poniedziałek, 17 czerwca 2013

What is being done for beauty….?
Czego się nie robi dla urody…



I have almost forgotten about Madeira. Almost, because we came back to Poland and we are getting ready for our next journey. But it is impossible to forget about that place. It is impossible to forget its volcanic landscape.  Although we spent only a few days on ‘the daughter of the fire’ (Madeira is called like that) there were plenty of images of that island in our minds. 
We didn’t experience a lot of adventures. By saying ‘adventures’ I mean wandering, wading through mud and water in sandals, unpredictable collisions and thefts – in other words – all the things we were afraid of while renting a car. We had no choice but to rent a car. Without a car we wouldn’t discover many interesting places. Of course, we could use the services offered by travel agencies which take the tourist to the places where public transport doesn’t go. We preferred to go there on our own. Without counting the time and without a group of noisy tourists. We had some doubts about renting the car. When my husband saw local roads he said to me ‘No way. I won’t drive a car here’. 
He isn’t a Sunday driver. I would rather call him a professional driver. The roads on Madeira are the network of steep and winding roads (excluding motorways which are similar to oursJ of course not taking into consideration the number of kilometres as it might turn out that they have more kilometres of motorways than we do.). Not only are the roads narrow but also the cars are parked at every step. For me,  Madeira traffic  is of ‘passing’ character that is you go first when there are no cars on your side. Or when you are a driver of a bus. In this case, it doesn’t matter where the cars are parked (usually, on both sides)  as the bus is bigger. 
The car on Madeira is a petrol guzzler and it’s enough to use a third gear to travel from one place to another. But... without a car I couldn’t admire beautiful landscapes around me. Well, let me write about them. There are a few places on the island you can’t miss.
There is a place from the top of which one can admire the colourful, bathed in the sunlight capital of the island – Funchal. And small villages which look as if there were sticked to the rocks. Cabo Girao – the highest cliff in Europe. It overlooks the ocean glittering with different shades  of blue, the waves of which hitting the rocks. There is a transparent glass walkway which makes the visit to the cliff more adventurous. I distrust such glass constructions. It turned out that I wasn’t the only person who experienced that feeling. Almost everybody went on it with some hesitation, being afraid of looking down. I looked once and what I saw was breathtaking. Under my feet, at the height of 580 meters, there was a stunning view over the ocean and the precipice. It is really an unforgettable experience. 
Most people go to the top of the cliff by car. We went on the 3 hours walking trip along the irrigation canals called “Levada de Norte” and enjoyed the beautiful landscapes. We went through the grapevine, bananas and delicious wild cherries plantations. I couldn’t help eating them. My husband started getting angry that if I ate wild cherries from every trees, we would go back to the hotel the following day. Sadly, I had to leave cherries alone. However, later that day I had a stomach ache. So it had been the price for my passion for eating cherries. 
The last part of the trail is located in the village which is famous for producing wine called Camara de Lobos. I was amazed with its small port with colourful boats. If I lived there, I would go to that place every day to admire fishing boats and strange sea creatures drying on the shore.
There are a lot of places in Madeira where you can admire even more beautiful views and the route doesn’t lead there between volcanic rocks, dark tunnels and steep precipice. These are two highest mountains of the island: Pico de Areiro (third Madeira’s island’s highest peak  - 1818) and  Pico de Ruivo (the highest peak  – 1862 m). Everybody can get to those places as you can go there by car. If you want to go to Pico de Ruivo, it’s enough to walk one hour from the parking lot. However, if you choose that way, you won’t enjoy the nature and you won’t experience incredible emotions related with being close to its beauty. So we chose to walk instead of driving. 
Unfortunately, our mountainous adventure and a few hours trek back and forth was hard on our legs, especially our knees (first, we went to Pico de Areiro, then we went down to climb up Pico de Ruivo and again we descended the highest peak and went to Pico de Areiro where we had left our car). Well, one can do a lot for the beauty. 
Pico de Areiro, Pico de Ruivo and Cabo Girao are my top ones of the island. But this is not the end of the list of beautiful places. Rabacal and its Risco waterfall and 25 springs and many others, the footpaths of which lead along levadas. The trail to the waterfall was quite crowded and the waterfall didn’t impress me much as I had already seen such cascades in America. 
’25 springs’ were much more interesting with its lovely small cascade an incredible colour of water.
We spent most of our time walking in the mountains and admiring the landscapes. It doesn’t mean that we didn’t visit any towns and villages. However, in my opinion if you go to Madeira, it is worth focusing on its natural beauty.  

