjazdem było ich całkiem sporo. Informacje co do ich występowania są rozbieżne. Pani biolog poinformowała nas, że maj i kwiecień to są ich miesiące tu w wodach azorskich. Przewodnik podaje jednak informację, że pojawiają się tu po prostu latem. Według tej teorii czerwiec powinien więc być idealny. Jeszcze inne źródła donoszą, że na obserwacje wielorybów najlepszy jest październik. I bądź tu mądry! Gdybyśmy jednak wybrali się na wycieczkę trzy dni później już kaszalota byśmy zobaczyli. Ale przewidzieć niczego się tu nie da. Obserwację wielorybów musimy więc zostawić na inny termin i może gdzieś w inne rejony świata.
Wyjazd jednak był i tak udany, bo był fantastyczny wielki błękit i pływanie z delfinami.  

Widok na brzeg wyspy Sao Miguel

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze wesołe miasteczko :) Takie na wodzie rzecz jasna. Trafiła mi się prawie „montana rusa” jak w Xetulul w Gwatemali. Wiatr się zerwał i fale rzucały naszym pontonem na prawo i lewo. Dostałam prawie zakwasów na rękach od ściskania poręczy, które miały uchronić mnie od wypadnięcia z mojego siedzenia i ponownego skąpania się w wodach oceanu. Choć w sumie skąpana i tak byłam, bo przy uderzeniach z falami woda rozbryzgiwała się po wszystkich członkach załogi. I choć umierałam z zimna, i choć palce nóg i rąk mi cierpły od intensywności, z jaką je zaciskałam i przyciskałam, by utrzymać się na łodzi, to muszę przyznać, że powrót dostarczył mi dodatkowych wrażeń. Choć obawa, że w całości nie dobiję do brzegu, gdzieś głęboko we mnie tkwiła.

***
Obserwacja waleni na wodach Oceanu Atlantyckiego, w okolicach archipelagu azorskiego to główna atrakcja turystyczna, która przyciąga jak magnes. I kto by pomyślał, że kilkadziesiąt lat temu (do 1984 roku) wieloryb był tu nie obiektem jedynie obserwacji, a polowań.
Walenie, występujące wokół Azorów


Do wypatrywania wielorybów służyły specjalne punkty obserwacyjne, tzw. vigias, usytuowane na szczytach klifów. To z nich machano chorągiewkami lub wystrzeliwano race, by dać wielorybnikom znać o nadpłynięciu „zwierza”. Nawet nie chcę rozpisywać się o tych nieludzkich i krwawych polowaniach, jakie urządzali mieszkańcy wysp. Najważniejsze, że dziś vigias służą jedynie do informowania miejscowych agencji turystycznych o pojawieniu się wieloryba i tylko tyle. Nie wystrzeliwuje się już rac, a dzwoni na komórkę, by przekazać dane dotyczące miejsca pojawienia się waleni. A w dawnych przetwórniach wielorybów, jak chociażby tych, które znajdują się na wyspie Pico czy Faial, urządzono muzea. 


piątek, 28 czerwca 2013

Neither Fish nor Fowl and Rather not a Goshawk
Ni pies, ni wydra, a raczej ni jastrząb



If you asked me about my first association concerning the name Azores I would answer a dog as Azor is one of the most popular names for a dog in Poland. A countless number of village Azors would bark furiously at me while I was riding my bike close to their cottages. Many others tried to catch my leg and bite me. But the Azores have nothing in common with those Polish Azors. 

The name Azores comes from the Portuguese world acores which means a goshawk. Those birds were the first thing which the first explores saw when they sailed to the islands. In fact, they weren’t the goshawks but the buzzards. Despite that fact, the name Azores and the symbol on their flag hadn’t been changed. Some scientists argued that the name might be derived from the world azures which means the blue colour. I am not surprised as the water of the Atlantic Ocean surrounding the islands is of the beautiful blue colour, the blue which I have never seen before.

The Archipelago of the Azores is composed of nine islands, which together with Madeira, Cape Verde, the Canary Islands and the Savage Islands belong to the Fortunate Isles.
Lagoa do Fogo

We chose Sao Miguel – the largest island of the Azores. There are also Santa Maria, Pico, Faial, raciosa, Flores, Terceira, Sao Jorge and Corvo – the smallest one. It was Corvo which I found interesting as there is only one village on the island, one policeman lives there and there are only two taxis. I projected my mind into the British and Scandinavian films showing provincial life. I am sure one might make a great film about Corvo Island and its inhabitants. Even more interesting is the fact that the island is the top of Monte Gordo – the underwater volcano. How incredible it must be to live on the top of the volcano! 

