Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Semuc Champey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Semuc Champey. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2013

Mexico
Ale Meksyk!


Canion Sumidero

I feel quite confused about Mexico. It seems to be quite a good place to live. From a tourist point of view, I mean, from my tourist point of view, comparing to Salvador, Honduras or even to Guatemala, Mexico is a country for tourists. And I’m not sure if I like that. 
And it isn’t because of holiday makers who appear in every place where tourist attractions are. Surprisingly, there are more local than foreign tourists. I have some doubts about the atmosphere in this country. It is getting not real. When I visit a country, I want to breathe the same air which local people breathe, I want to eat the same food and see them waking along the streets, doing shopping in the markets, spending their free time, listening to their language and learning. Whereas here, I can see foreigners wandering around. 

Arbol de Navidad
I enter the cafes full of gringos, I look at foreigners having fun in Parque Central, buying souvenirs and selling handmade jellewery and competing with local women carrying children in one hand and scarves, jellewery and handmade belts in the other one. In San Cristobal I feel good as one may feel in gringoland but what I really wanted was a real Mexico. I realised I would have to wait for that kind of Mexico. Maybe my next journey will allow me to see it. Now, I have only two weeks so I chose typical tourist places to see and I can’t complain. It is what I wanted and I must accept it. I can’t say I didn’t enjoy myself here, though. On the contrary, thanks to Muriel and the places I had seen, I really fancied my stay in San Cristobal.
Two weeks is a very short time to see the country and experience its reality. What am I saying ? Seeing the country? It’s enough to see a few interesting places. To see the country, to learn about it, one needs months or even years. I’m running of time so my sightseeing will be intensive. After my horse riding trip, I went to Sumidero Canyon. I was impressed by this place even though the tourists were put on the boats as if it was an assembly line. I was happy like a child when I reached the place where crocodiles live and I could see them. On the other hand, I felt a little bit awkward because I became a part of a tourist machinery, the phenomenon I have been running away from all the time -  from the human expansion and spoiling beautiful wild places.  
Agua Azul

How the crocodiles must feel when they are attacked by tourists with their cameras who want to have even a piece of their tooth photographed. Well, I didn’t manage to have any snaps of them.

The boat trip was 42 km long. It is the length of the river along the canyon, from Chiapas del Corzo to a hydropower plant. The highest wall of the canyon is about 1000 meter high, and the river is 100 m deep (there are some deeper places, too). I have heard a legend about the mass suicide committed by the Indians who jumped into the waters of the river because they didn’t want to be caught by the conquistadores. This story didn’t spoil my amazement of that place. However, I wish I could go on the boat trip alone, with an Indian guide instead of going with crowd of tourists sitting in rows. The bubble has burst.
The next day, I got up at 5 to see another Mayan ruins – Palenque. On my way there, there were two attractions waiting for me. Agua Azul was the first one. It is a complex of 500 small waterfalls, the water of which has a blue colour because of a high mineral content. It was a little bit similar to Semuc Champey but the area was much smaller. There is also one more difference between  Semuc Champey and Agua Azul. Apart from hundreds of tourists, along the road, along the cascades there were stalls with food and souvenirs. They spoiled the atmosphere of that place. I was pushed all the time and encouraged to buy  some souvenirs or food. No magic. No mysticism. Milos Ha Cascade was my second attraction. And again, the situation was the same. The beautiful place spoiled by the overwhelming number of tourists and food stalls. 
Cascada Misol Ha
The ruins in Palenque were the first ones where I saw the crowds of sellers of everything. Like St. Dominic’s Fair. There were plenty of them. If they could, they would put their stalls on the ruins. And I say that again – I understand that those people have to earn money and they take an advantage of the fact that there are tourist attractions in their area. But, I can’t stand that. But what can I do about it? Nothing. I can rebel against the system and stay at home and not to sightsee. But it isn’t the solution to the problem. I chose to take part in this whole play  or….. to start discovering the places undiscovered so far where I could enjoy the silence, imbibing with the fragrance of freshness and the nature, instead if smelling fried chapulinas. I am a poor explorer, so this time I have no choice. If I want to travel and visit new places, I must follow the rules governing the world. 
Palenque
When it comes to the ruins, I  must say they are quite interesting. The guide told us a lot of interesting facts about them. What impressed me most was the fact that there are about thousands of temples hidden in the jungle and the ruins we could see was only the small part of the whole. I could say a word when I learned about the number. They have been raising money to discover new temples. The amount of money needed to do that is enormous and unfortunately, there are no sponsors like Coca Cola or Nestle to discover the ruins in Palenque.