Useful info:
To Cabo Girao – bus nr 154 from z Funchal. Ask the driver to stop at ‘Levada de Norte’ – Cruz da Caldeira. To see the rest of places from my list you have to rent a car. The are plenty of car rentals on the island. The prices are depended on the size of the car. The smaller cars cost 80-90 euro. We managed to rent a car for 56 euro.


 


O Maderze już prawie zapomniałam. Prawie, bo zdążyliśmy już wrócić i szykujemy się powoli do kolejnego wyjazdu. Tak naprawdę całkowicie się jednak nie da zapomnieć. Ta wulkaniczna wyspa ze swoimi krajobrazami potrafi na długo zapaść w pamięć. A my nie próżnowaliśmy, więc mimo niezbyt długiej wizyty na „córce ognia” jak nazywa się Maderę, obrazów w naszych głowach zebraliśmy sporo. Wielu przygód już jednak nie mieliśmy. Mam na myśli przygody typu błądzenie, brodzenie w błocie i wodzie w sandałach, niespodziewane kolizje czy kradzieże, czego obawialiśmy się wypożyczając samochód. Bo samochód w końcu, chcąc nie chcąc, pożyczyć musieliśmy. 
Widoki z trasy

Bez niego niestety wiele miejsc pozostałoby przez nas nieodkrytych. Moglibyśmy oczywiście skorzystać z ofert miejscowych biur podróży, które w bardziej odległe miejsca, do których autobusy miejskie nie dojeżdżają, oferowały komfortowy przewóz. My woleliśmy jednak komfortowy przejazd w zakresie własnym. Bez wyliczania minut, które możemy poświęcić na podziwianie widoków i bez zbędnego balastu w postaci kilkunastoosobowej grupy turystów. Nie ukrywam, że mieliśmy kilka obaw, co do pożyczania auta. Mój mąż, gdy zobaczył tutejsze drogi stwierdził: „Nie mam mowy. Ja tu prowadzić nie będę!”. A nie należy on raczej do niedzielnych kierowców, a raczej do grupy niemal zawodowców. Maderskie drogi to sieć pnących się i wijących wąskich dróg (nie licząc rzecz jasna autostrad – te są podobne do naszych :). Chociaż może w nie w liczbie kilometrów. Bo, mimo iż wyspa jest mała to istnieje prawdopodobieństwo, że kilometrów autostrad mają jednak więcej). 
Sieć dróg

Nie dość, że jezdnie są wąskie, to wzdłuż nich niemal na każdym kroku, niezależnie czy jest to prosta czy zakręt (a częściej raczej to drugie) stoją zaparkowane samochody. Bardzo często ruch na ulicach Madery jest „mijany”, czyli pierwszeństwo masz wtedy, gdy to akurat nie po twojej stronie stoją pojazdy. Albo, gdy jesteś kierowcą autobusu. Wówczas nie ma znaczenia, z której strony auta są zaparkowane (z reguły są jednak po obu stronach). Autobus jest w końcu większy. Samochód na Maderze pali jak smok i „trójka” to zwykle wystarczający do poruszania się bieg. Ale coś za coś. Bez niego nie mogłabym się zatrzymywać co krok, by podziwiać rozpościerające się z każdej strony krajobrazy. Więc może w końcu bym coś o tych widokach napisała. Jest kilka miejsc, których na wyspie pominąć się nie da. Jest takie miejsce, z którego szczytu można podziwiać zlaną słońcem, kolorową stolicę wyspy – Funchal, a także małe wioski, które sprawiają wrażenie niemal przyklejonych do skał. 
Widok z Cabo Girao

To najwyższy w Europie klif Cabo Girao, z którego rozpościera się widok na ocean, mieniący się najróżniejszymi odcieniami niebieskiego, którego fale rozbijają się o wystające z wody skały. Smaczkowi wspięcia się na szczyt klifu dodaje atrakcja w postaci szklanego podestu. We mnie szklane schody, podesty i inne temu podobne, znajdujące się na pewnej wysokości, wzbudzają niepokój. Jak się okazało nie tylko we mnie. Niemal wszyscy wchodzili na niego z pewną nieufnością, bojąc się spojrzeć w dół. Ja spojrzałam raz i serce na chwilę mi stanęło. Pod stopami na wysokości 580 metrów rozciągał się widok na urwisko i ocean. Dodatkowe więc, nawet trochę mrożące krew w żyłach (przynajmniej w moich) doznania, na klifie są zapewnione. 
 Większość osób dojeżdżała na szczyt samochodem. My wybraliśmy trzygodzinną wędrówkę wzdłuż kolejnych kanałów irygacyjnych tzw. „Levada de Norte” przez plantacje winorośli, bananowców i przepysznych czereśni. 
Plantacja winogron