The Azores used to benefit from its location. Depending on the century, they were used as the airforce bases, metrological observatories or America bases for whalers. When it comes to whales, there are plenty of them here. And every summer one may watch their races near the archipelago. That is why whaling had been the main branch of the Azorean economy till 1984.  
 In the late 80s’ XX centuries, haunting for whales was banned (luckily!) and instead of killing them, people started observing, studying their life and protecting. There are nineteen species of those marine mammals living around the archipelago. I have never seen a whale before so I hope my stay  here will change it.

For the first two days we were sightseeing the island, looking for the most beautiful viewpoints and places. Then, we focused on more detailed exploration of the island. 

I must say that we made a huge mistake choosing Madeira as the first destination to visit. It turned out that there weren’t many things here which could compete with Madeira’s beauty. I didn’t much enjoy the view on Lagoa do Fogo, that is the Lake of Fire, which used to be a volcano crater as I still remember the incredible volcanic landscapes of ‘floating garden’. However, as it appeared later, it was the best view I had seen here. On the second day we didn’t see much since the weather conditions in the north part of the island weren’t good (rain and fog). 

Furnas was an interesting town, especially two places located there. In one of them, Largo das Caldeiras we could admire hot springs. It is claimed that sometimes one can see the lava coming out of it. The place glitters with colours. Mostly with yellow, which is the result of the deposition of the sulphur. Interestingly,  the sulphur is collected and added to face masks and the wine sulfurization. I knew that sulphur is used in wine producing but I had never thought where they got the sulphur from. Now I know. 

A few words about food

I think it would be better if I wrote the whole post dedicated to food on the Azores. And I think many of you would find it very interesting. In Furnas, I was a witness of preparing a traditional Azorean dish called cozido. 
It is not ingredients which are an interesting aspect of that dish but the way it is made. Instead of using a cooker, cozido is cooked in fumaroles. The pots packed with meat (usually, pork meat but sometimes also chicken and beacon), potatoes, carrots, cabbages, onions and garlic are buried in the ground in the place where the hot springs occurred. Thanks to the temperature from the spring, the dish simmers slowly. In Furnas, whole families and restaurants bring pots with cozido in the morning, put numbers on the mounds and come back in the afternoon to collect their dishes. It is worth trying this dish prepared in that way as the taste of the meat, its tenderness and delicacy is amazing. 

The archipelago is also famous for other things. There are happy cows here, well groomed which are fed with fresh and ecological grass. Thanks to that beef melts in your mouth. I don’t like to eat red meat but it was the first time I had ever eaten such great meat.

If they have cows, they must also have incredible dairy products, mostly cottage cheeses and cheeses. Although coffee is a main and favourite beverage among Azorean people, they grow tea on the islands, and coffee is imported from Brazil and Africa. For tea testing, we went to the factory where tea leaves are carefully sorted by the female workers. 

Apart from cheeses, beef, fishes and seafood, they have also fantastic pineapples. I tried it and I must say they are the best pineapples I have ever eaten, they are even better than pineapples from America. The first fruits of pineapples were imported to the Azores from Brazil. Now you can buy two types of that fruit. Both imported and grown on the islands are called ananas

(abacaxi is an imported type of pineapples). Juicy and sweet – amazing! They produce a popular pineapple liqueur and jam. They aren’t cheap, though (although they are grown on the island). But I changed my attitude towards the price when I learnt about the process of growing that royal fruit ( the Azorean people call it this way). 
One needs 18 months to grow the fruit of a pineapple. What’s more, one plant gives only one fruit and only once. Incredible!

In a next few days, we are going to have a few trekking trips, watch whales, take part in a cliff diving competition and St. Peter’s Day. Things will get hot!



Useful information

A.Arruda Pineapple plantation is located in the suburbs of Ponta Delgada, the capital of the island. It is a unique plantation, the only one in the world,  as pineapples are grown here in the greenhouses. Free admission. The plantation is open from April to June.

Cha Gorreana tea plantation – admission and tea testing for free.




Gdyby ktoś mnie spytał o moje pierwsze skojarzenie z nazwą Azory, odpowiedziałabym, że kojarzą mi się z psem. Azor to w końcu jedno popularniejszych imion dla czworonoga (nie wiem jak teraz, ale kiedyś na pewno popularne było). Ile mnie takich wiejskich Azorów obszczekiwało podczas pogoni, gdy na rowerze przemykałam w pobliżu ich osad. Ilu próbowało mnie chwycić za nogawkę spodni albo złapać za skarpetę, gdy już się wycwaniłam i, wybierając się na wiejskie rowerowe przejażdżki, ubierałam krótsze spodnie, by Azorów wszelkiej maści nie kusić.
Widok na Ocean Atlantycki