The trip was nice. I decided to come back to San Cristobal because the idea of going to Oaxaca from Palenque for 15 hours didn’t sound tempting. I chose to spend a night in Cristobal and go to my next destination. This time it was supposed to be 12 hours’ journey. The worst 12 hours in my life.
(transl. Ewa Bartłomiejczyk)

Mam mieszane uczucia, co do Meksyku. Wydaje się całkiem dobrym miejscem do zamieszkania. Z turystycznego jednak punktu widzenia i zaznaczam, że tylko i wyłącznie z mojego turystycznego punktu widzenia, w porównaniu z Salwadorem czy Hondurasem, czy nawet Gwatemalą, Meksyk jest niebywale turystycznym krajem. I nie jestem przekonana czy mi to odpowiada. I tu nie chodzi o tłumy wczasowiczów, którzy opanowują wszystkie godne uwagi miejsca, bo nawet więcej niż tych zagranicznych, jest tu tych lokalnych. Chodzi o klimat, który przestaje być prawdziwy. Jadąc do jakiegoś kraju chcę oddychać tym samym powietrzem, którym oddychają miejscowi, jeść to samo jedzenie, przyglądać się jak spacerują ulicami, robią zakupy na targu, spędzają czas wolny, chcę przysłuchiwać się ich językowi i uczyć się od nich, a tym czasem widzę, wędrujących ulicami obcokrajowców, wchodzę do knajpek, wypchanych po brzegi gringos, patrzę jak bawią się obcokrajowcy w Parque Central, jak kupują pamiątki, których sklepy są pełne, a nawet jak próbują zarabiać na ulicy, sprzedając ręcznie robioną biżuterię i prześcigając się w tej sprzedaży z miejscowymi kobietami, dźwigającymi pod jedną pachą dziecko, a pod drugą setki ozdób, szalików i ręcznie robionych pasków. 
Kanion Sumidero
W San Cristobal czuję się bardzo dobrze jak na gringolandię, ale ja chciałam prawdziwego Meksyku. No cóż, zdałam sobie jednak sprawę, że na prawdziwy Meksyk muszę trochę poczekać. Może z następną podróżą będzie lepiej. Teraz mając zaledwie dwa tygodnie, zaplanowałam typowo turystyczny szlak, więc mam, co chciałam i muszę to zaakceptować. Nie mogę jednak powiedzieć, że spędziłam tu niemiło czas. Wręcz przeciwnie, dzięki Muriel i miejscom, które odwiedziłam, pobyt w San Cristobal zaliczam do naprawdę udanych. Dwa tygodnie to niewiele czasu na poznanie innego kraju. Co ja mówię?! Jakie poznanie! To zaledwie obejrzenie kilku intersujących miejsc. Na poznanie kraju, potrzebne są lata, a przynajmniej miesiące. 
Formacja skalna zwana "Arbol de Navidad"
Czas mnie trochę goni, więc w zwiedzaniu przyjęłam dość szybkie tempo. Po przejażdżce konnej, następnego dnia ruszyłam do Kanionu Sumidero. Wrażenie zrobił na mnie ogromne i nawet specjalnie nie przyćmiło go taśmowe wsadzanie tłumów turystów do łódek, których całe stada krążyły po wodzie. Cieszyłam się jak dziecko, gdy wreszcie po odczekaniu swojej kolejki podbiliśmy do miejsca, w którym stacjonują krokodyle i udało mi się jednego z dość bliska zobaczyć. Z drugiej strony muszę przyznać, że czułam się niekomfortowo, bo sama zwiedzając tłumnie, przyczyniam się do tego, od czego chcę uciekać – od ekspansji człowieczej i wdzieraniu się z butami w piękne, nieskażone miejsca. Jak się muszą czuć te krokodyle, którym przez całe dnie, codziennie wjeżdżają intruzi i atakują fleszami, byle tylko uchwycić choćby kawałek zęba. No cóż, mi się nie udało uchwycić niczego. 
Kapliczka w jednej ze skał kanionu