Nasz wędrówka trochę się więc wydłużyła ze względu na te czereśnie. Nie mogłam przejść koło nich obojętnie. Mój mąż już zaczął się denerwować, że jak będę obżerała każde drzewko, to uda nam się dotrzeć do hotelu dopiero następnego dnia. Musiałam więc powstrzymać swoje zapędy, choć takich pysznych czereśni dawno nie jadłam. Trochę przypłaciłam to jednak późniejszym bólem brzucha. I znów „coś za coś”. Koniec trasy znajduje się w miejscowości słynącej z produkcji wina Camara de Lobos, która zachwyciła mnie przede wszystkim prześlicznym małym portem z kolorowymi łódeczkami w przystani. 
Camra de Lobos

Gdybym tam mieszkała, to codziennie przesiadywałabym w porcie, obserwując małe kutry i suszące się wokół dziwne stwory morskie. 
Są też takie miejsca na Maderze, z których widok jest jeszcze wspanialszy, a droga na nie wiedzie między wulkanicznymi skałami, ciemnymi tunelami, bardzo stromymi urwiskami. To najwyższe szczyty wyspy: Pico de Areiro (trzeci, co do wielkości szczyt Madery – 1818 m) i Pico de Ruivo (najwyższczy szczyt – 1862 m). Na oba z nich może z łatwością dostać się każdy. Samochód ma bowiem dostęp niemal na sam szczyt. Na najwyższy z nich, czyli Pico de Ruivo konieczny jest jedynie godzinny spacer z parkingu. W ten sposób jednak omijają człowieka dodatkowe atrakcje, nieziemskie emocje, nadprogramowe doznania piękna. 
Droga na Pico de Areiro

Ja w kontakcie z niewiarygodnej wręcz urody naturą, doznawałam ekstatycznych przeżyć, które zwykle przyprawiają mnie o ścisk w gardle. Tak było i tym razem. Niestety nasze wygibasy w górach i kilkugodzinna wędrówka w tę i z powrotem (najpierw złaziliśmy bowiem z Pico de Areiro, by potem wspiąć się na Pico de Ruivo, a następnie znów zejść z najwyższego szczytu i wspiąć się z powrotem na Areiro, gdzie zostawiliśmy samochód), mocno dała się we znaki naszym kończynom, zwłaszcza kolanom. Jednak co się nie robi dla urody, niekoniecznie tylko naszej osobistej. Pico de Areiro, Pico de Ruivo oraz Cabo Girao to moje numery jeden na wyspie. Chociaż nie kończą one listy aktywnych rozrywek o cud urodzie. 

Bardzo popularną, choć również odizolowaną i dostępną dla zmotoryzowanych turystów atrakcją jest Rabacal i jego wodospad Risco oraz trasa do dwudziestu pięciu źródeł One również, jak wiele ścieżek na Maderze prowadzi wzdłuż wspominanych już kilkakrotnie levadas. Wzdłuż nich biegną wąskie ścieżki, na których ruch jest jednak obustronny, co czasem utrudniało mijanie się z innym odwiedzającymi. Na tej trasie było zaś wyjątkowo tłoczno. Wodospad nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia, bo w ostatnich miesiącach moje oczy oglądały takie kaskady, że Risco wyglądał przy nich jak ubogi brat. Znaczniej ciekawsze było „25 źródeł” z urokliwą niewielką kaskadą i niesamowity kolorem wody. 
Droga do "25 źródeł"

 Większość czasu na Maderze spędziliśmy w górach, podziwiając krajobrazy. Nie oznacza to, że nie odwiedziliśmy też siedzib miejskich, szczególnie polecanych przez przewodniki. Moim skromnym zdaniem, jadąc na Maderę, warto jednak postawić na naturę. 









Przydatne informacje:
Na Cabo Girao – z Funchal autobusem nr 154. Najlepiej poprosić kierowcę, by wysadził przy „Levada de Norte” – Cruz da Caldeira. Aby odwiedzić pozostałe trzeba wypożyczyć samochód. Na wyspie wypożyczalni jest od groma. Kwoty za dwie doby wahają się w zależności od wielkości samochodu. Te mniejsze kosztują między 80 – 90 euro. Nam udało się wypożyczyć za 56 euro.

piątek, 7 czerwca 2013

The Wet Excursion through Madeira Tropical Forest
Mokra wyprawa maderskim tropikalnym lasem