Okazuje się jednak, że to nie od psów archipelag wziął swą nazwę, ale od jastrzębi, które z języka portugalskiego nazywają się acores. To właśnie jastrzębie widzieli pierwsi zdobywcy (a przynajmniej tak im się wydawało), które w praktyce okazały się myszołowami. Nazwa jednak pozostała i symbol na fladze również. 
Niektórzy historycy sugerują, że nazwa mogła się wziąć od słowa azures, oznaczającego kolor niebieski. I w tym nic dziwnego by nie było, bo wody Oceanu Atlantyckiego, otaczającego wyspy mają przepiękny niebieski kolor. Kolor, jakiego nigdy chyba wcześniej w żadnej wodzie nie widziałam.
Archipelag Azory składa się z dziewięciu wysp, rozciągających się na długości sześciuset pięćdziesięciu kilometrów i wraz z Maderą, Wyspami Zielonego Przylądka, Wyspami Kanaryjskimi i Wyspą Selvagens należy do tzw. Makaronezji (z gr. Makároi Nēsoi), czyli Wysp Szczęśliwych. To chyba tu właśnie, według mitologii greckiej, udawali się ci zmarli, którzy podczas swego całego życia nigdy nie zgrzeszyli. Mi udało się na szczęście trafić tu jeszcze za życia :)
Jezioro Ognia - Lagoa do Fogo

My wybraliśmy się na największą z wysp Azorów – Sao Miguel. Oprócz niej w okolicy znajdują się Santa Maria, Pico, Faial, Graciosa, Flores, Terceira (trzecia co do wielkości), Sao Jorge oraz najmniejsza – Corvo. Ta ostatnia wzbudziła szczególne moje zainteresowanie. W przewodniku napisali, że na wyspie jest tylko jedna miejscowość, a w niej tylko jeden policjant i dwie taksówki. Od razu przypomniały mi się wszystkie filmy angielski i skandynawskie, pokazujące małomiasteczkowe życie. Na podstawie życia na wyspie Corvo też pewnie można byłoby stworzyć całkiem interesujący scenariusz. Miasteczka, w których niby nic nie ma kryją często w sobie największe tajemnice. Najbardziej interesujące jest jednak to, że sama wyspa to w rzeczywistości wierzchołek podwodnego wulkanu Monte Gordo. Mieszkać na szczycie wulkanu – bezcenne!

Azory dawniej wielokrotnie korzystały na swoim odległym od wszystkiego położeniu. W zależności od wieku służyły, jako bazy lotnictwa wojskowego, obserwatoria meteorologiczne czy bazy amerykańskich statków wielorybniczych. Bo jeśli chodzi o wieloryby to tutaj ich jest pod dostatkiem. Wieloryby ściągają w okolice archipelagu każdego lata. I właśnie z tego powodu jeszcze do 1984 roku wielorybnictwo niestety było jedną z podstawowych gałęzi azorskiej gospodarki. 


Dopiero od lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy polowania na wieloryby zostały zakazane (całe szczęście!), postanowiono wykorzystać wiedzę dawnych oprawców wielorybów do ich badania i ochrony. W okolicznych wodach żyje dziewiętnaście gatunków waleni. Jeszcze na żywo nigdy żadnego  nie widziałam, więc mam nadzieję, że to się w trakcie tego pobytu zmieni.

Pierwsze dwa dni to czas ogólnego zapoznawania się z wyspą, sprawdzenie najładniejszych punktów widokowych i najciekawszych miejsc. Następne dni to dokładniejsza eksploracja wyspy.
Muszę przyznać, że popełniliśmy błąd strategiczny, wybierając Maderę, jako pierwszą do odwiedzenia. Okazało się bowiem, że mało co będzie w stanie jej dorównać. Pierwszy punkt widokowy na Lagoa do Fogo, czyli Jezioro Ognia, które powstało w wygasłym kraterze wulkanu oczarowało mnie, jednak mając przed oczami jeszcze wulkaniczne pejzaże „pływającego ogrodu” nie wpadłam w zachwyt. Nie mniej jednak widok okazał się jednym z ładniejszych jakie przyszło nam przez najbliższe dwa dni oglądać. Zwłaszcza, że drugiego dnia niewiele zobaczyliśmy, bo i tu na północnej części wyspy, podobnie jak i na Maderze, panowały niesprzyjające warunki atmosferyczne: deszcz i mgła, które ukrywały przed nami co lepsze kąski.
Largo das Caldeiras

Interesującym miejscem okazała się miejscowość Furnas, a właściwie nie tyle sama miejscowość, co dwa miejsce na jej terenie się mieszczące. W jednym z nich Largo das Caldeiras mogliśmy podziwiać gorące źródła. Ponoć z niektórych czasami jeszcze można przyuważyć wypływającą lawę. Miejsce występowania źródeł mieni się kolorami. Głównie żółtym, który powstaje przez osadzanie się siarki. Co ciekawe ten osad z siarki ponoć zeskrobuje się i używa się jako dodatku do maseczek na twarz i do siarkowania wina. Niby wiedziałam, że siarki się do tego używa, ale nigdy nie zastanawiałam się w jaki sposób się ją do tych celów pozyskuje.