Przepłynęliśmy łódką trasę ok 42 km, bo tyle liczy rzeka wzdłuż kanionu od miasta Chiapas del Corzo do hydroelektrowni. Najwyższa ściana kanionu sięga wysokości tysiąca metrów, a woda w tym miejscu osiąga głębokość 100 metrów, choć na trasie znajdują się i znacznie głębsze miejsca. Słyszałam nawet niejaką legendę o zbiorowym samobójstwie, popełnionym tu przez Indian, którzy rzucili się w głąb kanionu nie chcąc poddać się konkwistadorom. Nie zabiło to jednak mojego zachwytu i choć w pewnym momencie słońce zaszło całkowicie, zerwał się wiatr i zrobiło się trochę mrocznie, mój entuzjazm dla tego miejsca wciąż nie słabł. Szkoda tylko, że nie mogłam tego kanionu przepłynąć na łódce wraz z indiańskim przewodnikiem, zamiast z tłumem, usadzonych grzecznie w rzędy turystów, tak część magii szlag trafił. Następnego dnia zebrałam się o piątej rano, by o szóstej ruszyć do kolejnych ruin Majów – do Palenque. 
Wodospad Agua Azul
Po drodze czekały jeszcze na mnie dwie inne atrakcje. Pierwsza była Agua Azul, czyli około 500 małych wodospadów, które dzięki dużej zawartości minerałów nabrały przepięknego niebieskiego koloru. Trochę przypominały mi Semuc Champey, ale rozciągały się stanowczo na znacznie większym terenie. Jest jeszcze jedna różnica pomiędzy Agua Azul i Semuc Champey. Pomijając setki turystów w Meksyku, tu również na całej długości drogi, wzdłuż kaskad oprócz błękitnej wody, ciągnęły się również stragany z pamiątkami i z jedzeniem. Znów psuło mi to okropnie przyjemność z napawania się pięknym widokiem. Nastrój niszczyły, co chwilę potrącania i pytania czy aby na pewno nie chcę kupić naszyjnika albo pierogów z nadzieniem. Zero mistycyzmu i magii. 
Agua Azul
Podobnie niestety było przy kolejnej atrakcji Kaskadzie Milos Ha, choć pod względem urody, to miejsce również mnie olśniło. Palenque były pierwszymi ruinami, w których widziałam…takie tłumy sprzedawców wszystkiego. Normalnie jak u nas w trakcie Jarmarku Dominikańskiego. Rozkładali się ze swoimi dobrami niemal na samych piramidach. Na każdym kroku było ich mnóstwo. I znów się powtórzę, bo choć rozumiem, że ludzie muszą zarabiać i wykorzystują to, że w ich terenie znajduje się coś wartego zobaczenia przez turystów. Ale ja jakoś nie mogę tego ścierpieć. Tylko, co ja mogę zrobić? Nic. Mogę jedynie się uprzeć i stwierdzić, że w takim razie to ja siedzę w domu i już nic więcej nie zwiedzam. Nie, ale tak być nie może. 
Kaskada Misol Ha
Zostaje mi jednak uczestniczyć w tym całym spektaklu albo… zacząć odkrywać miejsca jeszcze nieodkryte, którymi będę mogła się cieszyć w ciszy i skupieniu i w samotności, wdychając zapach świeżości i przyrody, a nie smażonych na głębokim tłuszczu chapulinas. Jako że jednak marny ze mnie odkrywca, pozostaje mi jedna opcja. Chcę jeździć po świecie i zwiedzać? To muszę się dostosować do rządzących tym światem reguł. Jeśli chodzi zaś o same ruiny, to muszę przyznać, że całkiem ciekawe. Przewodnik opowiedział sporo. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił fakt, że to, co my widzieliśmy to zaledwie maleńka cząstka, około tysiąca świątyń wciąż ukrytych jest w dżungli. Ta liczba naprawdę sprawiła, że zaniemówiłam. Nieustannie trwa zbiórka pieniędzy na odkrycie kolejnych świątyń. 
Palenque
Są to jednak kwoty ogromne i mimo takich sponsorów jak Coca cola czy Nestle wciąż brakuje wiele, by rozpocząć prace nad odkrywaniem kolejnych partii ruin w Palenque. Wycieczka była fajna. Zdecydowałam się na wersję dojazd do i powrót, ponieważ przerażał mnie ponad 15 godzinny dojazd z Palenque do Oaxaca. Wolałam wrócić do San Cristobal, tam spędzić noc i ruszyć w kolejne miejsce tylko w 12 godzin. Choć było to dwanaście niemal najgorszych godzin w moim życiu.