‘All roads lead to heaven’ I thought while we were going up by the bus higher and higher. We were going past the hills embroidered with incredibly green trees and tiny houses, squeezed between rocks, with balconies overlooking the ocean. The closer we were, the more the capital and at the same time, the biggest city on the island, started looking like a town made of Lego blocks. The houses became smaller and smaller and I had an impression that I was looking at the toy houses. 
I was wondering how long our journey would last. The road to heaven had to have its end, didn’t it? The landscape started changing, there were not any more houses and gardens. No terraces with bananas trees and vineyards. I could see only forests immersed in clouds – green and black forests. The black ones would create a good scenery for a science-fiction movie. The clouds floating between their black burnt branches looked like smoke hovering over the conflagration. I thought that the world could look like that after the global disaster. Suddenly, we were in the zone of green trees again. And so it was all the time during our journey. The greenness of the trees alternated with the blackness of the dark scenery of the planet destroyed with the weapon of mass destruction.
After an hour journey we reached our destination. It took us quite a lot of time to get there as Ribeiro Frio was only a few kilometres from the capital. Nobody was in a hurry to leave the bus. It was cold outside. The wind was blowing strongly and it was raining heavily. I didn’t expect such weather reading the information about the temperatures on the island of everlasting spring. It was even more surprising as the weather was completely different when we left the hotel in the morning. The capital was bathed in sunlight and it was boiling hot. Fortunately I took my raincoat with me. I took also my windstopper just in case. I should have also taken a hat, a scarf and a pair of gloves. Believe me, they would have proved useful. 
Some of the passengers gave up and continued their journey. Some of them (including me and my husband) got off the bus. Most of them went to two local cafes, hoping the weather would  change. They didn’t have any other option. The next bus was in 2 hours’. Only a few couples decided to trek through the picturesque track along levadas that is aqueducts specific for Madeira. We didn’t visit a viewpoint as we wouldn’t see anything expect the fog. We went straight away to the 12 kilometres’ trail to Portela. It led us along the canals, tunnels excavated in the rocks, at the edges of the steep precipices the deepness of which was unknown for us and we had to take guide’s word for its picturesque views. Well, it was the only thing we could do as it was raining heavily and the fog was getting thicker and thicker. 
Because I said goodbye to my trekking boots in Mexico, this time I was wearing trekking sneakers. Unfortunately, my shoes had a special net for ventilation and, in my case, for absorbing water and mud better. And.... although I was really cold and soaking wet, although I didn’t see the views, the trail impressed me much. The forest we were walking through consisted of trees and plants as luxuriant as those in the tropical forest. The fog and drizzle made that place even more mysterious.
The trail from Ribeiro Frio to Portela is very popular among all visitors. I must say we were lucky in some way as the bad weather deterred tourists from coming here. Thanks to it, we could fully enjoy the silence and the beauty of that place although it was cold and wet. Without the company of noisy crowd of Frenchmen.
In Portela, a tiny village with a great amount of taxis hunting for tourists and with one small cafe, we had to wait an 1,5h for the bus which went to the capital more than an hour. 
The capital greeted us with the sun. What is incredible about Madeira is the fact that such a small island has such diversified weather and temperatures. In the north it is cold and wet whereas in the south the weather is sunny and the people sunbathe by the pools and on the benches in the Old Town. Maybe the weather on Madeira we experienced is not always like that but we had no choice but to face it and enjoy our stay  there.



Useful information:
How to get there:
Bus nr 56 from Funchal to Riberio Frio. The bus leaves at 10 am. The bus nr 53 from Portela to Funchal at 3 pm. Single ticket: 4E.


„Wszystkie drogi prowadzą do nieba”, pomyślałam, gdy wspinaliśmy się autobusem coraz wyżej i wyżej. Mijaliśmy wzgórza utkane z drzew, porażających swoją zielonością i domków powciskanych w skały z tarasikami, z których widok wychodził na ocean. Im byliśmy wyżej, tym stolica i największe miasto Madery – Funchal zaczynało przypominać miasteczko z klocków. Domki robiły się coraz mniejsze i mniejsze i miałam wrażenie, że patrzę na planszę do gry z domkami wielkości tych używanych w grze Eurobiznes.

Wspinaliśmy się wciąż wyżej i zastanawiałam się jak długo jeszcze będziemy się piąć, przecież droga do nieba nie może być nieskończona. Krajobraz zaczął się zmieniać. Nie było już domów i ogródków. Nie było już tarasów z bananowcami i winnicami. Wokół rozciągały się już tylko lasy, skąpane w chmurach – lasy zielone i lasy czarne. Te z czarnych spalonych drzew z błądzącymi wśród nich chmurami spokojnie mogłyby tworzyć tło dla wydarzeń filmu science-fiction. Chmury sprawiały wrażenie unoszącego się nad pogorzeliskiem dymu. Tak mógłby wyglądać świat po zagładzie. Po chwili wkroczyliśmy znów w zieloność lasów. Potem mieszały się one i raz zachwycały piękną zielenią, by za chwilę wprowadzić mroczny klimat, spalonej bronią masowego rażenia zniszczonej planety.