Kilka słów o jedzeniu
O jedzeniu na Azorach powinnam pewnie napisać cały post i niektórych zapewne bardzo by temat zainteresował. Bo tu w Furnas byłam świadkiem przygotowywania tradycyjnego dania azorskiego tzw. cozido. Nie sam skład tego dania jest jednak interesujący, lecz sposób jego przygotowania. 
Jamy, w których gotuje się Cozido

Cozido gotuje się przez kilka godzin, ale nie tak jak u nas na kuchence elektrycznej, lecz tu w Furnas w tzw. fumaroles. Garnki pełne mięsa: wieprzowiny, czasem kurczaka, boczku, ziemniaków, marchewki, kapusty, cebuli i czosnku zakopuje się w jamach w ziemi i przysypuje ziemią w miejscach występowania gorących źródeł. I to pod wpływem temperatury z nich pochodzących danie przez kilka godzin powoli się gotuje. W Furnas całe rodziny i restauracje przywożą z samego rana dania, numerują kopczyki i po południu przyjeżdżają je wykopywać, by ich smakiem móc cieszyć się podczas obiadu. A muszę przyznać, że jest, czym się cieszyć, bo smak mięsa i jego delikatność robią wrażenie.
Pola herbaty

Co do jedzenia to archipelag słynie z kilku rzeczy. Przede wszystkim z krów, które są tu tak szczęśliwe i dobrze wykarmione na zdrowej, niezanieczyszczonej pestycydami trawie, że wołowina rozpuszcza się niemal w ustach. I tak jak czerwonego mięsa z reguły nie jadam i nie lubię, to przyznaję bez bicia, że czegoś tak dobrego w życiu nie jadłam.
A skoro są i krowy, to są niesamowite przetwory mleczarskie, głównie sery i żółte i te białe.
Jest też herbata, bo choć to kawa jest głównym i ulubionym napojem mieszkańców Azorów, to uprawia się tu jednak herbatę, a kawę sprowadza się z Brazylii i Afryki. Na próbowanie azorskiej herbaty wybraliśmy się do fabryki, w której panie ręcznie przeprowadzały sortowanie..
Ręcznie przebieranie herbaty

Obok serów i wołowiny, ryb i owoców morza, które również są tu wyśmienite, są jeszcze ananasy. I faktycznie po spróbowaniu jednego, z przykrością musiałam stwierdzić, że ananasy z mojej kochanej Ameryki wymiękają w porównaniu z azorskimi. Pierwsze owoce zostały sprowadzone na Azory z Brazylii. Dziś na archipelagu można kupić dwa gatunki. Te importowane i te hodowane na miejscu, które nazywają się po prostu ananas (ta odmiana sprowadzana to abacaxi). Soczyste i słodkie – bajeczne! Z ananasów wytwarza się tu popularny likier ananasowy oraz dżem i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy, których jeszcze nie było mi dane spróbować. Nie są to jednak owoce tanie, chociaż mi wydawało się, że w miejscu, w którym się je uprawia powinny kosztować przysłowiowe grosze. 
Plantacja ananasów

Uważałam tak do czasu, nim dowiedziałam się jak żmudna jest uprawa tego królewskiego owocu (tak nazywają go Azorczycy). Od zasadzenia roślinki do zebrania owocu mija 18 miesięcy! I w dodatku taka roślina owocuje tylko raz i daje tylko jednego ananasa. Że też chce się im to uprawiać!
Przed nami jeszcze kilka dni i kilka trekkingów dłuższych, i krótszych, obserwacja wielorybów, mistrzostwa w skokach z klifu, obchody św. Piotra. Będzie się jeszcze działo.

Przydatne informacje

Plantacja ananasów „A. Arruda” znajduje się na obrzeżach stolicy Ponta Delgady i jest unikalną plantacją na całym świecie i typową dla wyspy Sao Miguel. Ananasy są tu bowiem uprawiane w szklarniach. Wstęp jest bezpłatny, a plantacja jest otwarta od kwietnia do czerwca
Plantacja Herbaty Cha Gorreana – wstęp i degustacja herbaty bezpłatnie.