czwartek, 7 lutego 2013

Lanquin, Semuc Champey and other stuff
Lanquin, Semuc Champey i inne pyszności




 Leaving Guatemala is not so easy as it seems to be and it’s stretching on and on. On Sunday I left Xela. Instead of going by a direct shuttle bus to Lanquin, that is my last stopover before going to Honduras, I decided to go to Antigua first and then to Lanquin. In this way I wanted to make my transfer cheaper. My host family advised me to go by a coach which isn’t much more expensive than a chickenbus but definitely it is  much more comfortable and faster. So I took their advice. I went to the travel agency to learn about the details. They told me to be waiting at 8.30. Just in case, I left the house at 7 so that not to be late. Of course, I was ahead of time and after a half an hour waiting I found out the bus wasn’t going because I was the only passenger. The man in the office shrugged his shoulder and said he was sorry and… that’s it. I told him that the company recommended by Lonely Planet shouldn’t treat their clients in this way but it didn’t change anything. I had to look for a chickenbus. The one I fund was big and full of people. My language was put on the roof. In haste, I forgot to protect it with a waterproof cover. It was raining all the way to Antigua and I was afraid that my belongings would get wet. I set my foot in Antigua after four hours. My stay in Xela changed my opinion about this city. Frankly speaking, I didn’t like this place. There were streets crowded with tourists. I checked in  in my „favourite” Umma Gumma hostel. There weren’t any free rooms for me this time (they hadn’t answered to my e-mails with the request of booking). I had to stay in a dormitory. There were three of us so it was bearable. The people were friendly. There was a lady in her early fifties and crazy Ben who was a fan of paragliding. This 70 year old guy had been wandering around Mexico for 2-3 months. Finally, he came to Guatemala to look for a good place for doing his favourite sport. 
The road to Lanquin
At 8 am I set off to Lanquin. The bus was supposed to come there at 2 pm but it reached the place at 5 in the afternoon. Time isn’t important here. I had been fully aware of that fact so I didn’t care much. On the way to Lanquin, nearby Semuc Champey (the place I was going to visit), I could admire incredible views. I was amazed by the fact that the mother nature was able to create something like that. This place might as well be used as the location in the Lord of the Rings since it was as beautiful as New Zealand’s landscape. I was feasting my eyes upon the view of  the undulating land covered with the juicy greenness and tiny houses looking like those where Hobbits dwelled. 
I came to the village which wasn’t so amazing as the views I had admired. But the hostel, the guy from Antigua had booked for me, was impressive. I got the bed in the dorm with 12 other people. They were having fun. I wasn’t. The beauty of that place was the only positive aspect of it. The people employed here were boorish and weren’t helpful. To my surprise, most of people working in that place were volunteers- backpackers who work here for fun, accommodation, food and tips. 
I didn’t get a locker to keep my laptop and camera. Generally, I strongly advise against this place. Zephyr Lodge might seem nice and pretty but there are plenty more interesting places to stay in.
I wanted to spend the next day exploring Semuc Champey and a famous cave. I wanted to go there on my own. As my experience showed it was a better option. The place was only 10 kilometres from the Town. For me, it is a 2 hour walk, but when I pictured my person alone in the cave, I didn’t feel comfortable and optimistic. Of course, I asked people if it was possible to see the cave without an organised hotel group. The answer was NO! So I put my name on the list. 
In the cave (Tom's picture)
A guide was really nice but the people weren’t so friendly and helpful. There were Sam and Katy from USA who had met in Mexico and came together to Guatemala; a couple from Portugal, a couple from UK which I really fancied and two other guys. I must admit I felt more confident and comfortable with all these people by my side. But for them, I would have been really ill at ease. Gruntas K’anba is a maze of underground passages which is several dozen kilometres long and  where there is total darkness, lots of of water, bats and incredible stalactites. Every person was handed a candle which was going to hold out for the whole escapade through the depths of the cave. I was told to take a swimming costume with me but I hadn’t thought it would be the only piece of clothing we were going to wear it didn’t prove groundless as we had to wade through deep water or even swim with a candle in one hand being careful not to get caught on the underwater rock and not to put the flame out. We had to get by on the rocks and climb up the ladders or ropes along the waterfall. One may even jump into the water but I didn’t dare to do that. Exploring Gruntas K’anba was a pleasant unforgettable experience which, fortunately, had been photographed with a waterproof camera by Tom. But for him, you couldn’t see my adventures in the cave in the photos.   
Semuc Champey from the vantage point