Po prawie godzinnej wspinaczce autobusu, choć miejscowość Ribeiro Frio, do której zmierzaliśmy od stolicy dzieliło zaledwie kilka kilometrów, dotarliśmy na miejsce. Nikomu jednak nie spieszyło się z wysiadaniem. Na zewnątrz panował ziąb. Wiało i lało. Po informacjach w Internecie, donoszących o średnich temperaturach na Maderze, mieszczących się w okolicach 20-25 stopni, i określających Maderę „wyspą wiecznej wiosny” takiej pogody tu się nie spodziewałam. Zwłaszcza, że gdy opuszczaliśmy hotel, stolica skąpana była w słońcu i panował potworny skwar. Całe szczęście, że moja kurtka przeciwdeszczowa jest lekka, bo nie miałam dylematu czy ją brać, czy też zostawić. Na wszelki wypadek miałam ją zawsze pod ręką. I całe szczęście, że nie tylko kurtkę przeciwdeszczową, ale i windstopper. Zabrakło mi jedynie czapki, rękawiczek i szalika, a przysięgam, że przydałyby się.
Część ludzi poddała się i pojechała autobusem dalej. Część, podobnie jak i my, wysiadła, ale porozchodziła się po dwóch knajpkach, które istnieją w miejscowości Riberio Frio, licząc że może jednak za czas jakiś przestanie padać. Zresztą wyboru wielkiego nie mieli, bo najbliższy autobus do Funchal miał przejeżdżać przez Ribeiro Frio dopiero za dwie godziny.
Levadas

Zaledwie kilka par zdecydowało się ruszyć ponoć malowniczą i widokową trasą wzdłuż levadas, czyli specyficznymi kanałami irygacyjnymi. Na punkt widokowy już się nie wybraliśmy, bo i po co, skoro oprócz mgły nie ujrzelibyśmy niczego. Uderzyliśmy od razu w dwunastokilometrową trasę do miejscowości Portela. Trasa wiodła nas wzdłuż kanałów, tunelami wydrążonymi w skałach, brzegami stromych urwisk, których głębia była dla nas nieodgadniona i musieliśmy wierzyć na słowo, że widoki z nich są naprawdę malownicze. No cóż, oprócz wiary nie pozostało nam nic innego, bo deszcz zacinał, mgła stawał się coraz gęstsza. Ponieważ z moimi butami trekkingowymi pożegnałam się już w Meksyku, tym razem dreptałam w trekkingowych adidaskach. Adidaski jednak były z siateczką dla lepszej wentylacji, no i w tym przypadku dla lepszej chłonności wody i błota w skarpetki. I chociaż było mi potwornie zimno i byłam totalnie przemoczona i ubłocona, i chociaż widoków wielu nie było mi dane ujrzeć, to muszę przyznać, że trasa i tak zrobiła na mnie wrażenie. Las, którym wędrowaliśmy swoją bujną roślinnością przypominał lasy tropikalne. Mgła i mżawka dodawały miejscu tajemniczości.

Trasa z Ribeiro Frio do Portela jest niezwykle popularna wśród przyjeżdżających. I w sumie, co by nie mówić, mogę stwierdzić, że klimat nam jednak sprzyjał. Zła aura pogodowa odstraszyła większość ludzi, dzięki czemu mogliśmy w samotności i ciszy cieszyć się urokami tego miejsca. Może trochę mokro i zimno było, ale za to bardziej ekscytująco i bez towarzystwa rozwrzeszczanego i hałaśliwego tłumu Francuzów.
W Porteli – malutkiej miejscowości z dużą ilością taksówek, czyhających na zziębniętych turystów oraz jedną knajpką, zmuszeni byliśmy czekać półtorej godziny na autobus powrotny, który wlókł się do stolicy ponad godzinę.
Mój mąż po drugiej stronie tunelu

Stolica tak, jak pożegnała nas słońcem tak też nas przywitała. Na Maderze niesamowite jest to, że tak mała wyspa ma tak różną pogodę i temperaturę. Wystarczy pojechać kilkanaście kilometrów na północ i już za górami jest zimno i mokro, podczas gdy południe oblane jest słońcem, a ludzie prażą się przy basenach i na ławeczkach Starego Miasta. Może nie zawsze tak tu bywa, ale my akurat na taką pogodę tego dnia trafiliśmy.


Przydatne informacje:
Dojazd: Z Funchal autobusem numer 56 można dojechać bezpośrednio do miejscowości Ribeiro Frio. Autobus odjeżdża o godzinie 10. Z Portela powrót również autobusem 53 o godzinie 15. Koszt biletów w jedną stronę niecałe 4 euro.

sobota, 1 czerwca 2013

Madeira – the Island of Everlasting Spring
Madera - wyspa wiecznej wiosny



‘Madeira is a land of the everlasting spring’ it is what we found out about that place while we were trying to decide where to go on our short holiday. I have never considered Madeira as a dream holiday destination. It was not exotic enough for me to go there.... Frankly speaking, it’s hard to say what I thought about this place. I had never been much interested in that island. Well, maybe once when one of the shampoo producer organised a lottery – if you were chosen you could win a trip to Madeira for buying two of their products. 
However,  when we started reading more detailed information about that island, it turned out it would be an ideal place for us to spend our holidays. We are keen on an active way of spending free time and Madeira was one of the best place for trekking in Europe. It is what our guide book claimed. Actually, Madeira is closer to Africa rather than Europe as there is only 570km to Morocco and 850 km to Lisbon, the capital of Portugal. So we are going to Madeira! 
It was a little bit cold. I put on my jacket. The night stroll through the streets of Funchal, the capital of the island, wasn’t the warm one. Not surprising, it is the island of the spring, not the summer. Well, but I didn’t complain! The weather was much better than the rain and coldness in Poland. 
My experience thought me not to have high expectations for the places which I hadn’t seen before. As I didn’t want to feel disappointed. But this time we were positively surprised. The Old Town was peaceful and quiet. There were only few people sitting at the tables in the restaurants squeezed in the two tiny narrow streets. We came to the following conclusion: either there is no high season on the island or Madeira isn’t a popular holiday destination. But it didn’t make us worry at all. The less tourists, the better for us. 
Firstly, I thought we would be able to see all interesting sights during a few days as the island itself is quite small (22km wide and 57 km long). But I was wrong. When we started planning our trip there it turned out we would need more time to see everything. There are several interesting trekking routes, summits and trips along levadas (aqueducts). What is more, there are plenty tiny drowsy towns, ports and many sights in the capital worth seeing. 
 Pico Grande (1654m) was our first destination. It is the highest mountain of Madeira but one of the most difficult to trek. The trekking track led through the amazing places surrounded by the massive rocks, green trees and purple flowers called by local people ‘Madeira’s pride’. We could also admire the Valley of the Nuns at the bottom of which a small town Curral das Freirras was located. The town got its name thanks to the nuns who found the shelter in that valley during the pirates’ attack. We were walking up the narrow paths, climbing stony steps, going past the green forests and the forests of the burnt trees, looking at the slopes covered with dry branches of bushes which were deprived of their greenness by the fire in 2003. 
 The green colour of the valley, the blue sky and the embracing silence of the mountains made us calm and relaxed. We were trekking as if we were in a trance. The Big Summit turned out to be difficult to reach. Our hearts were beating faster when we were climbing up the steep paths. I must confess that there were moments when I felt dizzy when I looked down. A small mistake, a stumble and the trip to Pico Grande might have been the last trekking in my life. I’m not afraid of heights but I had cold feet. The weather was quite nice. The colour of the sky close to the summit would look nice in the photo but the fog didn’t let me take any photos. While we were going down, Pico Grande was immersed in the fog.
We found an interesting fact considering public transport in Madeira. It was said it isn’t ‘tourist friendly’. What does it really mean? Does it mean that they don’t serve drink and snacks??? We had no idea! My explanation is simple. They write such information to help tourist agencies and car rentals to earn more money. We found that information amusing. But soon we didn’t feel like laughing. the descent from Pico Grande took us more time than we had estimated. Theoretically, there was a bus running every half an hour till 7-8 pm. We hoped it was true. Barely alive, we trudged to the bus stop and sat down on the bench comfortably. According to the timetable, the bus was in 20 minutes’. We saw the bus going in the opposite direction so we expected it to come back. We were waiting for the bus to turn back and take us from the bus stop. Unfortunately, the bus didn’t stop. We headed to the bar to ask local people about the next bus. We were informed that there wouldn’t be any more busses today. But in 30 minutes’ there would be a bus to the capital from the other town. The waitress showed us the way. But not very well. We were running of time and couldn’t find the place. When I realised that any of the local people going past the bench, we were sitting on, waiting for the bus, didn’t inform us that the bus wouldn’t come, suddenly I missed America. Such a situation would never happen there. There always would be somebody who would warn and help us. Luckily, we met a woman who spoke Spanish and we managed to catch the last bus to the capital. 
Madeira timetables are a mystery for us. The departure times given by the local people differ from those officially written on the timetable. So, now we fully understand the notion of          “tourists unfriendly’. The public transport is not well developed and it is impossible to go by bus to many attractive places. For instance, the bus goes to the town close to that place but a poor tourist has to walk 15 km to reach the track leading to that place. The last buses leave very early and it is impossible to come back to the capital on the same day. So there are two options left, either you take a taxi or you try to hitchhike but not many cars go on the roads in the evenings. Fortunately, we managed to come back to the capital. However, the 8 hour trekking and cross-country run to the bus stop turned out to be hard on our feet.