My chilled to the bone body was happy to be warmed by the rays of the sun and was looking forward to Semuc Champey, the next part of our trip. I was a little bit disappointed by the fact that there was only a half an hour walk to a viewpoint. I had expected a real exhausting trekking. The view was stunning. Semuc Champey is an incredible place. The marvel of nature – it is a natural 300 limestone bridge under which the river floats and on the surface of which there are turquoise pools, a popular swimming attraction. 
Waterfall and river, flowing under the "bridge"
So I splashed about  little bit. Then, I decided to leave my group and wander around the forest and after that go back to the village on my own. Only me and beautiful greenness for 10 kilometres. It was really worth doing that. A 2 hour trekking made my body feel satisfied and relaxed. 
Once again Semuc Champey
I was in a really good mood and nothing could spoil it even the noises and drunken party in the dorm.
***
It turned out it was difficult to go to Copan (Honduras) from Lanquin. It isn’t a busy route, at least, if you want to travel to Honduras. It wasn’t easy to find the agency which provided the transport to this place. Finally, I managed to find the transfer. 
The bus wasn’t direct. I had to change in Coban to get to Copan. I bought a ticket and I was invited by a girl working in a travel agnecy to a Guatemalan party of her friends who are to open a new hostel in Lanquin in a few weeks’. Why not? I thought and accepted the invitation. I thought it would be more interesting to have fun with local people than tourists from the hostel. 
 After half an hour, I left the party as it wasn’t the party for locals. There were strange people from the USA and they didn’t enjoy my trust. Under the pretext of some urgent issue I  ran away from that place. I trust my premonitions. Every cloud has a silver lining. I went to bed as I had to get up early.  My bus to Coban was at 6 am. I think I will have a good sleep only when I come back to Poland. My problems (yes, yes, problems!) will be continued soon!