„Madera to kraina wiecznej wiosny”, przeczytaliśmy, gdy zastanawialiśmy się, w którym kierunku ruszyć na niedługi urlop. Madera nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań. Wydawała mi się za mało egzotyczna i … Właściwie to nie wiem, co w ogóle o niej myślałam. Tak naprawdę chyba w moich rozmyślaniach nie było jej nigdy. No, może raz, gdy jedna z marek produktów do włosów organizowała loterię, w której za zakup jej specyfików, potwierdzonych paragonem, można było wygrać właśnie wycieczkę na nią.
Starówka wieczorową porą

Gdy zaczęliśmy się jednak wczytywać w informacje o wyspie, okazało się, że może okazać się ona miejscem dla nas idealnym. Oboje uwielbiamy aktywnie spędzać czas, a Madera, jak donosił przewodnik, to najlepsze w całej Europie tereny do uprawiania pieszych wycieczek, choć w rzeczywistości Maderze bliżej jednak do Afryki niż Europy, bo od Maroko dzieli ją zaledwie 570 km, od stolicy Portugalii – Lizbony aż 850. No, to jedziemy na Maderę!
 
Dolina Zakonnic
Zawiało trochę chłodem. Narzuciłam kurtkę. Wieczorny spacer po mieście i starówce stolicy – Funchal do super upalnych nie należał. W końcu to wyspa wiosny, nie lata, przypomniałam sobie. Nie mniej jednak i tak wolałam taką pogodę niż siąpiący z polskiego nieba deszcz.
Nauczyłam się, by niczego nie zakładać z góry, a przynajmniej starałam się tego nie robić, i niczego się nie spodziewać. Jednak niemal puste Stare Miasto wieczorową porą, kiedy w wakacyjnym okresie sopocki ”monciak” czy Długa w Gdańsku kipią życiem, zaskoczyło nas. W zaledwie dwóch uliczkach, z wciśniętymi w nie restauracyjnymi stolikami, siedziało kilka osób. Doszliśmy do wniosku, że albo na Maderze nie jest aktualnie sezon turystyczny, albo w ogóle Madera nie jest tak popularną destynacją jak np. Wyspy Kanaryjskie. Nie zmartwiło nas to specjalnie. Im mniej turystów, tym lepiej dla nas.
Początkowo byłam przekonana, że na tak niewielkiej wyspie (22 km szerokości i 57 km długości) w kilka dni uda nam się zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca. Gdy przyszło do planowania, okazało się, że to jednak niemożliwe. Samych ciekawych tras trekkingowych, szczytów, wycieczek wzdłuż popularnych tutaj levadas, czyli kanałów irygacyjnych jest kilkanaście, a oprócz tego mnóstwo małych, sennych i mniej sennych miasteczek, portów i ciekawych miejsc w samej stolicy jest od groma.

Zaczęliśmy od Pico Grande (1654 m), nie najwyższego szczytu na Maderze, ale jednego z trudniejszych i bardziej wymagających. Trasa wiodła nas przez zachwycające tereny wśród skał, zielonych drzew i fioletowych kwiatów przez miejscowych nazywanych „dumą Madeiry” i z widokiem na Dolinę Zakonnic, na której dnie leżało miasteczko Curral das Freirras. Swoją nazwę zawdzięcza ono właśnie zakonnicom, które w tej dolinie ukrywały się przed atakami piratów. Podążaliśmy wąskimi ścieżkami, kamiennymi schodkami, mijaliśmy lasy zielone i lasy spalonych drzew, zbocza obłapione suchymi gałęziami krzewów, których zieleń zmiótł w 2003 roku pożar. Zieleń doliny, błękit nieba, panująca wokół górska cisza, brak turystów, pozwalały nam osiągnąć spokój. Maszerowaliśmy jak w transie. „Duży szczyt” faktycznie okazał się dość trudny do zdobycia. Pnące się stromo w górę ścieżynki podnosiły w znacznym stopniu nasze tętna. I muszę przyznać, że momentami, gdy spoglądałam w dół, dostawałam zawrotów głowy. Mały błąd, potknięcie i wycieczka na Pico Grande mogłaby się okazać moją ostatnią górską wyprawą. Niby lęku wysokości nie mam, a jednak momentami strach mnie oblatywał.
Curral das Freirras