Mój wyjazd z Gwatemali trwa i trwa. Okazało się, że nie tak łatwo się stąd wydostać. W niedzielę opuściłam Xelę. Ponieważ postanowiłam zaoszczędzić, zamiast wybrać shuttle bus bezpośrednio do Lanquin, czyli mojego ostatniego przystanku przed wyjazdem do Hondurasu, wybrałam opcję z dojazdem do Antigui i stamtąd shuttle busem do Lanquin. Moja rodzinka poleciła mi jazdę zamiast chickenbusa autokarem linii prywatnej, która dużo droższa nie jest, za to znacznie wygodniejsza i szybsza już tak. Poszłam zatem za ich radą, a także do biura firmy, dowiedzieć się, co i jak, i rano o 8.30 miałam stawić się na miejscu. Na wszelki wypadek wyczłapałam już z domu o 7, by się nie spóźnić. Przybyłam oczywiście przed czasem i po ponad pół godzinie czekania, dowiedziałam się, że autobus jednak nie pojedzie, bo jestem jedyną osobą chętną na tę jazdę. Pan w biurze rozłożył ręce, powiedział, że mu przykro i na tym się skończyło. Nie pomogły żadne pretensje i moje tłumaczenie, że to nie poważne i jak firma polecana przez Lonely Planet może tak funkcjonować. Pan dalej rozkładał ręce jakby zacięła mu się płyta i moje nerwy na nic się zdały, więc zmuszona byłam tak czy siak polować na chickenbusa. Upolowałam jak zwykle całkiem dużego i wypchanego ludźmi po brzegi. Mój bagaż wylądował na dachu i oczywiście w pośpiechu zapomniałam założyć mu „strój kąpielowy”. No i musiałam całą drogę się martwić, że wszystko będę miała mokre, bo przez większą część trasy lało. Po czterech godzinach znów witałam się z dawną niewidzianą Antiguą i po pobycie w Xeli, muszę przyznać, że wcale mi się tu nie podobało. Tłumy ludzi przewalały się przez ulice, głównie tłumy turystów, za którymi wcale się nie stęskniłam. Zamelinowałam się w swoim „ulubionym” hostelu Umma Gumma, w którym tym razem nie było dla mnie wolnego pokoju. (Oczywiście, że nie, bo przecież, po co odbierać maile z prośbą o rezerwację!). Spałam więc w dormie, ale była nas tylko trójka, więc dało się wytrzymać. Zresztą osoby były bardzo sympatyczne. Babeczka koło 50 i szalony Ben, zajmujący się paraglidingiem, mający (uwaga!) 70 lat, który od 2-3 miesięcy błąkał się po Meksyku i wylądował w końcu w Gwatemali, w poszukiwaniu dobrego miejsca na uprawianie swojego ulubionego sportu.
Droga do Lanquin
O 8 ruszyliśmy do Lanquin. I oczywiście bus miała być na miejscu o godzinie 2 (według zapewnień agencji), a był niemal o godzinie piątej po południu. Tu czas się nie liczy. Już o tym wiem i dlatego też specjalnie się tym nie przejmowałam. Zwłaszcza, że po drodze, bliżej już Semuc Champey, czyli miejsca, które jechałam zobaczyć, objawiły się nieziemskie krajobrazy. A właściwie ziemskie, bo to ziemia ukształtowana w przepiękny sposób, mój zachwyt właśnie wzbudzała. Myślę, że te tereny równie dobrze, co piękne krajobrazy Nowej Zelandii, mogłyby stanowić tło wydarzeń dla Władcy Pierścieni. Pofałdowany teren i połacie soczystej zieleni, a pośród nich gdzie nie gdzie upchnięte małe domeczki, z daleka wyglądające niczym domki hobbitów. 
W tym zachwycie dotarłam do wioski, która już tak zachwycająca nie była, za to miejsce, które dzień wcześniej zarezerwował mi chłopak z hostelu tak. Wylądowałam w dormitorium, z co najmniej 12 innymi osobami. Było wesoło. To znaczy tym 11 osobom, nie mi. Miejsce oprócz tego, że piękne okazało się mieć fatalną obsługę, która pomocą nie służyła wcale i chodziła ze skwaszoną miną, a co najlepsze większość pracujących tam osób to tzw. wolontariusze- backpakerzy, którzy pracują tu dla zabawy, mieszkania, jedzenia i napiwków. 
Most, z którego skakali odważni
Zabrakło też dla mnie szafki w dormie, bym mogła schować laptopa czy aparat i nie nosić wszystkiego ze sobą niczym wielbłąd dwugarbny, a obsługa rozłożyła ręce. Generalnie miejsca nie polecam. Zephyr Lodge może i jest ładny, ale w okolicy jest dużo równie ciekawych miejsc do zatrzymania się.
Następny dzień był zarezerwowany na Semuc Champey i słynną jaskinię. Nauczona doświadczeniem, chciałam iść sama. Z miasteczka było zaledwie 10 km, czyli około dwie godziny spaceru. Jednak myśl o mej osobie, samej w ciemnej jaskini, nie napawała mnie optymizmem. Oczywiście pytałam czy można inaczej zorganizować wejście do jaskini niż z grupa hotelową. Odpowiedź brzmiała: NIE! Z bólem więc zapisałam się na listę.
Dostałam niezwykle nieprzyjemnego przewodnika i kilka osób na dokładkę. Choć akurat ci drudzy w liczbie ośmiu były niezwykle miłe i pomocne. 
Ekipa w Grutas K'anba (Zdjęcie Toma)
Dwójka sympatycznych ludzi ze Stanów Kathy i Sam, którzy poznali się w Meksyku i razem przywędrowali do Gwatemali, parka z Portugalii i niezwykle sympatyczna para z Anglii, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. A oprócz tego dwóch chłopaków. I fakt, że z taką obstawą w grocie było mi raźniej. Grutas K’anba to sieć podziemnych przejść, licząca kilkadziesiąt kilometrów, spowita ciemnością, wypełniona wodą, nietoperzami i przepięknymi stalaktytami. Każdy z nas dostał świecę, która miała starczyć na przejście około kilkuset metrów w głąb oraz na powrót. Wiedziałam, że należy przygotować strój kąpielowy, ale nie sądziłam, że tylko w nim do groty będziemy wchodzić. Okazało się to jednak niezbędne, bowiem dużą część trasy musieliśmy brodzić po pas lub głębiej w wodzie, a niejednokrotnie ze świecą w jednej ręce przepływać fragmenty, uważając, by nie zahaczyć o podwodne skały, i by nie zgasić płomienia. Niejednokrotnie musieliśmy przemykać bokami po skałach, wspinać się po drabinkach lub po linie wzdłuż wodospadu. 
Semuc Champey z punktu widokowego
Dla chętnych istniała opcja skoków do wody, na którą ja się nie zdecydowałam. Głęboka woda nie jest dla mnie. Muszę jednak przyznać, że Grutas K’anba dała mi wiele radości i niezapomnianych wrażeń, które całe szczęście Tom uwiecznił na swoim wodoodpornym aparacie i dzięki jego uprzejmości mogę część z naszych przygód tu pokazać.
Moje zmarznięte na kość ciało z radością powitało promienie słońca. I z niecierpliwością czekało na część dalszą, czyli Semuc Champey. Czekało mnie jednak maleńskie rozczarowanie, ale tylko maleńkie. 
Wodospad i rzeka płynąca pod "mostem"
 Spodziewałam się bowiem porządnego treku, a tu zaledwie pół godziny marsz do punktu widokowego. Za to widok wynagradzał. Semuc Champey to miejsce niezwyczajne, co można było zaobserwować z punktu widokowego. Cud przyrody – 300 metrowy „most” wapienny, pod którym przepływa rzeka, a na jego powierzchni tworzą się swego rodzaju turkusowe baseny, w których można się taplać do woli. Potaplałam się i ja, ale woli nie miałam na to dużo. 
I jeszcze raz Semuc
Postanowiłam więc odłączyć się od grupy i powędrować trochę po lesie, a potem zafundować sobie trek z powrotem do wioski. Przez 10 km tylko ja i przepiękna zieleń. Było warto, a i moje ciało było zadowolone z dwugodzinnego marszu, niemal cały czas pod górkę. I nawet hałas i pijaństwo w dormie nie było w stanie zepsuć mi nastroju.
Dzieci spotkane w drodze z Semuc Champey
***
Problemem okazał się dojazd z Lanquin do mojego kolejnego miejsca docelowego, czyli ruin w Copan (Honduras). Okazało się, że rzadko ludzie pokonują tę trasę, przynajmniej w tę stronę. Po trudach udało mi się znaleźć agencję, w której przemiłe dziewczę zapewniło mnie, iż ich agencja taki bezpośredni bus posiada. No, może nie do końca bezpośredni, bo musiałam dojechać do Coban, ale stamtąd już do Copan. Opłaciłam bilet i przy okazji dostałam zaproszenie na gwatemalską imprezę do niej i jej znajomych, którzy za kilka tygodni mają otwierać nowy hostel w Lanquin, a tego dnia robią małą imprezę tylko dla znajomych. Czemu nie, pomyślałam, chcąc zobaczyć jak się bawią miejscowi, co było znacznie ciekawszą opcją niż zabawy turystów w moim hostelu. Po pół godzinie jednak z miejscowej imprezy się zmyłam, pod pretekstem, skoczenia do hostelu, po niezwykle ważną dla mnie rzecz. Inaczej by mnie nie wypuścili. A impreza wcale nie była miejscowa, bo zjechało się dość dziwne towarzystwo ze Stanów. Atmosfera nie wzbudzała mojego zaufania. A mam zwyczaj ufać swoim przeczuciom, co wyszło mi na zdrowie. Mogłam pójść wcześniej spać, by wstać z rańca na bus do Coban, odchodzący o szóstej rano. Ja chyba wyśpię się dopiero po powrocie do Polski! Problemów (tak, tak problemów!) ciąg dalszy nastąpi.