Pogoda tego dnia w miarę nam sprzyjała. Choć niebo przy szczycie miało mało fotogeniczny kolor, to przynajmniej mgła pozwoliła mi w ogóle wykonać jakiekolwiek fotografie. Gdy zaczęliśmy schodzić, Pico Grande pogrążyło się we mgle.

W przewodniku wyczytaliśmy jedno zabawne zdanie, a mianowicie, że „komunikacja publiczna na Maderze nie jest przystosowana do przewozu turystów”. Że co? Że nie podają tam drinków czy o co chodzi, zastanawialiśmy się. Według mnie chodziło po prostu o to, by dać zarobić biurom turystycznym i wszechobecnym wypożyczalniom samochodów. To zdanie bardzo nas rozbawiło. Nie długo było nam jednak do śmiechu. Powrót z Pico Grande przedłużał się. Teoretycznie z jednej z pobliskich miejscowości autobus miał kursować, co pół godziny, godzinę do około 19-20 wieczorem. Na to liczyliśmy. Ledwo żywi doczłapaliśmy w końcu do przystanku autobusowego i rozsiedliśmy się na ławeczce zadowoleni, że dojedziemy pod sam hotel i oprócz kilku kroków z przystanku, nie będziemy musieli się już więcej ruszać. Rozkład jazdy donosił, że za dwadzieścia minut powinien nadjechać nasz autobus. Właśnie ten o numerze zgodnym z przez nas oczekiwanym jechał w przeciwnym kierunku. Spokojnie więc czekaliśmy aż zawróci i będzie zjeżdżał. Zjechał, ale niestety nie zatrzymał się. Ruszyliśmy do pobliskiego baru dopytać miejscowych o kolejny autobus. 

W mieszance angielsko-hiszpańskiej otrzymaliśmy informację, że dziś już stąd nic nie jedzie, ale za około trzydzieści minut odjeżdża autobus do stolicy z innej miejscowości. Barmanka wskazała nam drogę. Niezbyt jednak dokładnie. Czas do odjazdu ostatniego autobus kurczył się w tempie zastraszającym, a my błądziliśmy. Najlepsze jest to, że gdy czekaliśmy na przystanku, na który tego dnia nic miało już nie podjeżdżać, żaden miejscowy nie podszedł, żeby nas w tej kwestii uświadomić. Wszyscy przechodzili, wgapiali w nas ślepia i tyle. Tu zatęskniłam znów za Ameryką. Tam od razu ktoś by się zatrzymał, zagadał, podpowiedział, pomógł. W końcu udało mi się trafić na kobietkę, która znała hiszpański i dzięki niej trafiliśmy w końcu w odpowiednie miejsce i o odpowiednim czasie.
Rozkłady jazdy maderskich autobusów stanowią jednak dla nas zagadkę. Godziny odjazdów, które podają miejscowi i według których autobusy faktycznie funkcjonują nijak mają się do tego, co jest napisane na rozkładach. Planując nasz grafik zwiedzania, zrozumieliśmy, o co chodzi z tym „nieprzystosowaniem” dla turystów. Po prostu w wiele miejsc atrakcyjnych turystycznie komunikacja miejska w ogóle nie dojeżdża. Jedzie np. do najbliższego temu miejscu miasteczka, z którego trzeba drałować np. piętnaście kilometrów na piechotę, by dostać się w ogóle do wejścia na szlak. Ostatnie autobusy odjeżdżają o wczesny porach i znikąd nie ma później powrotu. Zostają wówczas taksówki. Albo autostop, na który my ostatecznie postanowiliśmy liczyć, choć rzeczywistość pokazała, że i z samochodami osobowymi w wieczornych porach może być krucho. Obyło się jednak w miarę bez problemów, choć ośmiogodzinny trekking tego dnia plus bieg przełajowy od przystanku autobusowego do przystanku dał nam się trochę we znaki, a właściwie naszym kończynom.

Przydatne informacje:
Autobusem numer 96 (10.45, 11.30) z Funchal należy dojechać do Jardim da Serra i stamtąd około 3 km piechotką dochodzi się do Boca da Corrida, gdzie znajduje się początek trasy na Pico Grande. Powrót o 19 z Corticeiras również autobusem 96.